wtorek, 26 czerwca 2012

bazylia

Zamykam oczy i wdech – wydech. Wdech – wydech. Znów zanurzam nos w kępie bardzo zielonych liści bazylii. I wdech. Tylko o wydechu nie zapomnij. U nas późnym popołudniem najwięcej słońca jest w kuchni. Rozkładam kompa na stole i mi się wtedy te wszystkie liście pchają pod nos.

Kolejny raz dopada mnie świadomość, że blog niepisany to blog pozbawiony sensu. Sama przeszłość, obszerne archiwum, do którego ja sama nie zaglądam, bo zaraz chciałabym usunąć 90% postów. Co teraz? Co dalej? Drobiazgi i ważności, cudze opowieści i moje strachy na wróble. Stopklatka bez chronologii. Autostopowicz, który w 20 minut przybliżał historię swoją i swojej rodziny, a później w Lublińcu zabrał nas na lody. Stop. Ostatnie zajęcia z czeskiego i cudowne rozluźnienie na Mariackiej. To teraz w lewo czy w prawo? Ja tych ogródków w ogóle nie odróżniam. Śmieję się tak, że później w nocy nie mam już siły myśleć o głupotach. Stop. Spektakl na końcu świata. Jechać czy nie jechać? Nie jestem najbardziej na świecie przekonana, że tego właśnie chcę, ale za to jestem pewna, że będę żałować, jeśli natychmiast nie przestanę się wahać jak idiotka. I tam na końcu świata stuk stuk obcasami, jeden uśmiech, jeszcze próbuję robić profesjonalną minę, ale w pierwszym zdaniu wypalam: panie Tomaszu, ja tu jechałam przez jakiś Żyglin… Dobrze usłyszeć śmiech w drugą stronę, w moją. Później oczywiście ciemność i komplet na widowni i naprawdę dałam się kupić tym piosenkom, znów sama siebie w myślach opierdzielam, że mogłam choć przez sekundę tego nie chcieć. Stop. Kalendarz dziwnie pusty. A ja widziałam już nawet jeden repertuar na wrzesień. Poczekam.

Poza tym wciąż tryb materiał-na-idealną-żonę. Przepisu na naleśniki nigdy nikomu nie zdradzę. Najgrzeczniejsza na świecie, dopóki mnie nikt nie zaczepia. No i irokez. I lakier na paznokciach w kolorze zielonego groszku. Znów śni mi się jeden cudny kolczyk i znów wydaje mi się, że chcę go mieć, a to przecież tylko kaprys, gówniarstwo takie. Nocami przeprowadzam działania niemalże wojenne na połowie łóżka należącej do przeciwnika. Ta ekspansja terytorialna ma na celu zawłaszczenie nowej przestrzeni życiowej. A ja to wszystko robię z miną niewiniątka, przez sen i nieświadomie, w co Brz. oczywiście nie wierzy i burczy coś o zapisaniu się do związku wypędzonych. To może posłuchamy Waitsa? – pytam i od razu zaczynam się bronić, bo wiem, że za pół sekundy zaspany kudłaty stwór będzie mnie atakował. I to jest jeden z najpiękniejszych momentów w ciągu dnia, na który warto czekać i który zdecydowanie warto prowokować, choć każdą reakcję znam na pamięć.

Próbuję dobudzić się rano, a nadciągający dzień mi się rozmywa. Może jednak to nie byłoby takie głupie, zagrzebać się w tym archiwum na blogu, żeby sobie samej przypomnieć i udowodnić, jak może być, jak było, co było i co mi się potrafiło dziać w głowie. Powody, przyczynki, motywy, przypadki. I jaka komenda do tego, odśwież czy dodaj do archiwum?

z.

poniedziałek, 18 czerwca 2012

jezioro

Jezioro

Jak odnajdziesz mokrą nutę w kropli głosu?

Masz usta złożone do snu,
a tu próchno świeci w oczach, w kwiatach ognie -
Skrajem jawy uciekać musisz,
bo się zgubisz w ostrych liliach, nie powrócisz,
bo w jeziorze stopisz włosy i sen zmoknie.

Jak odnajdziesz mokrą nutę w lustrze nowiu?

Masz usta złożone do snu,
a tu sieć, a tu mróz, a tu blask -
Blask łzę rzeźbi i różową siecią łowi,
nie chodź w lilie - jesteś boso,
wróć się jeszcze, sen rozgarnij póki czas.

Czy odnajdziesz, czy zrozumiesz, że jej nie ma?
Każda nuta sięga dna, a najgłębsza - mokra,
syczy próchno, oczy pali, w kwiatach blask,
zasłoń oczy, kwiaty uzdrów - bo cię ziemia
snem ominie, strąci w lej i zamieni w kroplę.

Daj się baśni poprowadzić, gdzie na spodzie kule gniazd,
gusła w pąkach, sine ryby jak wieczornych świateł nurt,
trzciny lękiem wędrujące pod melodię wody bór -
każ się baśni poprowadzić, a wzorzysta będzie baśń - - -

Może nie wiesz, pewnie nie wiesz, jest w jeziorze zwierz -

Kiedy staniesz kruchą twarzą nad kielichem lilii,
odwróć skronie - ogień pryska, więc nie próbuj się pochylić,
bo nie wrócisz, bo pod stopą próżnia zamiast mostu,
a to woda, tylko woda - a gdy weźmie, już nie odda -
może nie wiesz, pewnie nie wiesz:
masz usta złożone do snu.

Zwierz ma kudły z długich wierzb, a na grzbiecie plamkę,
nie wierz nutkom, nawet tej, co ma skrzypki blade -
Skrzyp po fali, skrzyp po rzęsach i w jezioro ciężka łza
pada z pluskiem, łuski wodzi, sen zamyka, gasi blask - - -

Skrajem jawy uciekaj, uciekaj,
bo zwierz z toni odmyka powieki -

nie odnajdziesz, bo głęboko, bo bez dna.

(Tadeusz Gajcy)

Ty dzisiaj idziesz później? Pół godziny później (dotarło do mnie, jaki za oknem majaczy dzień tygodnia, gdzie mam jechać i po co). Strasznie dzisiaj spałaś. Jak to strasznie? (zaintrygowana wyciągnęłam nos spomiędzy poduszek) No strasznie, rzucałaś się całą noc i dwa razy podnosiłaś się tak sztywno jak wampir i jeszcze twierdziłaś, że mówiłem do ciebie „chodź, chodź”. Proszę cię... (wyraziłam powątpiewanie, choć wiem, że to zupełnie możliwe) Tak było! Skrajem jawy uciekaj, uciekaj, bo zwierz z toni odmyka powieki… (wymruczałam sama do siebie, bo świadek moich nocnych niepokojów jak zwykle wcześniej ode mnie wziął się za bary z codziennością). Chcę ten wiersz, natychmiast! Dobra, za chwilę. Z czeluści internetu w komórce wygrzebałam go dwie godziny później na jeszcze pustej, jeszcze chłodnej i jeszcze spokojnej auli, jeszcze makijaż miałam nierozmazany i koturny były jeszcze całkiem wygodne. I nastrój jeszcze znośny. Nie powinnam taka zwichrowana czytać Gajcego, nie powinnam też słuchać Natalie Walker i nie powinnam milczeć, kiedy wydaje mi się, że to, co chcę powiedzieć, może być ważne. Oczywiście setny raz czytam Gajcego, słucham Walker i milczę, zupełnie jakby nie było tematu.
Z.

sobota, 16 czerwca 2012

ostatni

Na playliście 70 piosenek Idlewild. Zespół, którego słucham od prawie 10 lat, wrócił do mnie w tym tygodniu z całą swoją niemal betonową ścianą dźwięków. Duże stężenie Roddiego z kolegami świetnie sprawdziło się w dość niewdzięcznej roli zagłuszania rzeczywistości, która mnie ostatnio drażni bardziej niż zazwyczaj. Reakcja ochronna w postaci siedzenia na kuchennym blacie i wybuchania szlochem nie przynosi spodziewanych rezultatów, w związku z tym szukam alternatywnych metod radzenia sobie z czerwcem.

Cały ten tydzień potraktowałam komendą „przeżyj” i skrótem klawiszowym „zaznacz wszystko” CTRL+A i „usuń w diabły” delete. Do zapamiętania w sumie tylko wczorajszy dzień, tak nakręcony i tak wariacki, że nie wiem, jakim cudem nie skończył się jakąś katastrofą. Będziemy miały full czasu, zdążymy przecież ze wszystkim! – przekonywałyśmy się z koleżanką, wyjeżdżając z Kato o 16, trochę zziajane po biegu po centrum z dwoma nieporęcznymi doniczkami. Tylko niech ich pani nie trzyma w samochodzie, bo padną! Taa, jasne, będę je całą drogę trzymać za oknem. Ostatecznie wśród rechotów zostały upchnięte za fotelem i zaklinowane pozwijanymi ciuchami. Zdarza mi się dojechać do BB w 50 minut. Wczoraj jechałam 2 godziny, plotkując, gadając i wspominając (od czasu do czasu rozmawiając też z kwiatkami, żeby im się nie pogorszyło), by ostatecznie być na czas i z nerwów w foyer wbijać zęby w ścianę. Przed każdą premierą to samo. Czym ty się tak denerwujesz? Bo mi zależy. Ale czemu? Wzrok w podłogę i jak zwykle nie wiem, jaka jest poprawna odpowiedź.

Na pierwszy akt reaguję euforycznie. Mija jak pstryknięcie, a ja co chwilę albo przeciągle wzdycham, albo zbieram szczękę w podłogi. W przerwie wychodzimy na zewnątrz, a ja mam ochotę zaczepiać obcych ludzi i mówić im, że cudnie!

Po drugim akcie wsłuchuję się w brawa, drobinki kurzu unoszą się w świetle reflektorów, patrzę na zegarek i myślę, że zdecydowanie czas wracać, bo w momencie słabnę. Jeszcze tylko szybki uścisk gdzieś w biegu i dziękuję za wszystko i w sumie nie wiem, co powiedzieć więcej, to bez sensu. W trasie trochę słów, trochę muzyki i znów te jelenie, które nocami wychodzą sobie popatrzeć na drogę. Kotłuje mi się wszystko w głowie, ten spektakl jest tak potężny, że nie wiem, czy i kiedy uda mi się go w ogóle przemyśleć.

Przed pierwszą wyłączam telefon i padam na poduszkę z kilkoma obrazami drapiącymi powieki jak ziarnka piasku. Postać bez twarzy i miasto muzyków i fruwające całe partytury. Ostatnia premiera sezonu. Ostatni spektakl absolutnie najgenialniejszego sezonu w moim życiu. Czy mógłby ktoś pstryknąć i pozwolić mi zasnąć?

Z.

PS Pamiątkowe zdjęcie jeszcze żywych kwiatków, wbrew zaleceniom udających się w podróż;)

niedziela, 10 czerwca 2012

weekend

Ja się na piłce nie znam. Może dlatego, że nigdy nie byłam na takim prawdziwym meczu. I dlatego, że zmuszenie mnie do siedzenia przed telewizorem dłużej niż 10 minut wiąże się niemal z ubezwłasnowolnieniem. To oczywiście nie zmienia faktu, że na mecz otwarcia pojechałam radośnie do Rodziców, bo nikt tak nie komentuje meczy, jak mój Tata („graj! Graaaaaj!”), i nikt inny nie jest tak cudowny jak moja Mama, gdy dopiero w 40 minucie pyta, kto w ogóle gra. Ja natomiast mam zazwyczaj problem ze wskazaniem, która bramka jest czyja, ale za to z upodobaniem drę się „symulaaaaaaant!” przy każdym upadku i zaryciu piłkarza w murawę. Wielce interesuje mnie też proceder szarpania za koszulki i te aktorskie gesty, że to niby nie ja skopałem kolegę, nie ja po nim przebiegłem i nie ja rozorałem mu łuk brwiowy, wszystkie kamery się mylą, a sędzia ma astygmatyzm i bielmo. I jeszcze szalenie frapuje mnie zagadka, czym różni się granie w barażach od grania w szortach...

Długi weekend nie stworzył mi sprzyjających warunków do wczuwania się w stadionową atmosferę, bo na przykład pół dnia kwitłam nad tekstem o spektaklu Kmity, a kolejne pół czytałam „Korzeńca” (którego ostatecznie pożarłam na dwie raty, tak mnie cholernik niespodziewanie wciągnął). Na szczęście Brzydal był wtedy w pracy, więc mogłam całymi godzinami nie wychodzić z wyra, obkładać się książkami, kubkami po kawie, szypułkami z truskawek i strzępami zapisanych papierków, puszczać kolejną płytę Idlewild i co jakiś czas w zamyśleniu gapić się w sufit, odreagowując czerwcowe trudy. I tylko wizja powrotu Brzydala do domu była w stanie wygnać mnie z łóżka. Gdyby przyszedł znienacka w połowie dnia, mój plan udawania idealnego materiału na żonę niechybnie ległby w gruzach. Żeby zachować twarz i tego uniknąć, dzielnie nadrobiłam co było w tym mieszkaniu do nadrobienia, a nawet w imię diabli wiedzą czego wyczarowałam tak bajeczne tiramisu z truskawkami, że ten niewdzięczny gad Brzydal powinien mnie jeśli nie nosić na rękach, to chociaż po nich całować… ehh… Ale przynajmniej był grzeczny na teatralnej wersji „Korzeńca”, nie przeszkadzał mi i nie zaczepiał (jak na „Monsters”), a nawet po spektaklu kiwał głową z uznaniem i kazał się natychmiast zawieźć na ulicę Żytnią 16, o której w sztuce była mowa. A sztuka bajeczna, chłodna od tych kafli i szorstka w odbiorze, niepozbawiona humoru dzięki świetnej adaptacji i świetnie zagrana. Trzeba będzie na to wrócić w nowym sezonie, zabrać jeszcze kogoś znajomego, pokazać sztukę i zrobić objazd po mieście (obok tego mauzoleum jeżdżę codziennie do pracy, ale cudowna Emma i scena z jej własnym nagrobkiem zmiata wszystko!). Teraz jeszcze teatr w piątek… Doczekać się nie mogę… I Brzydal nie jedzie! Ha! Hahaha!

Dziwny więc był długi weekend… Przede wszystkim śnią mi się takie bzdury, że aż dziwnie zasypiać. A jeszcze dziwniej budzić się nad ranem i zastanawiać, czy pauza włączona przez otwarcie oczu wystarczy, żeby dany sen przerwać na dobre. Kiedy indziej jedyne, na co mam ochotę, to zagrzebać się w poduszki i pomyśleć „pośnij się jeszcze”. Hmm...

Jutro budzik na 5:55.
Z.

czwartek, 7 czerwca 2012

plener2

- W czym pomóc ci z jutrem? – we wtorek zapytała Szefowa.
- W niczym – odparłam z grobową miną, zatrzymując na chwilę przed oczami obrazki przeskakujące jak w jednorękim bandycie.
Po chwili Koleżanka z Biura:
- Potrzebujesz pomocy? – zagadnęła wbiegając do pokoju i widząc jak zatapiam palce we włosach, co sprawiało, że moja fryzura zaczęła przypominać stóg siana, w który pierdyknął piorun.
- Poradzę sobie, dzięki – nawet zdobyłam się na coś, co przy odrobinie dobrej woli odbiorcy mogłoby zostać przyjęte za uśmiech.
Rzecz w tym, że dla mnie wyrażenie „radzić sobie z czymś” od zawsze z góry zakładało jakąś, kurde, nieporadność.
Zeszłotygodniowy plener został bardzo pozytywnie obgadany, wieść rozniosła się po mym miejscu pracy, a mnie momentami nawet zdarzało się czuć, że jednak wszystko się da. Nie miałam jednak zbyt wiele czasu, żeby cieszyć się brakiem kompromitacji, bo kolejne potencjalne katastrofy już czaiły się za rogiem i czekały na każde moje potknięcie czy chwilę nieuwagi, o którą w moim przypadku nietrudno.
Piątek, 8 rano, stadion. Brodzę po kostki w rozlewisku i zastanawiam się, czy uda się nam sprzedać mediom, że zamiast meczu odbędą się zawody w chodzeniu po wodzie. Po kilku godzinach i wysuszeniu butów i dżinsów biurowymi sposobami, znów ląduję na stadionie, gdzie murawa wyglądała już trochę lepiej, a i ludzie wyglądali na zadowolonych. Łażę, załatwiam, poprawiam. Nawet się kręci. Jest nas kilka. Po wszystkim trybuny pustoszeją w kilka minut. Weekend ledwo się zaczyna, a ja marzę o tym, by już się skończył. Jeszcze wieczorem zatwierdzam 18 projektów dużych druków. W poniedziałek rano mają już stać na środku ulicy w naszym nowiutkim systemie wystawienniczym. Wznoszę pokorne modły, żeby jedno pasowało do drugiego. Na poprawki nie mam ani czasu, ani kasy.
Sobota. Tak oficjalnie jak to możliwe. Nerwy mierzone liczbą podartych rajstop. Dziki, dziki tłum. Stukot obcasów. Trwa to wszystko w nieskończoność. Uśmiech, dziewczyny, uśmiech! Wpadam do domu po 23, jak zwykle obładowana tobołami, ciuchami, materiałami i butami, przez co wyglądam jak uchodźca. Zaspany Brz. otwiera mi drzwi i wie, żeby nie zadawać zbyt wielu pytań. Marzę tylko o tym, żeby się wyspać.
Niedziela. 6 rano. Nagle oczy jak pięciozłotówki. Śpij. Śpiiiij. Śpij, debilu… Nie śpię. Mogę sobie co najwyżej popatrzeć, jak jakaś mumia śpi obok. Kawa do łóżka i „Korzeniec”. Nastrój lepszy, bo wieczorem wyczekane „Monsters” w BB. Teatr nauczył mnie, jak czekać, żeby się doczekać. Spektakl pożeram w całości, mija raz-dwa i do nocy szumi w uszach spiętrzonymi tekstami i melodiami. Nie piszę o tym, chrzanić to. Nie dam rady. Nie mam siły. Ani pomysłu.
W poniedziałek jednak coś tam piszę… Ja pierdykam, strasznie pod górę.... Żal trochę to tak zostawić, ale nie wiem, jak to ugryźć. Na łóżku rozrzucam świstki z zapiskami. Nocna ulewa wali w okna. Rano Brzydal ze zdziwieniem odkrywa, że jakiś zagubiony długopis całą noc dźgał go w plecy.
No i wtorek i te dialogi z góry posta. Pomóc ci? Poradzę sobie. Kolejna moja impreza. Niby nie jakaś wielka, taka sobie, a jednak 3 tygodnie załatwiania, zatwierdzania i zamawiania. I choć tydzień temu obiecywałam sobie już nigdy więcej nie robić żadnej uroczystości w ambitnym osamotnieniu, w tym tygodniu wciąż nie potrafię poprosić o pomoc i dla własnego dobra podzielić się pracą. Poradzę sobie, myślę z niepewnością, a w głowie jak dmuchana zabawka rośnie mi wielki znak zapytania. Na szczęście na sytuacje zupełnie kryzysowe mam kogoś pod ręką, co się przydaje. Uśmiechnij się – mówi ktoś inny na minutę przed, a ja mam ochotę zaproponować, żeby się bujał.
Wszystko się udało, a jak widziałam, że scenariusz idzie w dobrą stronę, myślami zakotwiczona już byłam w Teatrze Rozrywki na „Jeszcze nie pora nam spać”, na które co prawda jechałam wczoraj siłą woli, ale za to wracałam jak nowa, wyluzowana napadami śmiechu, którego bardzo, bardzo potrzebowałam.
Strasznie dużo kosztowały mnie te wszystkie ostatnie atrakcje. Zmierzwiona jestem tą intensywną codziennością i trochę poobijana.
Tymczasem z okazji dzisiejszego kościelnego święta, robimy absolutnie wszystko, czego nie powinniśmy. Nareszcie normalniej.
Z.