sobota, 16 czerwca 2012

ostatni

Na playliście 70 piosenek Idlewild. Zespół, którego słucham od prawie 10 lat, wrócił do mnie w tym tygodniu z całą swoją niemal betonową ścianą dźwięków. Duże stężenie Roddiego z kolegami świetnie sprawdziło się w dość niewdzięcznej roli zagłuszania rzeczywistości, która mnie ostatnio drażni bardziej niż zazwyczaj. Reakcja ochronna w postaci siedzenia na kuchennym blacie i wybuchania szlochem nie przynosi spodziewanych rezultatów, w związku z tym szukam alternatywnych metod radzenia sobie z czerwcem.

Cały ten tydzień potraktowałam komendą „przeżyj” i skrótem klawiszowym „zaznacz wszystko” CTRL+A i „usuń w diabły” delete. Do zapamiętania w sumie tylko wczorajszy dzień, tak nakręcony i tak wariacki, że nie wiem, jakim cudem nie skończył się jakąś katastrofą. Będziemy miały full czasu, zdążymy przecież ze wszystkim! – przekonywałyśmy się z koleżanką, wyjeżdżając z Kato o 16, trochę zziajane po biegu po centrum z dwoma nieporęcznymi doniczkami. Tylko niech ich pani nie trzyma w samochodzie, bo padną! Taa, jasne, będę je całą drogę trzymać za oknem. Ostatecznie wśród rechotów zostały upchnięte za fotelem i zaklinowane pozwijanymi ciuchami. Zdarza mi się dojechać do BB w 50 minut. Wczoraj jechałam 2 godziny, plotkując, gadając i wspominając (od czasu do czasu rozmawiając też z kwiatkami, żeby im się nie pogorszyło), by ostatecznie być na czas i z nerwów w foyer wbijać zęby w ścianę. Przed każdą premierą to samo. Czym ty się tak denerwujesz? Bo mi zależy. Ale czemu? Wzrok w podłogę i jak zwykle nie wiem, jaka jest poprawna odpowiedź.

Na pierwszy akt reaguję euforycznie. Mija jak pstryknięcie, a ja co chwilę albo przeciągle wzdycham, albo zbieram szczękę w podłogi. W przerwie wychodzimy na zewnątrz, a ja mam ochotę zaczepiać obcych ludzi i mówić im, że cudnie!

Po drugim akcie wsłuchuję się w brawa, drobinki kurzu unoszą się w świetle reflektorów, patrzę na zegarek i myślę, że zdecydowanie czas wracać, bo w momencie słabnę. Jeszcze tylko szybki uścisk gdzieś w biegu i dziękuję za wszystko i w sumie nie wiem, co powiedzieć więcej, to bez sensu. W trasie trochę słów, trochę muzyki i znów te jelenie, które nocami wychodzą sobie popatrzeć na drogę. Kotłuje mi się wszystko w głowie, ten spektakl jest tak potężny, że nie wiem, czy i kiedy uda mi się go w ogóle przemyśleć.

Przed pierwszą wyłączam telefon i padam na poduszkę z kilkoma obrazami drapiącymi powieki jak ziarnka piasku. Postać bez twarzy i miasto muzyków i fruwające całe partytury. Ostatnia premiera sezonu. Ostatni spektakl absolutnie najgenialniejszego sezonu w moim życiu. Czy mógłby ktoś pstryknąć i pozwolić mi zasnąć?

Z.

PS Pamiątkowe zdjęcie jeszcze żywych kwiatków, wbrew zaleceniom udających się w podróż;)

Brak komentarzy: