czwartek, 7 czerwca 2012

plener2

- W czym pomóc ci z jutrem? – we wtorek zapytała Szefowa.
- W niczym – odparłam z grobową miną, zatrzymując na chwilę przed oczami obrazki przeskakujące jak w jednorękim bandycie.
Po chwili Koleżanka z Biura:
- Potrzebujesz pomocy? – zagadnęła wbiegając do pokoju i widząc jak zatapiam palce we włosach, co sprawiało, że moja fryzura zaczęła przypominać stóg siana, w który pierdyknął piorun.
- Poradzę sobie, dzięki – nawet zdobyłam się na coś, co przy odrobinie dobrej woli odbiorcy mogłoby zostać przyjęte za uśmiech.
Rzecz w tym, że dla mnie wyrażenie „radzić sobie z czymś” od zawsze z góry zakładało jakąś, kurde, nieporadność.
Zeszłotygodniowy plener został bardzo pozytywnie obgadany, wieść rozniosła się po mym miejscu pracy, a mnie momentami nawet zdarzało się czuć, że jednak wszystko się da. Nie miałam jednak zbyt wiele czasu, żeby cieszyć się brakiem kompromitacji, bo kolejne potencjalne katastrofy już czaiły się za rogiem i czekały na każde moje potknięcie czy chwilę nieuwagi, o którą w moim przypadku nietrudno.
Piątek, 8 rano, stadion. Brodzę po kostki w rozlewisku i zastanawiam się, czy uda się nam sprzedać mediom, że zamiast meczu odbędą się zawody w chodzeniu po wodzie. Po kilku godzinach i wysuszeniu butów i dżinsów biurowymi sposobami, znów ląduję na stadionie, gdzie murawa wyglądała już trochę lepiej, a i ludzie wyglądali na zadowolonych. Łażę, załatwiam, poprawiam. Nawet się kręci. Jest nas kilka. Po wszystkim trybuny pustoszeją w kilka minut. Weekend ledwo się zaczyna, a ja marzę o tym, by już się skończył. Jeszcze wieczorem zatwierdzam 18 projektów dużych druków. W poniedziałek rano mają już stać na środku ulicy w naszym nowiutkim systemie wystawienniczym. Wznoszę pokorne modły, żeby jedno pasowało do drugiego. Na poprawki nie mam ani czasu, ani kasy.
Sobota. Tak oficjalnie jak to możliwe. Nerwy mierzone liczbą podartych rajstop. Dziki, dziki tłum. Stukot obcasów. Trwa to wszystko w nieskończoność. Uśmiech, dziewczyny, uśmiech! Wpadam do domu po 23, jak zwykle obładowana tobołami, ciuchami, materiałami i butami, przez co wyglądam jak uchodźca. Zaspany Brz. otwiera mi drzwi i wie, żeby nie zadawać zbyt wielu pytań. Marzę tylko o tym, żeby się wyspać.
Niedziela. 6 rano. Nagle oczy jak pięciozłotówki. Śpij. Śpiiiij. Śpij, debilu… Nie śpię. Mogę sobie co najwyżej popatrzeć, jak jakaś mumia śpi obok. Kawa do łóżka i „Korzeniec”. Nastrój lepszy, bo wieczorem wyczekane „Monsters” w BB. Teatr nauczył mnie, jak czekać, żeby się doczekać. Spektakl pożeram w całości, mija raz-dwa i do nocy szumi w uszach spiętrzonymi tekstami i melodiami. Nie piszę o tym, chrzanić to. Nie dam rady. Nie mam siły. Ani pomysłu.
W poniedziałek jednak coś tam piszę… Ja pierdykam, strasznie pod górę.... Żal trochę to tak zostawić, ale nie wiem, jak to ugryźć. Na łóżku rozrzucam świstki z zapiskami. Nocna ulewa wali w okna. Rano Brzydal ze zdziwieniem odkrywa, że jakiś zagubiony długopis całą noc dźgał go w plecy.
No i wtorek i te dialogi z góry posta. Pomóc ci? Poradzę sobie. Kolejna moja impreza. Niby nie jakaś wielka, taka sobie, a jednak 3 tygodnie załatwiania, zatwierdzania i zamawiania. I choć tydzień temu obiecywałam sobie już nigdy więcej nie robić żadnej uroczystości w ambitnym osamotnieniu, w tym tygodniu wciąż nie potrafię poprosić o pomoc i dla własnego dobra podzielić się pracą. Poradzę sobie, myślę z niepewnością, a w głowie jak dmuchana zabawka rośnie mi wielki znak zapytania. Na szczęście na sytuacje zupełnie kryzysowe mam kogoś pod ręką, co się przydaje. Uśmiechnij się – mówi ktoś inny na minutę przed, a ja mam ochotę zaproponować, żeby się bujał.
Wszystko się udało, a jak widziałam, że scenariusz idzie w dobrą stronę, myślami zakotwiczona już byłam w Teatrze Rozrywki na „Jeszcze nie pora nam spać”, na które co prawda jechałam wczoraj siłą woli, ale za to wracałam jak nowa, wyluzowana napadami śmiechu, którego bardzo, bardzo potrzebowałam.
Strasznie dużo kosztowały mnie te wszystkie ostatnie atrakcje. Zmierzwiona jestem tą intensywną codziennością i trochę poobijana.
Tymczasem z okazji dzisiejszego kościelnego święta, robimy absolutnie wszystko, czego nie powinniśmy. Nareszcie normalniej.
Z.

Brak komentarzy: