niedziela, 6 maja 2012

trójkąt

Kolejny tydzień żyjemy w trójkącie: Brzydal, Złośnica i Alergen. Za dnia ten trzeci siedzi dość cicho, za to atakuje nocami i powoduje wynoszenie się Brzydala na kanapę do salonu, jak w jakimś tanim melodramacie. Mnie jest oczywiście przykro zostawać samej, nawet czasem napomknę „zostań”, albo mu wpieram, że przecież w ogóle nie muszę spać, albo człapię za nim z poduszką i przekonuję, że zawsze może wrócić. Ale kilka dni temu wcześnie rano Brzydal wszedł do sypialni, gdzie zobaczył jak śpię z miną więcej niż błogą, rozłożona na tym pustym łóżku swobodnie jak rozgwiazda, na czterech poduszkach, zawłaszczając dwie kołdry i wtedy zrozumiał, że jednak nie jestem w depresji, gdy zamyka drzwi od strony przedpokoju. Rano (tzn. o ludzkiej porze) automatycznie zaczęłam zawodzić, jak strasznie było mi smutno w samotności, olaboga i bożesztymój i cała reszta, na co burknął tylko „no właśnie widziałem…” I wyszłam na nieczułego, samolubnego potwora zamiast na anioła. Znów.

Dziwny długi weekend w kratkę z normalnymi dniami w pracy. W czeskim Cieszynie palnęłam przed kamerą coś po czesku, więc kolejne pytanie też dostałam w tym języku, ale byłam w takim szoku, że nie skumałam nic i odpowiedź dostali już po angielsku. Bielsko dwa razy, w czwartek będzie Bielsko znów. Poza tym te mniejsze lub większe imprezy, parapetówki i z pozoru niewinne spotkania u nas w mieszkaniu powinny się już skończyć, dla naszego dobra. Średnio co drugi dzień coś się tu dzieje, a wczoraj było tak poważnie, że w poprzedzającą noc senne horrory następowały jeden po drugim… Żeby zupełnie nie zdurnieć od udawania idealnej żony, wyhaczyłam dziś „Szczęście w garści” Doroty Simonides (czyli Dorki Badurzanki, która była świetna w kulki i chciała zostać świętą), ale nie mogę czytać, bo Brzydal puścił mi film szkoleniowy „Baby są jakieś inne” i co chwilę patrzy na mnie znacząco (wtedy ja udaję, że nie jestem zajęta laptopem, a zajęta jestem bardzo). Czekam, aż napisze swój scenariusz, który pewnie byłby obszerniejszy niż jego własna matura z polskiego.

Wczoraj na fejsie Mrówka kazała spojrzeć w księżyc, że niby jakiś większy. Schował mi się za drugim blokiem, na nic latanie od okna do okna przez cały wieczór. W końcu po pierwszej udało mi się zobaczyć ten świecący kosmiczny pysk. Efektem latania boso po balkonach w środku nocy była książkowa wręcz bezsenność, kwitłam więc do 3 w nocy na necie, czując się tak, jakbym przeczytała już wszystko, była na każdej stronie i odpisała na każdą wiadomość… Może lepiej, że jutro normalnie do biura?


Zł.

1 komentarz:

Izabela Mikrut pisze...

i był jeszcze wtedy większy?