czwartek, 31 maja 2012

plener

– Źle wyglądasz – powiedziała zamiast „cześć” i przylgnęła do mnie na powitanie. Nie widziałam się w lustrze od kilku godzin, ale podejrzewam, że faktycznie może nie być najlepiej. Od tych kilku godzin kręcę się wokół tabunu obcych facetów, odpowiadam na pytania, których wcześniej nikt nigdy mi nie zadał. „Jak to przybić do blaszanej podłogi?” (nikt nic nie wbija. W kilka minut załatwiam 10 trzydziestokilowych ciężarków). Albo: „to jest 16-pinowe, gdzie macie 32-pinowe?” (zostało znalezione na portierni, do której później wesoło wił się kilkunastometrowy kawał kabla) albo „czy dostanę jakieś zadaszenie?” (miałam ochotę walić łbem w mur, warcząc, że rider techniczny tego nie przewidział, a ja nie jestem wróżką, żeby odgadywać męskie potrzeby, a co dopiero techniczne potrzeby kilkunastu chłopa). W ciągu kilku godzin przed imprezą bałam się tych ludzi zostawić na 20 minut, żeby skoczyć do biura, pozbierać wszystkie swoje zabawki i przestawić samochód bliżej tego pola walki. Wiedziałam, że gdy tylko oddalę się na 100 metrów, zadzwoni mój telefon i będę lecieć z powrotem, więc profilaktycznie trzymałam się blisko. Chyba nawet nie przeszkadzałam bardzo, zdarzało mi się pomóc. Ba, nawet ławki rozkładałam z chłopakami. Efekt tego był taki, że jak przyjechali artyści, to nawet nie miałam jak podać ręki na dzień dobry, bo byłam uciorana jakbym pół dnia grzebała pod maską wartburga. I oczywiście rozczochrana, zakurzona i blada. Witam w moim świecie.

Zaczepiło mnie tam kilkoro znajomych. Gadać chcieli, uściskać się, co słychać, jak to, o co, i jak, bo wiesz, no tak, hm, słuchaj, naprawdę… Mówili coś do mnie, ale jakby ich, cholera, nie było. Pierwszy raz w życiu byłam tak sfokusowana na tym, co mam do zrobienia, że wszystko, co nie mieściło się w tym planie, pozostało dla mnie zupełnie niezauważone. Przepraszam, mówiłam już odwrócona plecami, zaraz wrócę, tyle że zapominałam wrócić…

Od kilku dni stres konsekwentnie narastał. Oczywiście wszyscy dookoła w jakimś ludzkim odruchu twierdzili, że będzie dobrze, że przesadzam. Ale ja wiedziałam najlepiej, że nie przesadzam, a nawet momentami wydawało mi się, że może czegoś nie dopilnowałam, że zbagatelizowałam jakiś szczegół, przez który cała impreza może mi się posypać. Oczywiście im bliżej, tym te demony większe. Bo to służbowa impreza, więc odpowiedzialność merytoryczna i finansowa. Dodatkowo jest mi to bardzo bliskie, więc odpowiedzialność emocjonalna. Pogoda mnie stresowała (kluczowa w przypadku pleneru) i absolutny brak tak zwanego planu B. Umierałam ze strachu przed ewentualną niekompetencją firm zewnętrznych i wszelkimi konsekwencjami tej niekompetencji (bo mnie cudze błędy nie tłumaczą, naprawdę). Uświerkałam z nerwów nad długimi debatami prawno-finansowymi, do tego stopnia, że któregoś wieczora wróciłam do domu uryczana i obiecywałam sobie już nigdy w życiu w nic się nie angażować. No i panika, co z ludźmi? Jeden wywiad, drugi, trzeci, później wyborcza, dziennik, metropolia silesia, insilesia, jakieś zajawki, niby tego w necie dużo, plakaty hulają, widać nas, ale co z tego? Ludzie są straszni – przypomina mi moje prywatne bydlę, które czasem odzywa mi się w głowie gdy dookoła czai się zupełna cisza.

Nie tacy ludzie straszni jak mogło się wydawać… Po pięciu godzinach na dworze, gdy stanęła scena, po ustawianiu namiotów i ław, po wyposażaniu garderoby, po zadaniu miliona pytań i po odpowiedzi na dwa miliony, po stu kursach po schodach z lustrami, sztalugami, krzesłami i diabli wiedzą czym, udało mi się na szybko ogarnąć i uczłowieczyć, żeby wyglądać poważniej i nie straszyć gości. Ludzie zaczęli się powoli schodzić, a ja każdą kolejną osobę miałam ochotę klonować i przyklejać, żeby mi nie uciekli. Ale nie uciekali. Nikt nie uciekł. Baaaa, schodzili się jeszcze jak już wszystko się zaczęło. Rowerzyści się zatrzymywali, przechodnie siadali na ławkach obok, do samego końca została jakaś matka z niemowlęciem i mała dziewczynka z dwoma kundlami. Ok, może nie był to dziki tłum, ale ta setka, która tam była, wiedziała na pewno, po co tam jest. Reagowali na to, co działo się na scenie, uśmiechali się i porozumiewawczo poszturchiwali znajomych. Nie odrywali oczu. A ja dopiero po kilkunastu minutach od rozpoczęcia poczułam, że jest w porządku, że idzie jak po sznurku. Usiadłam więc gdzieś z brzegu, żeby sobie przypomnieć przezabawny MOOOOST i tego nieszczęsnego Orzeszka…

Ostatnie trzy sceny, dwie, jedna, oklaski, ukłony, oklaski, ukłony… klaskać czy zdjęcia robić? Chłodno się zrobiło. Zapinam marynarkę, zawijam się w chustkę. Aktorzy znikają za sceną, ludzie się zbierają, szum, narastają rozmowy, widzowie wychodzą z rzędów i co któryś mówi do mnie, że dzięki, że super, gratuluję, naprawdę świetne, sztuka super, pomysł, pomysł! Tak to powinno wyglądać, tutaj, u nas, właśnie, dzięki. I znów ci sami znajomi przychodzą się uściskać na pa pa, już trochę wyraźniej widzę ich twarze, po chwili zamykam oczy, oddycham głęboko i ta stalowa obręcz wokół głowy trochę puszcza. Udało się? Po kolejnej godzinie wracam do domu i dopiero teraz widzę się w lustrze. Rany boskie…

Z.

Brak komentarzy: