piątek, 20 kwietnia 2012

Tap Kaszl

To nie jest normalne, żeby się tak tym wszystkim stresować. Nie ma czym, tak mówią przynajmniej. Nie ma czym, poradzisz sobie, kto inny jak nie ty, dasz radę, bla bla bla i wszystkie te inne brednie wypowiadane przez ludzi, którzy przed realizacją swoich własnych projektów po cichu garściami łykają pramolan… A ja to wszystko biorę na żywca, ot co!

Wczoraj naprawdę próbowałam trzymać fason. Byłoby łatwiej, gdyby nie duszące mnie od kilku dni napady takiego kaszlu, jakbym przez całe życie paliła bez filtra. Komplikuje mi to życie, bo: nie daje spać, nie pozwala swobodnie rozmawiać przez telefon, odstrasza ludzi (gdybym jeździła autobusami, to widziałabym w tym jakiś pozytyw, bo miałabym luz dookoła siebie, ale jako że nie jeżdżę, nie widzę w tym żadnych, ale to żadnych korzyści), powoduje kolejną zapaść finansową z powodu wizyt w aptekach i – co równie straszne – przybliża mnie do zawału serca przez wizję przymusu opuszczenia teatralnej widowni z powodu kaszlu właśnie. W poniedziałek myślałam, że przejdzie. We wtorek próbowałam opanować to siłą woli. W środę wpadłam w panikę i zasięgnęłam rady tych, którzy głosem pracują i na jakiś tam kaszel nie mogą sobie pozwolić (że ja nie wpadłam na to wcześniej!). Skończyło się to telefonicznymi konsultacjami z wybitnymi specjalistami od scenicznych sytuacji kryzysowych i wieczorną wycieczką do kolejnej z aptek, skąd wróciłam z lekiem otępiającym czynności ośrodkowego układu nerwowego, co tym samym ogranicza kaszel. Wspaniale. Jedna tabletka i będę jak nowa, chociaż na te kilka godzin. Przynajmniej taką miałam nadzieję.

Czwartek. Oczywiście noc zarwana. Wielokrotnie. Chcę się wynieść na kanapę do innego pokoju, ale Brzydal nie pozwala. Do biura na cały dzień, później do teatru. Pakuję wszystkie bety do wielkiej torby i sto razy sprawdzam, czy zabrałam wysokie obcasy (obsesja, że zapomnę i będę musiała do sukienki założyć trampki). W pracy tabletka pierwsza. Duszę się tak, że pod znakiem zapytania stoi wieczorny spektakl. Szeleszczę ulotką wielkości jednoosobowego namiotu i czytam. Druga piguła w południe. Wisielczy nastrój zastępuje głupawa o uroku „Dusiołka”. Nie mija przepisowe 5 godzin, łykam to draństwo znów. Później autobus, lista, korki, korki, korki, umieram z nerwów, że kierowca się spóźni, że do końca swoich dni zostaniemy w rozkopanych Tychach, że kogoś zgubię po drodze, że coś, że masakra jakaś. Co będzie? Następnie w jakiejś przerwie między atakami kaszlu biorę w łapki mikrofon i wkręcam moich słuchaczy w klimat sztuki. Notatek nie mam, nie zdążyłam. To, co ważne, samo wyłazi na wierzch, samo się przypomina. Po kilku minutach wyłączam mikrofon, by za sekundę znów zacząć się kulić i chować głowę w ramionach. Mikrofon okazał się skuteczniejszy od tabletek. I jesteśmy nawet przed czasem.

Pod Sceną przypadkiem zamieniam kilka zdań z głównym bohaterem. Radocha. Spektakl wspaniały. Inny niż premierowy, spójniejszy. Nabrał płynności. Atmosfera pewności, że właśnie tak to miało wyglądać. Oglądam, tak strasznie chcę tam zostać i w pewnej chwili myślę, że ten lek chyba jednak działa... W myślach wznoszę modły dziękczynne do tych, którzy kazali mi to kupić. Dookoła kilka mniej lub bardziej znajomych twarzy. Spokój i harmonia przez większość czasu (poza tymi momentami, gdy trzęsłam się ze śmiechu, za co np. niektórzy czytelnicy są osobiście odpowiedzialni). Później rozmowa trwa i trwa (i trwa i tak dalej…), po 90 minutach grupa zaczęła robić do mnie miny na pół błagalne, na pół mordercze, gdzieniegdzie ktoś przysypiał (pani w rzędzie przede mną nawet chrapnęła, ze śmiechu musiałam się schować za fotelem), a wymuszony z subtelnością kurska koniec rozmowy spowodował taki napływ energii, że w ciągu minuty wszyscy z mojej grupy nie tylko zdążyli zaliczyć szatnię, ale nawet dobiec do autobusu. Kilka osób jeszcze ciągnęło dyskusję w mniejszych grupkach, ale ostatecznie w większości popadali spać. Siedziałam sama strasznie spięta przy tej wielkiej przedniej szybie, gapiłam się w ciemność za oknem, czasem tylko wdając się w rozmowę z przesympatycznym kierowcą, choć ogólnie mówiąc trochę chciało mi się płakać (ale służbowo się nie płacze). Kilka przystanków po drodze, północ wybiła gdzieś tam na trasie. Napisałam Brzydalowi, że ma iść spać i na mnie nie czekać. Rozwalił mnie odpowiedzią: „nie mogę, zabrałaś pastę do zębów”… ;) Do domu wpadłam wpół do pierwszej. Czekał, nie spał, głupio było mi strasznie, że przegięłam, że to moja wina, co Brzydal szczerze potwierdził i spokojnie zapadł w sen. Potwierdził, bo wiedział, co mówi: wszystko oglądał sobie w sieci i nawet słał mi smsy z komentarzami.

Czyli dochodzi pierwsza w nocy. Chaos w głowie taki straszny, coś szumi w głowie, duszenie wraca, kulę się w ciemnoścach i zastanawiam się, czy w ogóle jest sens zasypiać. Jeszcze chciałam tylko parę słów napisać, dosłownie dwie linijki. Brzydal bez otwierania oczu nieznoszącym sprzeciwu tonem seryjnego mordercy-rzeźnika rzekł: wyłącz. ten. telefon. i. idź. wreszcie. spać.

Dziś w pracy (jedno zdanie – jedna osoba): jak ty wyglądasz? O rany, nie spałaś. Wyglądasz jeszcze gorzej niż wczoraj. Co jest? Tylko herbaty nie pij, zaszkodzi ci. Herbatę ci zrobiłam, tylko uważaj, gorąca, podmuchaj. O rany. Płuca. No coś ty, krtań. Tchawica. Alergia! Idź do domu. Zbieraj się. Wynocha.

Dla dobra ludzkości oddelegowano mnie wcześniej do miejsca zamieszkania, gdzie istotnie czuję się trochę lepiej. Jak nie mówię, to jest lepiej. Ma ktoś jakiś pomysł?

Zdecydowałam nie iść dziś na czeski. Trochę kryzys.

Ale sztuka była cudowna... Rany boskie, jak mnie tam było dobrze na tej widowni...

Z.

Brak komentarzy: