poniedziałek, 21 maja 2012

metro

Metro” mi wróciło. Wraca wieczorami, szczególnie wtedy, kiedy przez tydzień czy dwa nie jestem w teatrze i muszę sobie czymś wieczorem zagłuszyć myśli. Widziałam „Metro” bardzo, bardzo dawno temu, w Spodku. Przeczesałam Internet, ale nie potrafię znaleźć informacji, który to był dokładnie rok, kiedy Buffo pierwszy raz zapuściło się tu do nas. Myślę, że to była druga połowa lat 90. Po roku 2000 też w Spodku widziałam dwa kolejne hiciory Buffo, uwaga: „Piotrusia Pana” i „Romea i Julię”, ale na „Metrze” na sto procent byłam młodsza. Jeśli ktoś pamięta tę datę, podzielcie się!

„Metro” zmiotło mnie rozhuśtanym rozmachem (badajcie te ciuchy!), takim wow!, które nie do końca czułam w Rozrywce na „Evicie” czy na „Skrzypku” (chyba nie mogłam, po prostu mając ledwie naście lat byłam za głupia na oba te spektakle). No i w Rozrywce nie było Józefowicza, za którym przecież szalałam ku rozpaczy mojej Mamy, która nieustannie urodę szanownego pana reżysera porównywała z urodą prowincjonalnego fryzjera (co śmieszy mnie tak samo od lat). Piosenki z „Metra” miałam do swojej dyspozycji na dwóch kasetach magnetofonowych. Czarne okładki, kolorowe litery. Kilka lat później wpadła mi w ręce jakaś płytka z piosenkami trochę po polsku, trochę po rosyjsku i po angielsku i to jej teraz słucham nocami. Na pewno nie słuchałam jej od czasów liceum, co nie przeszkodziło mi w przypomnieniu sobie absolutnie wszystkich tekstów. Nie zajęło mi to dłużej niż 5 sekund. Gdy gra tych kilka nut...

Brzydal próbuje być na czasie, choć już zazwyczaj śpi, kiedy ja słucham, gapię się w sufit i wzdycham. Co to jest, „Jesus Christ Superstar”? – przebudził się nagle, a ja parsknęłam śmiechem, bo to akurat leciała piosenka „In God we trust”, z „Metra” właśnie. Ale coś mu świtało, doceniam.

Sąsiadom regularnie przeprowadzam akcję propagującą musical jako gatunek. Całkiem niedawno, gdy przed parapetówką spędziłam pół dnia latając na mopie albo w kuchni, dwa razy przesłuchałam zupełnie genialnego Jesusa z 1970, a gdy mi się znudził, słuchałam tych samych piosenek po polsku, po włosku i po rosyjsku, ciesząc się jak dziecko, gdy wyłapywałam jakieś językowe cudeńka i smaczki w każdym z tych tłumaczeń. W końcu odnalazłam też płytkę z „Romea i Julii” i słuchałam tych wszystkich romantycznych bredni o świetlistych nocach. Dla równowagi znalazło się też miejsce dla "Terapii Jonasza", kto pamięta? Ale to się w ogóle nie nadaje do gapienia się w sufit w środku nocy. W ogóle...

Z.

Brak komentarzy: