piątek, 11 maja 2012

o wczoraj

W kalendarzu piątek, w głowie środa, w głowie czwartek, jutro pracująca sobota, wszystko mi się poprzestawiało. Wyrastam na mistrza świata w selektywnym odbiorze rzeczywistości. Po środowym teatrze, w pracy trzymałam się dzielnie, nie dając się wyprowadzić z równowagi przez większość dniówki. Za to jak mnie już z tej równowagi wyprowadzono, dostałam takiego ataku złych emocji, że miałam ochotę wyciągnąć z torebki bazukę i huknąć w wiadomym kierunku. Jak jeszcze spojrzałam na zegarek i zorientowałam się, że mam bardzo mało czasu, żeby pozbierać się jakoś z tych kawałków, na które się rozsypałam… wściek i załamka. Udało mi się dokulać do domu (łamiąc wszelkie możliwe przepisy) i przepakować (łamiąc zasady zdroworozsądkowe), po drodze odebrać milion telefonów (jasne, dzwońcie wszyscy jak się spieszę jak wściekła), a nawet być niemiłą dla kogoś, dla kogo na pewno nie powinnam (służbowym wyrzutom po pracy mówimy zdecydowane nie, po prostu nie zawsze się udaje). O 17 wybiegałam znów na parking, z rozkręcającą się pod powiekami wizją, że utknę gdzieś po drodze, nie zdążę na spektakl i wtedy już na pewno fiknę z powodu galopującej kurwicy, albo będę marzyć, żeby to we mnie wymierzono bazukę, by oszczędzić mi dalszych atrakcji i innych wątpliwych przyjemności.

Na trasie zastosowałam najprostsze znane mi techniki relaksacyjne, tzn. słuchałam muzyki zdecydowanie zbyt głośno, nawet śpiewałam coś czasem, a gdy moją głowę jak dmuchany potwór wypełniały tematy związane z właśnie zakończonym spotkaniem, szybko przykrywałam je innymi myślami, wyselekcjonowanymi starannie i dokładnie. Do Tychów dojechałam już w niezłej formie, w Pszczynie już było elegancko, a w Bielsku, w którym byłam na czas, czułam się tak, jakby się w ogóle nic nie stało. Jak obca babka zupełnie życzliwie wita mnie po imieniu, może być tylko lepiej. W ciągu trzech minut milion razy umarłam z radości, czając się na drugim balkonie jak partyzant, gapiąc się wielkimi oczami na próbę i słuchając, jak polski miesza się z rosyjskim i z angielskim. Najlepiej. Wtedy oświeciło mnie jak świętego Pawła w drodze do Damaszku;), że to, co zostawiłam w Kato, nie ma AŻ TAKIEGO znaczenia i że przede mną cudny wieczór i TYLKO TO ma znaczenie, to co tam teraz na próbie takie jeszcze w kawałkach, i to, co za pół godziny się z tego wykluje. I ja znów tam. Tak ma być. Dokładnie tak ma być.

Spektakl cudny. Piąte zderzenie z Mistrzem, ale tym razem z takim po liftingu, innym, unikatowym. Szczerzyłam się jak głupek w tej loży bite dwa akty, reagując sobie po swojemu w ciemności i samotności. Dość szybko dotarło do mnie, że z każdym kolejnym spotkaniem z tym spektaklem rozumiem go mniej, choć od premiery liczyłam, że będzie dokładnie odwrotnie. Nie mam pojęcia, co teraz napisałabym o tym służbowo, gdybym musiała się nad Mistrzem pochylić z poważną miną i otwartą głową. Nic z tego. Jak emocje zalewają oczy, to takie słowo jak profesjonalizm przestaje istnieć. Plus kilka smsów, telefon do domu („Mamuś, genialneeeeee!”), przypadkowa rozmowa przerwana dzwonkami (dziś w pracy, gdy o tym mówiłam, usłyszałam: no chyba go sama nie zaczepiłaś?? Pfff, oczywiście, że zaczepiłam, phi!) i takie uczucie, jakby ktoś nadawał na tych samych teatralnych falach co ja. Drugi akt pożeram w całości i żałuję, że trzeciego reżyser nie przewidział. Uśmiecham się przez większość czasu, czasem zamykam oczy i słucham tylko, a z teatru i tak wybiegam rozmazana. Norma. Nie uodpornię się. Po co? Późno. Выйд у ночью в поле с конем… I tak w kółko, aż do domu, repeat, repeat, repeat. W głowie już tylko to, co ja chcę. Urywki, sekundy, momenty, przebłyski, stopklatki. Potwornie zmęczona na jakiejś stacji wysiadłam z samochodu, żeby chwilę pooddychać. Obok na parkingu stał najprawdziwszy, groteskowo wielki, czerwony tramwaj. Мы пойдем с конем по полю вд воем – prowadziło mnie do domu. Obiecałam sobie zdrowy dystans. Ani słowa o pracy. Klucze od domu. Ani słowa, żeby teraz tego wszystkiego nie spieprzyć, żeby nie zniknęło, przecież musi zostać, bo inaczej zwariuję. Али есть то место, али его нет… Jeszcze komp na szybko i kilka słów, bo czuję, że muszę, i sen, który spadł na mnie jak kowadło.

Dziś moje dziewczyny w pracy wiedziały, że mogę być mocno podminowana i że generalnie bez kija nie podchodź. Koleżanka wchodzi rano do biura i pyta delikatnie: „jak było wczoraj…?” – i widzę, że chce dodać „na spotkaniu”, ale w sekundę zmieniłam się w chmurę gradową, więc wolała dodała: „eee, w teatrze…?” Uśmiechnęłam się błogo i miną trzynastolatki zakręciłam się na krześle.

Zł.

Brak komentarzy: