czwartek, 31 maja 2012

plener

– Źle wyglądasz – powiedziała zamiast „cześć” i przylgnęła do mnie na powitanie. Nie widziałam się w lustrze od kilku godzin, ale podejrzewam, że faktycznie może nie być najlepiej. Od tych kilku godzin kręcę się wokół tabunu obcych facetów, odpowiadam na pytania, których wcześniej nikt nigdy mi nie zadał. „Jak to przybić do blaszanej podłogi?” (nikt nic nie wbija. W kilka minut załatwiam 10 trzydziestokilowych ciężarków). Albo: „to jest 16-pinowe, gdzie macie 32-pinowe?” (zostało znalezione na portierni, do której później wesoło wił się kilkunastometrowy kawał kabla) albo „czy dostanę jakieś zadaszenie?” (miałam ochotę walić łbem w mur, warcząc, że rider techniczny tego nie przewidział, a ja nie jestem wróżką, żeby odgadywać męskie potrzeby, a co dopiero techniczne potrzeby kilkunastu chłopa). W ciągu kilku godzin przed imprezą bałam się tych ludzi zostawić na 20 minut, żeby skoczyć do biura, pozbierać wszystkie swoje zabawki i przestawić samochód bliżej tego pola walki. Wiedziałam, że gdy tylko oddalę się na 100 metrów, zadzwoni mój telefon i będę lecieć z powrotem, więc profilaktycznie trzymałam się blisko. Chyba nawet nie przeszkadzałam bardzo, zdarzało mi się pomóc. Ba, nawet ławki rozkładałam z chłopakami. Efekt tego był taki, że jak przyjechali artyści, to nawet nie miałam jak podać ręki na dzień dobry, bo byłam uciorana jakbym pół dnia grzebała pod maską wartburga. I oczywiście rozczochrana, zakurzona i blada. Witam w moim świecie.

Zaczepiło mnie tam kilkoro znajomych. Gadać chcieli, uściskać się, co słychać, jak to, o co, i jak, bo wiesz, no tak, hm, słuchaj, naprawdę… Mówili coś do mnie, ale jakby ich, cholera, nie było. Pierwszy raz w życiu byłam tak sfokusowana na tym, co mam do zrobienia, że wszystko, co nie mieściło się w tym planie, pozostało dla mnie zupełnie niezauważone. Przepraszam, mówiłam już odwrócona plecami, zaraz wrócę, tyle że zapominałam wrócić…

Od kilku dni stres konsekwentnie narastał. Oczywiście wszyscy dookoła w jakimś ludzkim odruchu twierdzili, że będzie dobrze, że przesadzam. Ale ja wiedziałam najlepiej, że nie przesadzam, a nawet momentami wydawało mi się, że może czegoś nie dopilnowałam, że zbagatelizowałam jakiś szczegół, przez który cała impreza może mi się posypać. Oczywiście im bliżej, tym te demony większe. Bo to służbowa impreza, więc odpowiedzialność merytoryczna i finansowa. Dodatkowo jest mi to bardzo bliskie, więc odpowiedzialność emocjonalna. Pogoda mnie stresowała (kluczowa w przypadku pleneru) i absolutny brak tak zwanego planu B. Umierałam ze strachu przed ewentualną niekompetencją firm zewnętrznych i wszelkimi konsekwencjami tej niekompetencji (bo mnie cudze błędy nie tłumaczą, naprawdę). Uświerkałam z nerwów nad długimi debatami prawno-finansowymi, do tego stopnia, że któregoś wieczora wróciłam do domu uryczana i obiecywałam sobie już nigdy w życiu w nic się nie angażować. No i panika, co z ludźmi? Jeden wywiad, drugi, trzeci, później wyborcza, dziennik, metropolia silesia, insilesia, jakieś zajawki, niby tego w necie dużo, plakaty hulają, widać nas, ale co z tego? Ludzie są straszni – przypomina mi moje prywatne bydlę, które czasem odzywa mi się w głowie gdy dookoła czai się zupełna cisza.

Nie tacy ludzie straszni jak mogło się wydawać… Po pięciu godzinach na dworze, gdy stanęła scena, po ustawianiu namiotów i ław, po wyposażaniu garderoby, po zadaniu miliona pytań i po odpowiedzi na dwa miliony, po stu kursach po schodach z lustrami, sztalugami, krzesłami i diabli wiedzą czym, udało mi się na szybko ogarnąć i uczłowieczyć, żeby wyglądać poważniej i nie straszyć gości. Ludzie zaczęli się powoli schodzić, a ja każdą kolejną osobę miałam ochotę klonować i przyklejać, żeby mi nie uciekli. Ale nie uciekali. Nikt nie uciekł. Baaaa, schodzili się jeszcze jak już wszystko się zaczęło. Rowerzyści się zatrzymywali, przechodnie siadali na ławkach obok, do samego końca została jakaś matka z niemowlęciem i mała dziewczynka z dwoma kundlami. Ok, może nie był to dziki tłum, ale ta setka, która tam była, wiedziała na pewno, po co tam jest. Reagowali na to, co działo się na scenie, uśmiechali się i porozumiewawczo poszturchiwali znajomych. Nie odrywali oczu. A ja dopiero po kilkunastu minutach od rozpoczęcia poczułam, że jest w porządku, że idzie jak po sznurku. Usiadłam więc gdzieś z brzegu, żeby sobie przypomnieć przezabawny MOOOOST i tego nieszczęsnego Orzeszka…

Ostatnie trzy sceny, dwie, jedna, oklaski, ukłony, oklaski, ukłony… klaskać czy zdjęcia robić? Chłodno się zrobiło. Zapinam marynarkę, zawijam się w chustkę. Aktorzy znikają za sceną, ludzie się zbierają, szum, narastają rozmowy, widzowie wychodzą z rzędów i co któryś mówi do mnie, że dzięki, że super, gratuluję, naprawdę świetne, sztuka super, pomysł, pomysł! Tak to powinno wyglądać, tutaj, u nas, właśnie, dzięki. I znów ci sami znajomi przychodzą się uściskać na pa pa, już trochę wyraźniej widzę ich twarze, po chwili zamykam oczy, oddycham głęboko i ta stalowa obręcz wokół głowy trochę puszcza. Udało się? Po kolejnej godzinie wracam do domu i dopiero teraz widzę się w lustrze. Rany boskie…

Z.

czwartek, 24 maja 2012

sygnał

Zostałam dłużej w biurze żeby odrobić zaległy czeski przed zajęciami. Za mną był kolejny dziwaczny dzień na takich obrotach, których normalny człowiek dla własnego dobra nie powinien sobie nawet wyobrażać. No i wymiękłam, sorry. Padłam pyskiem na biurko i przez chwilę wydawał mi się, że nie dam rady się zwlec. W końcu wyszłam na rozgrzaną ulicę i człapiąc na zajęcia zapragnęłam tak strasznie pogadać z kimś normalnym, że z czeluści torebki wygrzebałam telefon i chlipiąc spod okularów człowieka-muchy zaczęłam przeglądać po kolei wpisy w książce telefonicznej. Zastanawiałam się, do kogo w ogóle mogłabym zadzwonić, po drodze tagując w myślach kolejne osoby: praca, praca, praca, praca, nie, praca, na pewno nie, praca, praca, nie mam ochoty, praca, praca, nie ma szans, praca, kto kurwa? kto to jest w ogóle? Do kogo zadzwonić, żeby nie padło zbyt wiele pytań? Dzwonię do Warszawy. Sygnał. Drugi trzeci czwarty piąty czerwona słuchawka. No tak, pracuje pewnie do późna. Szukam dalej. Dzwonię do Katowic. Cisza. Dalej. Dzwonię do Mikołowa. Sygnał. Drugi trzeci czwarty piąty czerwona słuchawka. No żesz kurde. Po chwili oddzwania. Świetny wybór, zbyt wiele pytań nie pada. Rozmawiamy tak, że na zajęcia wpadam na styk, co prawda z nosem czerwonym jak renifer Rudolf, ale przynajmniej nie spóźniona i trochę mniej rozedrgana. Byłoby strasznie gdyby nie oddzwonił na tych kilka minut. Zajęcia trochę mnie ogarniają. Zawsze uważałam, że nauka dyscyplinuje emocje.

Wczorajszy Bytom dziwny, bo ja już bez sił, tak strasznie rozkojarzona na tej widowni, patrzyłam co chwilę na zegarek i chciałam być już w domu, po prostu. I to nie wina sztuki, tylko moja. Z przerażeniem myślę o tym tekście, na który mam jeszcze max 2 dni, a pomysłów zero. I myślę też już o końcu tego sezonu. W sumie nieprawdopodobne, jak ja o tym myślę. Na zmianę z przerażeniem, że nie mam najbledszego pojęcia, gdzie będę uciekać, jeśli nie do teatru, na zmianę z ulgą, że może trochę wyhamuję, że może mi się inne sprawy wyostrzą i wykadrują dokładniej w polu widzenia, że przerwa jest mi potrzebna. Jeszcze kilka spektakli chyba. Nie wiem. Wiem tyle, że mnie wczorajszy teatr nie ucieszył, a to zły znak. Pewniaki z zasady nie powinny zawodzić.

z.

poniedziałek, 21 maja 2012

metro

Metro” mi wróciło. Wraca wieczorami, szczególnie wtedy, kiedy przez tydzień czy dwa nie jestem w teatrze i muszę sobie czymś wieczorem zagłuszyć myśli. Widziałam „Metro” bardzo, bardzo dawno temu, w Spodku. Przeczesałam Internet, ale nie potrafię znaleźć informacji, który to był dokładnie rok, kiedy Buffo pierwszy raz zapuściło się tu do nas. Myślę, że to była druga połowa lat 90. Po roku 2000 też w Spodku widziałam dwa kolejne hiciory Buffo, uwaga: „Piotrusia Pana” i „Romea i Julię”, ale na „Metrze” na sto procent byłam młodsza. Jeśli ktoś pamięta tę datę, podzielcie się!

„Metro” zmiotło mnie rozhuśtanym rozmachem (badajcie te ciuchy!), takim wow!, które nie do końca czułam w Rozrywce na „Evicie” czy na „Skrzypku” (chyba nie mogłam, po prostu mając ledwie naście lat byłam za głupia na oba te spektakle). No i w Rozrywce nie było Józefowicza, za którym przecież szalałam ku rozpaczy mojej Mamy, która nieustannie urodę szanownego pana reżysera porównywała z urodą prowincjonalnego fryzjera (co śmieszy mnie tak samo od lat). Piosenki z „Metra” miałam do swojej dyspozycji na dwóch kasetach magnetofonowych. Czarne okładki, kolorowe litery. Kilka lat później wpadła mi w ręce jakaś płytka z piosenkami trochę po polsku, trochę po rosyjsku i po angielsku i to jej teraz słucham nocami. Na pewno nie słuchałam jej od czasów liceum, co nie przeszkodziło mi w przypomnieniu sobie absolutnie wszystkich tekstów. Nie zajęło mi to dłużej niż 5 sekund. Gdy gra tych kilka nut...

Brzydal próbuje być na czasie, choć już zazwyczaj śpi, kiedy ja słucham, gapię się w sufit i wzdycham. Co to jest, „Jesus Christ Superstar”? – przebudził się nagle, a ja parsknęłam śmiechem, bo to akurat leciała piosenka „In God we trust”, z „Metra” właśnie. Ale coś mu świtało, doceniam.

Sąsiadom regularnie przeprowadzam akcję propagującą musical jako gatunek. Całkiem niedawno, gdy przed parapetówką spędziłam pół dnia latając na mopie albo w kuchni, dwa razy przesłuchałam zupełnie genialnego Jesusa z 1970, a gdy mi się znudził, słuchałam tych samych piosenek po polsku, po włosku i po rosyjsku, ciesząc się jak dziecko, gdy wyłapywałam jakieś językowe cudeńka i smaczki w każdym z tych tłumaczeń. W końcu odnalazłam też płytkę z „Romea i Julii” i słuchałam tych wszystkich romantycznych bredni o świetlistych nocach. Dla równowagi znalazło się też miejsce dla "Terapii Jonasza", kto pamięta? Ale to się w ogóle nie nadaje do gapienia się w sufit w środku nocy. W ogóle...

Z.

niedziela, 20 maja 2012

comes and goes

Znalezione przypadkiem w ciągu dnia. Samo wpadło na klawiaturę, momentalnie wpadło w ucho i rozkołysało. Powtórz. Powtórz. POWTÓRZ. Lepiej nie powtarzaj - myślę i znów klikam: powtórz.


Parę dźwięków, milion myśli i nagle nie mam już siły polerować tego swojego pancerza. I tak czuję się jakbym go nie miała. Pusto, dziwnie, niespokojnie, lęk trochę, bezsił, nawet jeśli nie ma takiego słowa.
 
this is for the ones who stand / for the ones who try again /
for the ones who need a hand / for the ones who think th
y can

z.



sobota, 19 maja 2012

niebocha

Całkiem niedawno widziałam go na scenie. Miło popatrzeć, a jeszcze milej posłuchać. I ten sam gość nagle stoi tutaj obok mnie i zaraz ma wyjść na scenę na naszej imprezie. Podejść nie podejść podejść nie podejść? Nie podejść i później żałować? Szansa, żeby poprawić sobie humor podczas tego niekończącego się dnia pracy. Podchodzę. Widziałam pana w tym spektaklu… Naprawdę? – pochodzi bliżej. Do twarzy panu w skrzydłach – wypalam zgodnie z prawdą, a w duchu sama z siebie leję, że taki tani podryw. Gadamy o teatrze, ja zapominam, że jestem w pracy i setny raz odkrywam, że gadanie o teatrze to bardzo zajmujące zajęcie, pięknie jest, słońce grzeje, muzyka w tle, ludzie wokół, a on mi nawija o pracy z tą jedną reżyserką i myślę, że jeszcze max 5 minut i zostaniemy najlepszymi przyjaciółmi. Wtem podchodzi Koleżanka z Biura i mówi, że jestem natychmiast potrzebna. Obrzucam ją niechętnym spojrzeniem i idę za nią z ociąganiem, przepraszając wcześniej mojego niedoszłego przyjaciela. Odeszłyśmy kawałek, a Koleżanka w te słowa: chciałam Ci tylko powiedzieć, że zrobiłyśmy ci zdjęcia rozwodowe. I mi te zdjęcia pokazuje wprost z karty w aparacie. Ze śmiechu zwinęłam się w klucz wiolinowy, bo zdjęcia wyglądały jak z jakiegoś Pudelka albo innego Życia na gorąco. Na zdjęciach gadam z tym śpiewającym aktorem (wokalistą bardziej, wiem), wyglądam jakbym go pożerała wzrokiem, a jedno jest takie, które z daleka wygląda jakbyśmy się czule obejmowali, choć staliśmy z metr od siebie. Fikłam ze śmiechu. Dziewuchy zapowiedziały, że będą mnie tymi zdjęciami szantażować, więc gdy wieczorem przyjechał do nas Brz., od razu zaczęłam przekonywać go, że to nie tak, że to wszystko kłamstwo i kalumnia i że pic na wodę, fotomontaż. Ok, mógł mi nie do końca wierzyć, bo gdy się zjawił, akurat z jakimiś obcymi chłopami grałam w gigantyczne piłkarzyki i bawiłam się więcej niż świetnie, co chwilę podkładając komuś nogę, zawisając nad trawą walcząc o piłkę i drąc się jak na meczu (polecam, choć dziś boli mnie wszystko)… Piłkarzyki pojawiły się w jeszcze jednej formie, tym razem tradycyjnej, stołowej. Minęła godzina 22. Piłkarzyki stały na dworze, świateł brak. Zostaliśmy już tylko w kilka osób i rozegraliśmy nocny plenerowy turniej, podczas którego zdecydowanie mniej widać było, jak bardzo nie umiem grać. Łamaliśmy wszelkie możliwe zasady i było naprawdę cudnie. I już było bez różnicy, czy to dwunasta czy czternasta godzina w pracy.

Chyba mi jednak Brz. wybaczył te zdjęcia, których jeszcze nie widział. W nocy mówił mi jak to jest zwisać nad przepaścią łóżka. I że to niby ja jestem winna, tzn. moja ekspansja na nie moje tereny materaca. Mówię, żeby mnie zbudził, to się przesunę do siebie, ale nie, bo podobno śpię tak słodko, że nie ma serca. Hm. Dziwny napad czułości, ale w porządku, miło mi bardzo. Rano natomiast powiedział tak: nie zbudziłem cię, bo spałaś i wyglądałaś jak niebocha* (*niebocha w brzydalowej nomenklaturze to najzwyklejszy nieboszczyk). Wszystko wróciło do normy.

Z.

poniedziałek, 14 maja 2012

a ja pobruszę...

- Mam kabel, mam fazę i ziemia wychodzi z sufitu – usłyszałam dochodzący z pierdolnika głos Brzydala (etymologia: słowo pierdolnik jako określenie jednego z pokoi pochodzi od czynności wp… wrzucania doń różnych rzeczy, które w innych pokojach są niepożądane, niestosowne lub niepasujące). Komunikat był na tyle intrygujący, że oderwałam się (choć nie bez niechęci) od telewizora, na którym testowałam właśnie przyniesionego „Cholonka” na DVD (wcześniej umierałam z radości nad zestawem "III Furie" + kakao dla dzieci, ale przyszedł Brz. i wszystko zepsuł).
W pierdolniku Brzydal stał na przywiezionej z Ligoty drabinie Babci Neli, w rękach dzierżył lampę wywiezioną od Teściów, u nóg jak wąż wił mu się plastikowy, śmieszny i bardzo różowy odkurzacz (też od Babci), zwany pieszczotliwie Piekielną Machiną, kolanem przytrzymywał wiertarkę wielkości młota pneumatycznego i zabierał się za wiercenie w suficie. I tam właśnie znalazł rzeczoną ziemię, co wychodzi z sufitu (TĘ ziemię!). Wszystko jasne. Pan Domu znów się obudził wieczorową porą. Albo bohater tej reklamy, „ty też bądź bohaterem w swoim domu!”. Po obsłużeniu Piekielnej Machiny, sama sobie dla własnego bezpieczeństwa zarządziłam ewakuację.
W sypialni puściłam moją absolutnie ukochaną piosenkę Toma Waitsa, na co Brzydal, rozochocony sukcesem objawionym pod postacią wiszącej już lampy, w pokoju obok zareagował naprędce zaimprowizowaną parodią tego właśnie Waitsa: smętnie zawodził i gulgotał, po chwili nawet zlazł z drabiny i próbował ukrócić smutki Waitsa za pomocą wyłączenia bezpieczników w tej części mieszkania, ale na szczęście się pierdyknął i wyłączył prąd w innym pokoju. A jak powiedziałam „to ja pościel powlekę”, on dodał tylko „a ja pobruszę”...
Do jakiego urzędu mogę się zwrócić po jakiś dodatek dla mieszkających w warunkach szkodliwych?
Złośnica

piątek, 11 maja 2012

o wczoraj

W kalendarzu piątek, w głowie środa, w głowie czwartek, jutro pracująca sobota, wszystko mi się poprzestawiało. Wyrastam na mistrza świata w selektywnym odbiorze rzeczywistości. Po środowym teatrze, w pracy trzymałam się dzielnie, nie dając się wyprowadzić z równowagi przez większość dniówki. Za to jak mnie już z tej równowagi wyprowadzono, dostałam takiego ataku złych emocji, że miałam ochotę wyciągnąć z torebki bazukę i huknąć w wiadomym kierunku. Jak jeszcze spojrzałam na zegarek i zorientowałam się, że mam bardzo mało czasu, żeby pozbierać się jakoś z tych kawałków, na które się rozsypałam… wściek i załamka. Udało mi się dokulać do domu (łamiąc wszelkie możliwe przepisy) i przepakować (łamiąc zasady zdroworozsądkowe), po drodze odebrać milion telefonów (jasne, dzwońcie wszyscy jak się spieszę jak wściekła), a nawet być niemiłą dla kogoś, dla kogo na pewno nie powinnam (służbowym wyrzutom po pracy mówimy zdecydowane nie, po prostu nie zawsze się udaje). O 17 wybiegałam znów na parking, z rozkręcającą się pod powiekami wizją, że utknę gdzieś po drodze, nie zdążę na spektakl i wtedy już na pewno fiknę z powodu galopującej kurwicy, albo będę marzyć, żeby to we mnie wymierzono bazukę, by oszczędzić mi dalszych atrakcji i innych wątpliwych przyjemności.

Na trasie zastosowałam najprostsze znane mi techniki relaksacyjne, tzn. słuchałam muzyki zdecydowanie zbyt głośno, nawet śpiewałam coś czasem, a gdy moją głowę jak dmuchany potwór wypełniały tematy związane z właśnie zakończonym spotkaniem, szybko przykrywałam je innymi myślami, wyselekcjonowanymi starannie i dokładnie. Do Tychów dojechałam już w niezłej formie, w Pszczynie już było elegancko, a w Bielsku, w którym byłam na czas, czułam się tak, jakby się w ogóle nic nie stało. Jak obca babka zupełnie życzliwie wita mnie po imieniu, może być tylko lepiej. W ciągu trzech minut milion razy umarłam z radości, czając się na drugim balkonie jak partyzant, gapiąc się wielkimi oczami na próbę i słuchając, jak polski miesza się z rosyjskim i z angielskim. Najlepiej. Wtedy oświeciło mnie jak świętego Pawła w drodze do Damaszku;), że to, co zostawiłam w Kato, nie ma AŻ TAKIEGO znaczenia i że przede mną cudny wieczór i TYLKO TO ma znaczenie, to co tam teraz na próbie takie jeszcze w kawałkach, i to, co za pół godziny się z tego wykluje. I ja znów tam. Tak ma być. Dokładnie tak ma być.

Spektakl cudny. Piąte zderzenie z Mistrzem, ale tym razem z takim po liftingu, innym, unikatowym. Szczerzyłam się jak głupek w tej loży bite dwa akty, reagując sobie po swojemu w ciemności i samotności. Dość szybko dotarło do mnie, że z każdym kolejnym spotkaniem z tym spektaklem rozumiem go mniej, choć od premiery liczyłam, że będzie dokładnie odwrotnie. Nie mam pojęcia, co teraz napisałabym o tym służbowo, gdybym musiała się nad Mistrzem pochylić z poważną miną i otwartą głową. Nic z tego. Jak emocje zalewają oczy, to takie słowo jak profesjonalizm przestaje istnieć. Plus kilka smsów, telefon do domu („Mamuś, genialneeeeee!”), przypadkowa rozmowa przerwana dzwonkami (dziś w pracy, gdy o tym mówiłam, usłyszałam: no chyba go sama nie zaczepiłaś?? Pfff, oczywiście, że zaczepiłam, phi!) i takie uczucie, jakby ktoś nadawał na tych samych teatralnych falach co ja. Drugi akt pożeram w całości i żałuję, że trzeciego reżyser nie przewidział. Uśmiecham się przez większość czasu, czasem zamykam oczy i słucham tylko, a z teatru i tak wybiegam rozmazana. Norma. Nie uodpornię się. Po co? Późno. Выйд у ночью в поле с конем… I tak w kółko, aż do domu, repeat, repeat, repeat. W głowie już tylko to, co ja chcę. Urywki, sekundy, momenty, przebłyski, stopklatki. Potwornie zmęczona na jakiejś stacji wysiadłam z samochodu, żeby chwilę pooddychać. Obok na parkingu stał najprawdziwszy, groteskowo wielki, czerwony tramwaj. Мы пойдем с конем по полю вд воем – prowadziło mnie do domu. Obiecałam sobie zdrowy dystans. Ani słowa o pracy. Klucze od domu. Ani słowa, żeby teraz tego wszystkiego nie spieprzyć, żeby nie zniknęło, przecież musi zostać, bo inaczej zwariuję. Али есть то место, али его нет… Jeszcze komp na szybko i kilka słów, bo czuję, że muszę, i sen, który spadł na mnie jak kowadło.

Dziś moje dziewczyny w pracy wiedziały, że mogę być mocno podminowana i że generalnie bez kija nie podchodź. Koleżanka wchodzi rano do biura i pyta delikatnie: „jak było wczoraj…?” – i widzę, że chce dodać „na spotkaniu”, ale w sekundę zmieniłam się w chmurę gradową, więc wolała dodała: „eee, w teatrze…?” Uśmiechnęłam się błogo i miną trzynastolatki zakręciłam się na krześle.

Zł.

środa, 9 maja 2012

najlepiej

Uśmiech na noc, bo co ja mogę, że w teatrze czuję się najlepiej?

Wtorek. Na telewizyjnym "Cholonku" musiałam się pilnować, żeby nie klaskać między scenami. Tym bardziej, że na nagraniu przecież klaskałam i w domu chciałam to powtórzyć dokładnie w tych samych miejscach.

Środa. "Drops of Rain in Perfect Days of June" i "July" Folkwang Tanzstudio z Essen - coś, czego nie miałam w planach, a co przerodziło się w absolutnie cudowny wieczór w BB.

Czwartek. Coś, co mam w planach od dawna, czyli mój drogi Miszcz w wersji z najprawdziwszymi gośćmi z Moskwy. Doczekać się nie mogę. Ostatni Miszcz w tym sezonie. Chcę już tam być.

Badania jutro. I w pracy dziki zapierdziel, ale to, co powyżej, skutecznie przesłania mi wszystko, o czym aktualnie nie mam ochoty myśleć nawet przez sekundę. Szkoda mi miejsca w głowie na to, co nie niesie dużych dawek ekstremalnie pozytywnych emocji.

Endorfiny we krwi wielkie jak ping pongi.
Dobranoc.
Z.


poniedziałek, 7 maja 2012

fragmenty

Brzydal włączył światło, ale że lampa dość długo się nagrzewa, wymamrotałam pod nosem: ciemność, która nadciągała znad Morza Śródziemnego, okryła znienawidzone przez procuratora miasto… Spojrzał z powątpiewaniem (bo późno wróciłam i było to w sumie pierwsze pełne zdanie, jakie powiedziałam po powrocie), a ja poszłam po książkę, bo nie umiałam mu z pamięci powiedzieć, co było dalej. Sięgnęłam na ślepo, bo to oczywiste, gdzie stoi. Który rozdział? Któryś od końca... Zniknęły wiszące mosty łączące świątynię ze straszliwą wieżą Antoniusza, otchłań zwaliła się z niebios i pochłonęła skrzydlatych bogów ponad hipodromem, pałac Hasmonejski wraz z jego strzelnicami, bazary, karawanseraje, zaułki, stawy... Jeruszalaim, wielkie miasto, zniknęło, jak gdyby nigdy nie istniało – przeczytałam już sobie po cichu, bo Brz. wrócił do walki z półką, lampkami i wijącymi się po podłodze kablami. Przypomniałam sobie, że w zeszłym roku widziałam najprawdziwsze karawanseraje. Usiadłam w kuchni z Mistrzem, żeby go przekartkować. A tam moje własne zaznaczenia, klamry wokół fragmentów, które po coś chciałam zaznaczyć ze dwa, trzy lata temu, kiedy czytałam to ostatni raz. Czemu te fragmenty? Nie wiem, co miałam wtedy w głowie. Teraz nie składa mi się to w żadną całość.
  • W ten sposób stosunki dyplomatyczne zostały znów nawiązane i cała trójka usiadła na ławce.
  • Iwan oberwał guziki od kalesonów w tych miejscach, gdzie zapinały się przy kostce, licząc na to, że w tej wersji gacie będą mogły uchodzić za letnie spodnie, wziął obrazek, świecę i zapałki i ruszył powiedziawszy sobie: - Do Gribojedowa! On niewątpliwie jest tam!
  • - Dzięki ci, Boże! Nareszcie znalazł się wśród tych idiotów jeden normalny! A największym idiotą jest oczywiście to skretyniałe beztalencie – Saszka! - A kto to taki, ten Saszka-beztalencie? - zainteresował się lekarz.
    - A ten tam, Riuchin – odpowiedział Iwan i wystawił brudny palec w kierunku Riuchina.
  • - Zawód?
    - Poeta – jakoś niechętnie przyznał się Iwan.
    Przybysz był niepocieszony.
    - Ależ mi się nie wiedzie! – zawołał, ale opanował się natychmiast, przeprosił Iwana i zapytał: - A pana nazwisko?
    - Bezdomny.
    - Ech, ech… - powiedział gość i skrzywił się.
    - Nie podobają się panu moje wiersze? - zapytał zaciekawiony Iwan.
    - Strasznie mi się nie podobają.
    - A które z nich pan czytał?
    - Nie czytałem żadnych pańskich wierszy! – nerwowo wykrzyknął przybysz.
    - Więc dlaczego pan tak mówi?
    - Cóż w tym dziwnego? – odpowiedział gość. – Albo to nie czytałem innych wierszy? Zresztą, różnie to bywa… Dobrze, gotów jestem wierzyć panu na słowo. Proszę mi powiedzieć, czy te pana wiersze są dobre?
    - Potworne! – śmiało i szczerze powiedział nagle Iwan.
    - Proszę ich więcej nie pisać! – błagalnie poprosił przybysz.
    - Przyrzekam to i przysięgam – uroczyście oświadczył Iwan.
  • - Ja zawsze, zawsze go ostrzegałam, kiedy się pieklił! No i dopieklił się! – Ślicznotka podbiegła do biurka i tkliwym, melodyjnym głosem, trochę przez nos, bo była zapłakana, zawołała:
    - Proszeńka! Gdzie jesteś?
    - Kto tu dla pani jest „Proszeńka”? – jeszcze głębiej zapadając w fotel wyniośle zasięgnął informacji garnitur.
  • Zresztą wszystkie teorie są siebie warte. Jest między nimi i taka, która głosi, że każdemu będzie dane to, w co wierzy. Niech się zatem tak stanie.
  • Procurator obserwował przybysza oczami chciwymi i nieco wystraszonymi. Tak się patrzy na kogoś, o kim wiele się słyszało, o kim wiele się rozmyślało, gdy ten ktoś wreszcie staje przed nami. 
I to tyle. Na pięciuset stronach, czytając tę książkę piąty czy szósty raz, zaznaczyłam tylko tych sześć fragmentów. Jeśli ktoś wie niekoniecznie to, co autor miał na myśli, tylko to, co ja mogłam mieć wtedy na myśli, dajcie znać. Bułhakowa lepiej nie zrozumiem, ale siebie - może.
I ból głowy sam przeszedł.
Z.

niedziela, 6 maja 2012

trójkąt

Kolejny tydzień żyjemy w trójkącie: Brzydal, Złośnica i Alergen. Za dnia ten trzeci siedzi dość cicho, za to atakuje nocami i powoduje wynoszenie się Brzydala na kanapę do salonu, jak w jakimś tanim melodramacie. Mnie jest oczywiście przykro zostawać samej, nawet czasem napomknę „zostań”, albo mu wpieram, że przecież w ogóle nie muszę spać, albo człapię za nim z poduszką i przekonuję, że zawsze może wrócić. Ale kilka dni temu wcześnie rano Brzydal wszedł do sypialni, gdzie zobaczył jak śpię z miną więcej niż błogą, rozłożona na tym pustym łóżku swobodnie jak rozgwiazda, na czterech poduszkach, zawłaszczając dwie kołdry i wtedy zrozumiał, że jednak nie jestem w depresji, gdy zamyka drzwi od strony przedpokoju. Rano (tzn. o ludzkiej porze) automatycznie zaczęłam zawodzić, jak strasznie było mi smutno w samotności, olaboga i bożesztymój i cała reszta, na co burknął tylko „no właśnie widziałem…” I wyszłam na nieczułego, samolubnego potwora zamiast na anioła. Znów.

Dziwny długi weekend w kratkę z normalnymi dniami w pracy. W czeskim Cieszynie palnęłam przed kamerą coś po czesku, więc kolejne pytanie też dostałam w tym języku, ale byłam w takim szoku, że nie skumałam nic i odpowiedź dostali już po angielsku. Bielsko dwa razy, w czwartek będzie Bielsko znów. Poza tym te mniejsze lub większe imprezy, parapetówki i z pozoru niewinne spotkania u nas w mieszkaniu powinny się już skończyć, dla naszego dobra. Średnio co drugi dzień coś się tu dzieje, a wczoraj było tak poważnie, że w poprzedzającą noc senne horrory następowały jeden po drugim… Żeby zupełnie nie zdurnieć od udawania idealnej żony, wyhaczyłam dziś „Szczęście w garści” Doroty Simonides (czyli Dorki Badurzanki, która była świetna w kulki i chciała zostać świętą), ale nie mogę czytać, bo Brzydal puścił mi film szkoleniowy „Baby są jakieś inne” i co chwilę patrzy na mnie znacząco (wtedy ja udaję, że nie jestem zajęta laptopem, a zajęta jestem bardzo). Czekam, aż napisze swój scenariusz, który pewnie byłby obszerniejszy niż jego własna matura z polskiego.

Wczoraj na fejsie Mrówka kazała spojrzeć w księżyc, że niby jakiś większy. Schował mi się za drugim blokiem, na nic latanie od okna do okna przez cały wieczór. W końcu po pierwszej udało mi się zobaczyć ten świecący kosmiczny pysk. Efektem latania boso po balkonach w środku nocy była książkowa wręcz bezsenność, kwitłam więc do 3 w nocy na necie, czując się tak, jakbym przeczytała już wszystko, była na każdej stronie i odpisała na każdą wiadomość… Może lepiej, że jutro normalnie do biura?


Zł.