środa, 9 maja 2012

najlepiej

Uśmiech na noc, bo co ja mogę, że w teatrze czuję się najlepiej?

Wtorek. Na telewizyjnym "Cholonku" musiałam się pilnować, żeby nie klaskać między scenami. Tym bardziej, że na nagraniu przecież klaskałam i w domu chciałam to powtórzyć dokładnie w tych samych miejscach.

Środa. "Drops of Rain in Perfect Days of June" i "July" Folkwang Tanzstudio z Essen - coś, czego nie miałam w planach, a co przerodziło się w absolutnie cudowny wieczór w BB.

Czwartek. Coś, co mam w planach od dawna, czyli mój drogi Miszcz w wersji z najprawdziwszymi gośćmi z Moskwy. Doczekać się nie mogę. Ostatni Miszcz w tym sezonie. Chcę już tam być.

Badania jutro. I w pracy dziki zapierdziel, ale to, co powyżej, skutecznie przesłania mi wszystko, o czym aktualnie nie mam ochoty myśleć nawet przez sekundę. Szkoda mi miejsca w głowie na to, co nie niesie dużych dawek ekstremalnie pozytywnych emocji.

Endorfiny we krwi wielkie jak ping pongi.
Dobranoc.
Z.


Brak komentarzy: