niedziela, 10 czerwca 2012

weekend

Ja się na piłce nie znam. Może dlatego, że nigdy nie byłam na takim prawdziwym meczu. I dlatego, że zmuszenie mnie do siedzenia przed telewizorem dłużej niż 10 minut wiąże się niemal z ubezwłasnowolnieniem. To oczywiście nie zmienia faktu, że na mecz otwarcia pojechałam radośnie do Rodziców, bo nikt tak nie komentuje meczy, jak mój Tata („graj! Graaaaaj!”), i nikt inny nie jest tak cudowny jak moja Mama, gdy dopiero w 40 minucie pyta, kto w ogóle gra. Ja natomiast mam zazwyczaj problem ze wskazaniem, która bramka jest czyja, ale za to z upodobaniem drę się „symulaaaaaaant!” przy każdym upadku i zaryciu piłkarza w murawę. Wielce interesuje mnie też proceder szarpania za koszulki i te aktorskie gesty, że to niby nie ja skopałem kolegę, nie ja po nim przebiegłem i nie ja rozorałem mu łuk brwiowy, wszystkie kamery się mylą, a sędzia ma astygmatyzm i bielmo. I jeszcze szalenie frapuje mnie zagadka, czym różni się granie w barażach od grania w szortach...

Długi weekend nie stworzył mi sprzyjających warunków do wczuwania się w stadionową atmosferę, bo na przykład pół dnia kwitłam nad tekstem o spektaklu Kmity, a kolejne pół czytałam „Korzeńca” (którego ostatecznie pożarłam na dwie raty, tak mnie cholernik niespodziewanie wciągnął). Na szczęście Brzydal był wtedy w pracy, więc mogłam całymi godzinami nie wychodzić z wyra, obkładać się książkami, kubkami po kawie, szypułkami z truskawek i strzępami zapisanych papierków, puszczać kolejną płytę Idlewild i co jakiś czas w zamyśleniu gapić się w sufit, odreagowując czerwcowe trudy. I tylko wizja powrotu Brzydala do domu była w stanie wygnać mnie z łóżka. Gdyby przyszedł znienacka w połowie dnia, mój plan udawania idealnego materiału na żonę niechybnie ległby w gruzach. Żeby zachować twarz i tego uniknąć, dzielnie nadrobiłam co było w tym mieszkaniu do nadrobienia, a nawet w imię diabli wiedzą czego wyczarowałam tak bajeczne tiramisu z truskawkami, że ten niewdzięczny gad Brzydal powinien mnie jeśli nie nosić na rękach, to chociaż po nich całować… ehh… Ale przynajmniej był grzeczny na teatralnej wersji „Korzeńca”, nie przeszkadzał mi i nie zaczepiał (jak na „Monsters”), a nawet po spektaklu kiwał głową z uznaniem i kazał się natychmiast zawieźć na ulicę Żytnią 16, o której w sztuce była mowa. A sztuka bajeczna, chłodna od tych kafli i szorstka w odbiorze, niepozbawiona humoru dzięki świetnej adaptacji i świetnie zagrana. Trzeba będzie na to wrócić w nowym sezonie, zabrać jeszcze kogoś znajomego, pokazać sztukę i zrobić objazd po mieście (obok tego mauzoleum jeżdżę codziennie do pracy, ale cudowna Emma i scena z jej własnym nagrobkiem zmiata wszystko!). Teraz jeszcze teatr w piątek… Doczekać się nie mogę… I Brzydal nie jedzie! Ha! Hahaha!

Dziwny więc był długi weekend… Przede wszystkim śnią mi się takie bzdury, że aż dziwnie zasypiać. A jeszcze dziwniej budzić się nad ranem i zastanawiać, czy pauza włączona przez otwarcie oczu wystarczy, żeby dany sen przerwać na dobre. Kiedy indziej jedyne, na co mam ochotę, to zagrzebać się w poduszki i pomyśleć „pośnij się jeszcze”. Hmm...

Jutro budzik na 5:55.
Z.

1 komentarz:

Kasija pisze...

ha, akurat sedzia to czesto slepy jest jak kret. cos dizeje sie pod ejgo nosem, a nie zauwaza. za to spalonego zauwazy z daleka, nawet jak ten spalony byl milimetrowy;-))