sobota, 19 maja 2012

niebocha

Całkiem niedawno widziałam go na scenie. Miło popatrzeć, a jeszcze milej posłuchać. I ten sam gość nagle stoi tutaj obok mnie i zaraz ma wyjść na scenę na naszej imprezie. Podejść nie podejść podejść nie podejść? Nie podejść i później żałować? Szansa, żeby poprawić sobie humor podczas tego niekończącego się dnia pracy. Podchodzę. Widziałam pana w tym spektaklu… Naprawdę? – pochodzi bliżej. Do twarzy panu w skrzydłach – wypalam zgodnie z prawdą, a w duchu sama z siebie leję, że taki tani podryw. Gadamy o teatrze, ja zapominam, że jestem w pracy i setny raz odkrywam, że gadanie o teatrze to bardzo zajmujące zajęcie, pięknie jest, słońce grzeje, muzyka w tle, ludzie wokół, a on mi nawija o pracy z tą jedną reżyserką i myślę, że jeszcze max 5 minut i zostaniemy najlepszymi przyjaciółmi. Wtem podchodzi Koleżanka z Biura i mówi, że jestem natychmiast potrzebna. Obrzucam ją niechętnym spojrzeniem i idę za nią z ociąganiem, przepraszając wcześniej mojego niedoszłego przyjaciela. Odeszłyśmy kawałek, a Koleżanka w te słowa: chciałam Ci tylko powiedzieć, że zrobiłyśmy ci zdjęcia rozwodowe. I mi te zdjęcia pokazuje wprost z karty w aparacie. Ze śmiechu zwinęłam się w klucz wiolinowy, bo zdjęcia wyglądały jak z jakiegoś Pudelka albo innego Życia na gorąco. Na zdjęciach gadam z tym śpiewającym aktorem (wokalistą bardziej, wiem), wyglądam jakbym go pożerała wzrokiem, a jedno jest takie, które z daleka wygląda jakbyśmy się czule obejmowali, choć staliśmy z metr od siebie. Fikłam ze śmiechu. Dziewuchy zapowiedziały, że będą mnie tymi zdjęciami szantażować, więc gdy wieczorem przyjechał do nas Brz., od razu zaczęłam przekonywać go, że to nie tak, że to wszystko kłamstwo i kalumnia i że pic na wodę, fotomontaż. Ok, mógł mi nie do końca wierzyć, bo gdy się zjawił, akurat z jakimiś obcymi chłopami grałam w gigantyczne piłkarzyki i bawiłam się więcej niż świetnie, co chwilę podkładając komuś nogę, zawisając nad trawą walcząc o piłkę i drąc się jak na meczu (polecam, choć dziś boli mnie wszystko)… Piłkarzyki pojawiły się w jeszcze jednej formie, tym razem tradycyjnej, stołowej. Minęła godzina 22. Piłkarzyki stały na dworze, świateł brak. Zostaliśmy już tylko w kilka osób i rozegraliśmy nocny plenerowy turniej, podczas którego zdecydowanie mniej widać było, jak bardzo nie umiem grać. Łamaliśmy wszelkie możliwe zasady i było naprawdę cudnie. I już było bez różnicy, czy to dwunasta czy czternasta godzina w pracy.

Chyba mi jednak Brz. wybaczył te zdjęcia, których jeszcze nie widział. W nocy mówił mi jak to jest zwisać nad przepaścią łóżka. I że to niby ja jestem winna, tzn. moja ekspansja na nie moje tereny materaca. Mówię, żeby mnie zbudził, to się przesunę do siebie, ale nie, bo podobno śpię tak słodko, że nie ma serca. Hm. Dziwny napad czułości, ale w porządku, miło mi bardzo. Rano natomiast powiedział tak: nie zbudziłem cię, bo spałaś i wyglądałaś jak niebocha* (*niebocha w brzydalowej nomenklaturze to najzwyklejszy nieboszczyk). Wszystko wróciło do normy.

Z.

Brak komentarzy: