poniedziałek, 7 maja 2012

fragmenty

Brzydal włączył światło, ale że lampa dość długo się nagrzewa, wymamrotałam pod nosem: ciemność, która nadciągała znad Morza Śródziemnego, okryła znienawidzone przez procuratora miasto… Spojrzał z powątpiewaniem (bo późno wróciłam i było to w sumie pierwsze pełne zdanie, jakie powiedziałam po powrocie), a ja poszłam po książkę, bo nie umiałam mu z pamięci powiedzieć, co było dalej. Sięgnęłam na ślepo, bo to oczywiste, gdzie stoi. Który rozdział? Któryś od końca... Zniknęły wiszące mosty łączące świątynię ze straszliwą wieżą Antoniusza, otchłań zwaliła się z niebios i pochłonęła skrzydlatych bogów ponad hipodromem, pałac Hasmonejski wraz z jego strzelnicami, bazary, karawanseraje, zaułki, stawy... Jeruszalaim, wielkie miasto, zniknęło, jak gdyby nigdy nie istniało – przeczytałam już sobie po cichu, bo Brz. wrócił do walki z półką, lampkami i wijącymi się po podłodze kablami. Przypomniałam sobie, że w zeszłym roku widziałam najprawdziwsze karawanseraje. Usiadłam w kuchni z Mistrzem, żeby go przekartkować. A tam moje własne zaznaczenia, klamry wokół fragmentów, które po coś chciałam zaznaczyć ze dwa, trzy lata temu, kiedy czytałam to ostatni raz. Czemu te fragmenty? Nie wiem, co miałam wtedy w głowie. Teraz nie składa mi się to w żadną całość.
  • W ten sposób stosunki dyplomatyczne zostały znów nawiązane i cała trójka usiadła na ławce.
  • Iwan oberwał guziki od kalesonów w tych miejscach, gdzie zapinały się przy kostce, licząc na to, że w tej wersji gacie będą mogły uchodzić za letnie spodnie, wziął obrazek, świecę i zapałki i ruszył powiedziawszy sobie: - Do Gribojedowa! On niewątpliwie jest tam!
  • - Dzięki ci, Boże! Nareszcie znalazł się wśród tych idiotów jeden normalny! A największym idiotą jest oczywiście to skretyniałe beztalencie – Saszka! - A kto to taki, ten Saszka-beztalencie? - zainteresował się lekarz.
    - A ten tam, Riuchin – odpowiedział Iwan i wystawił brudny palec w kierunku Riuchina.
  • - Zawód?
    - Poeta – jakoś niechętnie przyznał się Iwan.
    Przybysz był niepocieszony.
    - Ależ mi się nie wiedzie! – zawołał, ale opanował się natychmiast, przeprosił Iwana i zapytał: - A pana nazwisko?
    - Bezdomny.
    - Ech, ech… - powiedział gość i skrzywił się.
    - Nie podobają się panu moje wiersze? - zapytał zaciekawiony Iwan.
    - Strasznie mi się nie podobają.
    - A które z nich pan czytał?
    - Nie czytałem żadnych pańskich wierszy! – nerwowo wykrzyknął przybysz.
    - Więc dlaczego pan tak mówi?
    - Cóż w tym dziwnego? – odpowiedział gość. – Albo to nie czytałem innych wierszy? Zresztą, różnie to bywa… Dobrze, gotów jestem wierzyć panu na słowo. Proszę mi powiedzieć, czy te pana wiersze są dobre?
    - Potworne! – śmiało i szczerze powiedział nagle Iwan.
    - Proszę ich więcej nie pisać! – błagalnie poprosił przybysz.
    - Przyrzekam to i przysięgam – uroczyście oświadczył Iwan.
  • - Ja zawsze, zawsze go ostrzegałam, kiedy się pieklił! No i dopieklił się! – Ślicznotka podbiegła do biurka i tkliwym, melodyjnym głosem, trochę przez nos, bo była zapłakana, zawołała:
    - Proszeńka! Gdzie jesteś?
    - Kto tu dla pani jest „Proszeńka”? – jeszcze głębiej zapadając w fotel wyniośle zasięgnął informacji garnitur.
  • Zresztą wszystkie teorie są siebie warte. Jest między nimi i taka, która głosi, że każdemu będzie dane to, w co wierzy. Niech się zatem tak stanie.
  • Procurator obserwował przybysza oczami chciwymi i nieco wystraszonymi. Tak się patrzy na kogoś, o kim wiele się słyszało, o kim wiele się rozmyślało, gdy ten ktoś wreszcie staje przed nami. 
I to tyle. Na pięciuset stronach, czytając tę książkę piąty czy szósty raz, zaznaczyłam tylko tych sześć fragmentów. Jeśli ktoś wie niekoniecznie to, co autor miał na myśli, tylko to, co ja mogłam mieć wtedy na myśli, dajcie znać. Bułhakowa lepiej nie zrozumiem, ale siebie - może.
I ból głowy sam przeszedł.
Z.

Brak komentarzy: