wtorek, 31 lipca 2012

dzwoni A.


Telefon rozbłysł, jasno i wyraźnie wyświetlając, że dzwoni A. Mnie też wszystko w głowie nagle rozbłysło, bo mało kto od lat niezmiennie kojarzy mi się tak dobrze jak A., z którym mimo kilkunastu lat różnicy zawsze dogadywałam się świetnie, a nawet zdarzało nam się hodować jakieś drobiazgi na granicy między tajemnicami i konszachtami. I nagle dzwoni po iluś tam tygodniach czy miesiącach. Nagraliśmy tę płytę – wypala od razu do słuchawki, a ja słyszę, że cieszy się jak nastolatek. I nakład, i słuchaj, bo wiesz, skończyliśmy, tłoczenie i zdjęcie na okładce, no i strona, zobacz jak wygląda, ale płyta, gotowa jest i wiesz co, przyda się na koncertach, i wiesz, bardzo mi się podoba, nie spodziewałem się, że aż tak, musimy się spotkać. Dzwonisz tylko po to żeby mi o tym powiedzieć? – pytam. Pewnie! M u s i a ł e m ci powiedzieć! – mówi tak, jakby to było najbardziej na świecie oczywiste, a ja myślę, że „wystarczy hasło, skrót, tytuł, bzdura i od razu wszystko wraca…” Postaram się jak najszybciej mieć dla ciebie płytę – zapewnia mnie uroczyście, zupełnie jakby miesiąc w jedną czy w drugą stronę robił mi jakąś różnicę. Daj spokój, nikt tak jak wy nie uczył mnie cierpliwości tak długo. Wiem, wiem. Po odłożeniu telefonu jeszcze na trochę zostaje mi w głowie coś jasnego. Musiałem ci powiedzieć…
Na tę płytkę pewnie jeszcze trochę poczekam, ale żeby nie uschnąć na muzycznej pustyni zamieszczam Amandę Palmer, której nie mogę się pozbyć. Absolutnie genialny kawałek z gatunku zagłuszaczy codzienności i do tego obłędny klip. Koniecznie do końca!
 Z.

niedziela, 29 lipca 2012

proza


Zabawa z tłumaczeniem Nohavicy trwała ze trzy wieczory i przyznać trzeba, że bawiłam się całkiem dobrze, szczególnie wtedy, kiedy coś tam mi się zaczęło układać i nawet momentami podobać. Efektem zabawy w tłumaczenie było jednak przede wszystkim utwierdzenie się w przekonaniu, że moje emocje składają się tylko i wyłącznie z prozy (z fabułą, narracją, kropkami, przecinkami i całym dobrodziejstwem inwentarza ze słownika terminów literackich) oraz że poezji nie ma we mnie za grosz. Nic, zero. Nie umiałabym nic swojego zmieścić w wersach, rymach i przerzutniach i patrzę z lekką zazdrością na przykład na takiego Dż, któremu od 20 lat jakby od niechcenia piszą się teksty genialne, cudowne, ważne, wzruszające i ekstremalnie prawdziwe zarazem. No i jeszcze paru innych, czarujących tekściarzy… Och i ach, ale we mnie tego nie ma. Kropka.
Nohavicy słucham od tygodnia non stop i nie mogę się zdecydować, czy Kupte si hřebeny jest lepsze od Já chci poezji czy wręcz odwrotnie… Na słuchaniu tej pierwszej przyłapano mnie pod biurem, gdy siedziałam w samochodzie i kołysałam się do rytmu, zamiast iść do pracy.
W ramach prowadzenia zupełnie przyziemnego i pozbawionego natchnień życia, moja zaufana fryzjerka wyczarowała dla mnie irokeza, który pierwszy raz w życiu układa mi się do przodu, a nie do tyłu, więc ten stojący czub rzuca mi cień na środek twarzy i wyglądam trochę jak z Leningrad Cowboys. I choć wydawało mi się, że wyglądam jak demon albo chociaż jak gwiazda rocka, to już pierwszego dnia usłyszałam „jako słodki irokezik…”
Na głowie czub, w głowie też niezłe bordello. Nie do opisania, nie tutaj, nie teraz i chyba nie Wam. Pracuję, czytam, słucham, czekam. Poza tym od ponad miesiąca nie byłam w teatrze. Odwyk i zespół odstawienia, ale boli mniej niż się spodziewałam. Coś tam niby mam ponotowane w kalendarzu, ale nie robię absolutnie nic, by się tam znaleźć i coś zobaczyć, a już broń Boże o czymś pisać. Samo wróci.
Myślami bardzo daleko. Ale coraz bliżej.
Z.

sobota, 21 lipca 2012

minulost

Nowa płyta Nohavicy "Tak mě tu máš" jest zupełnie rozbrajająca. Jest przepiękna, liryczna i szalenie wzruszająca. Przesłuchałam ją dziś dopiero kilka razy (do końca miesiąca przesłucham pewnie kilkadziesiąt) i nie potrafię oderwać się od tych obłędnych melodii i zupełnie genialnych tekstów. I od tego ekstremalnego smutku, bo nie pamiętam, kiedy ostatnio słyszałam zestaw tak potwornie smutnych piosenek.
Chociaż mój najukochańszy na świecie Jonathan Safran Foer w "Strasznie głośno, niesamowicie blisko" napisał dokładnie tak: Songs are as sad as the listener... Hm.
Wierzę w efekt pierwszego wrażenia i tak przypadkiem wyszło, że na okrągło słucham piosenki "Minulost", z której Nohavica wyciągnął te kilka słów na tytuł całej płyty. To ona mnie przy pierwszym przesłuchaniu zastrzeliła bez ostrzeżenia. Zabrałam się ochoczo za tłumaczenie, choć oczywiście nie umiem, nie mam z tym nic wspólnego i nie sądzę, by ktoś kiedyś chciał moje tłumaczenia śpiewać. Ale chcę bardzo.
Jeśli ktoś chciałby się ze mną zmierzyć w blogowym konkursie na literackie tłumaczenie tej piosenki, poniżej podrzucam materiały. Piosenka jest nówka, mało kto słyszał, polskich tłumaczeń jeszcze na bank nie ma, więc nic cudzego nie ma prawa huczeć w głowie...






Minulost

Jako když k půlnoci na dveře zaklepe nezvaný host
stejně tak na tebe za rohem čeká tvoje minulost
šatý má tytéž, vlasy má tytéž, a boty kožené
pomalu kulhavě za tebou pajdá, až tě dožene
a řekne

Tak mě tu máš, tak si mě zvaž
pozvi mě dál, jestli mě znáš, jsem tvoje minulost

V kapse máš kapesník, který jsi před léty zavázal na uzel
dávno jsi zapomněl to, co jsi koupit měl v samoobsluze
všechno, cos po cestě poztrácel, zmizelo jak vlaky na trati
ta holka nese to v batohu na zádech, ale nevrátí
jen říká

Tak mě tu máš, tak si mě zvaž
pozvi mě dál, jestli mě znáš, jsem tvoje minulost

Stromy jsou vyšší a tráva je nižší a na louce roste pýr
červené tramvaje jedoucí do Kunčic svítí jak pionýr
jenom ta tvá pyšná hlava ti nakonec zůstala na šíji
průvodčí, kteří tě vozili před léty dávno nežijí

Tak mě tu máš, tak si mě zvaž
pozvi mě dál, jestli mě znáš, jsem tvoje minulost

Na větvích jabloní nerostou fíky a z kopřiv nevzroste les
to, co jsi nesnědl včera a předvčírem musíš dojíst dnes
solené mandle i nasládlé hrozny máčené do medu
ty sedíš u stolu a ona nese ti jídlo k obědu
a říká

Tak mě tu máš, tak si mě zvaž
pozvi mě dál, jestli mě znáš, jsem tvoje minulost

Rozestel postel a ke zdi si lehni, ona se přitulí
dneska tě navštíví ti, kteří byli a ti, kteří už minuli
každého po jménu oslovíš, neboť si vzpomeneš na jména
ráno se probudíš a ona u tebe v klubíčku schoulená
řekne ti

Tak mě tu máš, tak si mě zvaž
pozvals mě dál, teď už mě znáš, jsem tvoje minulost


Ta piosenka to jest jakiś obłęd. A to dopiero początek przyjaźni z płytą "Tak mě tu máš"...
Złośnica

czwartek, 19 lipca 2012

naddatek


Jutro znowu wezmę netbooka na cały dzień, ok? – bardziej poinformowałam niż zapytałam Brzydala, który jako współwłaściciel powinien wiedzieć, gdzie znajduje się sprzęt. Ale jestem przekonana, że to mnie netbook jest teraz absolutnie niezbędny. Wszystko przez Stasiuka, którego tydzień temu wyhaczyłam w sieci i czekam na dostawę. Ale jako że we krwi mam stałe niedobory hormonu zwanego cierpliwością, nie mogłam się doczekać listonosza i zaczęłam czytać wersję elektroniczną. I do tego absolutnie niezbędny jest mi netbook, bo „Jadąc do Babadag” zupełnie wciągnęło mnie swoją bardziej baśniową niż reporterską narracją. Co kilka akapitów trafiam tam na takie smaczki, że czytam je po kilkanaście razy i żałuję, że nie mogę wziąć ołówka, by jak zwykle postawić na marginesie wielki wykrzyknik albo chociaż cienką kreskę, która znaczy tyle co „tu wracać”. Jak tylko dotrze do mnie wersja szeleszcząca, będę musiała to nadrobić, by nic nie stracić na przyszłość.

Pożarłam „Pochówek dla rezuna”, książkę, z której prosto w oczy wali chłodny profesjonalizm, który nie pozwala na nabranie dystansu wobec wszystkich opisanych tam historii. Po kilku dniach od odstawienia książki na regał wciąż miałam pod powiekami te krwawe nadgraniczne obrazy i Stasiuk ze swoją postrzępioną pamięcią okazał się dobrym, skutecznym antidotum. Nieźle działa też rumuński rock, którego słucham wieczorami zamiast kołysanek.

Dookoła dziwny szum, którego nie rozumiem i który jest mi zupełnie obcy. Ale staram się trzymać łeb na powierzchni. Zupełnie poważnie wychodzę z założenia, że to nie ja mam brak, to inni mają naddatek. Chociaż muszę przyznać, że dawno nie czułam się aż tak odstająca od grupy, co się akurat w moim środowisku nikomu nie kojarzy z niczym szczególnie pozytywnym, a przecież odstawałam zawsze. Bronię się więc jak mogę w imię bycia w porządku wobec siebie. Pewnie dzięki temu ominie mnie kac moralny, ale o nieuniknionych kosztach takiej postawy chyba za wcześnie myśleć. 

Z innych niusów, to zdarza mi się zapomnieć telefonu gdy wychodzę z domu. Coś absolutnie nie w moim stylu i od lat nie do pomyślenia. Ale chyba odkryłam, o co chodzi: nie czekam na nic co powoduje rozbłyski wyświetlacza. Jak twierdzi Stasiuk, nic tak nie szkodzi utopii jak nadzieja na jej trwałość. 

Czekamy za to na wyjazd. Kilkanaście dni jeszcze. Odliczam jak nastolatka. Zawsze odliczam. Im coś ważniejsze, tym dłużej. Całkiem niedawno z czołem opartym o biurko mruczałam, że jeszcze tylko 60 dni. Już zdecydowanie z górki.

Z.

PS Właśnie Brzydal napisał, że do niego do pracy dotarła moja książka:).

wtorek, 17 lipca 2012

wystarczy hasło, skrót, tytuł, bzdura

Opowiadanie I:, pt. "Rozpad": Rozpadłem się.
Opowiadanie II, pt. "Pamięć": Przypomniałem sobie.
Opowiadanie III, pt. "Pragnienie śmierci": Pragnąłem umrzeć.
Opowiadanie IV, pt. "Powrót": Wróciłem.
I tak dalej.
    Opowiadania są krótkie, ale treściwe. Nie trzeba wertować. Zdanie ostatnie zawarte jest w zdaniu pierwszym. Duża oszczędność czasu. Kogo obchodzi reszta. Te wszystkie kartki pomiędzy. Każdy ma swoje. Opisy, spisy, zapiski. Dawno przeczytane.
    A że rozpadałem się? przypomniałem sobie? wracałem? - któż tego nie zna! Wystarczy hasło, tytuł, skrót, bzdura. I od razu wszystko wraca.
    Przypomina się. Rozpada.
    Komu nic to nie mówi, ten i tak nie pojmie. Choćby nie wiem jak wertował. Te wszystkie kartki pomiędzy. Nie pojmie, co to znaczy. Rozpadać się, przypominać sobie, wracać. I tak dalej.


Z.

piątek, 13 lipca 2012

maleństwo


Jakie słodkie maleństwo! Kilogram waży zaledwie i jeszcze nie wiem, jak to to w rękach ułożyć ani jak trzymać na kolanach. Poznajemy się dopiero, a obok wygaszaczem ekranu mruga wyraźnie obrażony mój własny laptop. Bo maleństwo ma 10 cali, błyszczy całe i pachnie nowością. Czailiśmy się z Brzydalem na taką inwestycję od miesiąca, miotając się pomiędzy wersją budżetową a zupełnie wydumanymi oczekiwaniami. Efekt tego taki, że maleństwo jest już u nas i je sobie nawzajem wyrywamy. Musimy poznać się lepiej przed urlopem (tzn. ja i maleństwo, bo Brzydala trochę już znam), żeby nikt nikomu jakiegoś numeru nie wyciął. Tapetę już nawet zarządziłam ("Wszystko jest iluminacją" oczywiście). 
Tylko klawiatura tutaj jakaś inna. Myślę jedno, wyświetla się drugie. To jak w życiu trochę: chcę powiedzieć jedno, a rozumieją drugie.
Phi!
21 dni do urlopu.

Z.

czwartek, 12 lipca 2012

bo to bo tamto

Bo to, bo tamto i jeszcze to:


i to:


i oczywiście to, no tak:


Z.

poniedziałek, 9 lipca 2012

ba gua


Nie ma wyjścia, musimy nałożyć ba gua na nasze mieszkanie – zaproponowałam ochoczo w nocnej ciemności, do której oczy już zdążyły się przyzwyczaić. Brzydal podniósł się na łokciu i spojrzał na mnie z przerażeniem. – Co będziemy nakładać? – wyjęczał. – Ba gua! Albo chociaż na samą sypialnię, jeśli nie chcesz na całe mieszkanie – dodałam z przekonaniem, na co Brz. opadł z rezygnacją na poduszkę i plasnął otwartą dłonią w czoło, mamrocząc pod nosem coś co brzmiało jak „nożeszkufa…” Wszystko przez to, że z rozmowy wynikło, że jego Mama wierzy w światło biotron, a moja – w feng shui i licytowaliśmy się, co jest bardziej irracjonalne i ogólnie bez sensu. Dla zasady broniłam fen shui jak lwica, tłumacząc zawiłości dotyczące przepływu energii, okrągłych liści, koszy na papiery i nakładania wspomnianego już źle kojarzącego się ba gua, a o dalszym spaniu oczywiście nie mogło być mowy. Wieczorne rozmowy należą do moich ulubionych, bo choć do łóżka trafiamy zazwyczaj nieprzytomni ze zmęczenia, to odpowiednio wyselekcjonowany temat odpędza zmęczenie i pozwala mniej lub bardziej konstruktywną dyskusją przegonić sen. Z tym, że to temat selekcjonuje nas, a nie my temat.
Poprzedniego wieczoru, kiedy byłam bardzo zajęta obserwowaniem kołyszącego się abażuru z papieru, Brzydal dał prawdziwy popis i przechodził sam siebie w niełatwej sztuce opowiadania o rzeczach pozornie błahych, które kryją w sobie niezwykłe tajemnice. Tym razem skupił się na dokładnym opisie ojcowizny Dziadka, czyli wielkiej działki w świętokrzyskim. Na owej wielkiej działce przycupnął mały, niepozorny domeczek, który, jak się okazuje, kryje pod sobą tyle piwnic, piwniczek, schowków, włazów, komórek i szopek, że można odnieść wrażenie, że Dziadek, zamiast budować sobie letnisko do uciekania z gorącego Sosnowca (fuj fuj), zbudował skomplikowany schron, jeśli nie na wypadek wybuchu atomowego, to na ewentualność III wojny na pewno. O wszystkich schowkach na jabłka i kartofle (oczywiście nie ma tam jabłoni ani pola z kartoflami) Brzydal opowiadał w taki sposób, że mało nie spadłam z wyra, a śmiałam się tak, że bliska byłam prośbom o założenie aparatu tlenowego żeby złapać oddech. No i znów po spaniu.
Żeby uciec z gorącego Sosnowca (fuj fuj), nas też wywiało na ową działkę. Pojedziemy, poopalasz się trochę, odpoczniesz – zaproponował Brz., mając pewnie na myśli „jedźmy gdzieś, ty blada, zmierzła zmoro”. Jako że było po prostu gorąco (a nie napieprzało złem z nieba tak jak ostatnimi dniami) pospiesznie zamknęłam oczy na pierwszym napotkanym leżaku. I oczywiście nic się nie działo. Później w Brzydalu obudził się romantyk, więc bez pytania wywiózł mnie na zalew rzeki Nidy, gdzie wynajął nam czarujący rower wodny, który już za czasów Gomułki miał zostać oddany do muzeum techniki, ale go nie wzięli ze względu na wątpliwy stan techniczny. Z podziwem obserwowałam glony wielkości średnich baobabów, spomiędzy których ochoczo mrugały do mnie potwory z Loh Ness, na plaży opalał się natomiast potwór z Montauk (oba gatunki można zobaczyć na googlach, polecam). I tak mnie grzecznie Brzydal woził tym wodnym rowerem, a tymczasem słońce waliło jak wściekłe. Patrzyłam jednak na wciąż bladego Brzydala (jak u Gajcego: „więc w twarz ci patrząc jak w lustro podwojony sam sobie jestem”) i myślałam, że nic mi nie grozi. Po godzinie jednak Brz. wciąż był w niewzruszony sposób biały, ja natomiast poczułam, że mam problem i jak przez mgłę nagle usłyszałam głos mojego lekarza, który mówi: niech pani unika słońca. Żadnej długotrwałej ekspozycji na promienie słoneczne (co za straszne sformułowanie…). Pfff. Po powrocie do domu wyglądałam tak, jakbym się osiem godzin smażyła na plaży w Turcji, a opalona byłam w nasze barwy narodowe. Wieczorem Brz. pojechał do najbliższej pełniącej dyżur apteki po coś, co zbija temperaturę skóry z 60 stopni do 40, ja starałam się nie marudzić, choć jedyną znośną pozycją do spania jawiło mi się wiszenie za oknem. W środku nocy uznałam, że może jednak uda mi się zasnąć, więc naciągnęłam na siebie koc, na co zbudził się czujny Brz.:
- Co ty robisz? – zapytał widząc jak owijam się kocem.
- Może idę spać.
- Zimno ci??? – dopytywał w rosnącym przerażeniu.
- Ee, nie tak bardzo.
- No to wysyłasz mi sprzeczne sygnały! Po co się przykrywasz jak ci nie zimno?
- Pffff bzzzz mrrrrr pfff…
- Bo jak ci jest zimno, to na pewno masz udar i wezmę cię na pogotowie.
Fikłam. Udało mi się jakoś sprzeciwić temu pomysłowi i gdzieś nad ranem mimo wszystko się przekimać. Cholerne słońce. Każdego lata żałuję, że po przodku-Turku zostało mi nazwisko, a nie karnacja.
Poza tym poniedziałek zaczął się niespecjalnie i nie bardzo wiem, jak to zahamować. Poszukiwania chętnych do pomocy nie przyniosły rezultatów.
Jutro Warszawa. Ekstremalnie dużo czasu, żeby milczeć i myśleć.
Z.

środa, 4 lipca 2012

koniec sezonu 2011/2012

Bardzo teatralny post jednak powstał, bo to zbyt ważny temat, by nie znaleźć na niego czasu. Sezon 2011/2012 był absolutnie obłędny i genialny, wypełniony teatrem tak ekstremalnie, że nie chce się wierzyć, że poza spektaklami w ogóle istniały takie elementy jak praca, rodzina, przyjaciele, przeprowadzka czy cokolwiek innego (a istniały przecież, czasami nawet z hukiem).
Były spontany z dnia na dzień i były spektakle 2 czy 3 miesiące wcześniej wpisane w kalendarz. Festiwale, premiery, powroty. Nowe sceny, teatry z całego kraju, ważne nazwiska i przypadkowe odkrycia.
Rekord to 9 dni z rzędu na spektaklach. Niezwykła przygoda i dzikie wyzwanie czasowe, przestrzenne i energetyczne. Dałam radę. 
Były wyjazdy stadne (w 70 osób i w dodatku wszyscy mnie słuchali) i wiele wyjść jednoosobowych, które tak naprawdę niosą moc korzyści: nie ogranicza mnie nic na linii widownia - scena, co jest jednym z najpiękniejszych przeżyć, jakie sobie w ogóle można wyobrazić.
Niezły bałagan w tych moich teatralnych notatkach. W ciemnościach zapisałam 200-stronicowy notes.
Jedyne, co mogę zrobić z tym nawałem tytułów, nazwisk i miejsc, to wrzucić je do wspólnych worów, w ich obrębie nie licząc się już z żadną kolejnością.

Pierwszy wór to najcudowniejsze spektakle jakie widziałam w tym sezonie.
Drugi wór - naprawdę udane spektakle.
Trzeci - moje teatralne pomyłki.
Czwarty - przyzwoite.
Piąty - wariacje lekturowe.
Szósty - powracające obsesje.
Siódmy - ranking Brzydala.


Wbita w fotel (czyli błagam o jeszcze jeden akt i odmawiam opuszczenia widowni)
Leningrad (reż. Łukasz Czuj, Teatr Piosenki we Wrocławiu) – za krnąbrność, energię, świetne tłumaczenia tekstów, za zakurzony burdel na scenie, trzeszczący pod butami stół, tumany kurzu i łysą żarówkę. Za tych, co są tylko błędem w statystykach.
Miłość w Königshütte (reż. Ingmar Villqist, Teatr Polski w Bielsku-Białej) – za to, że od początku wierzyłam, że cała ta afera wyjdzie teatrowi na dobre. Za to, że można było nie mieć nawet najmniejszych wątpliwości, czy wstać do oklasków czy nie. Dowód na to, że niektórych tematów nie da się ani przemilczeć, ani zakrzyczeć.
III Furie (reż. Marcin Liber, Teatr im. Heleny Modrzejewskiej w Legnicy) – za kolaż estetyk i poetyk, za najgenialniejszego na świecie Apolla, za pociąg bezosobowy znikąd do nie wiadomo dokąd, za menela z dyskotekową kulą i za dźwięk przecinającego powietrze mikrofonu.
Korzeniec (reż. Remigiusz Brzyk, Teatr Zagłębia w Sosnowcu) – za to, że teraz Teatr w Sosnowcu będzie kojarzył się z czymś naprawdę dobrym. Za Emmę na cmentarzu, za Ester w Rio i Jadwigę w welonie, za biały kafelek z niebieskim napisem, za pomysły, wyczucie i smak.
Amadeus (reż. Robert Talarczyk, Teatr Polski w Bielsku-Białej) – za rozmach, za emocje, za ostatni gest Mozarta, za talent i za coś, co czasem można z talentem pomylić. Za to, że znów warto było czekać, tym razem aż do końca sezonu.

Zdecydowanie nad kreską (czyli naprawdę warto)
Położnice szpitala św. Zofii (reż. Monika Strzępka, Teatr Rozrywki w Chorzowie) – za to, że bezkompromisowo, pod prąd i między oczy.
Nieskończona historia (reż. Ula Kijak, Teatr Nowy w Zabrzu) – za stalowe linki, chór, Dworniczkową, koryfeusza, odliczanie do 41 i zakupy zostawione pod drzwiami. Za umowność, uniwersalność i świeżość spojrzenia.
Nieskończona historia (reż. Piotr Cieplak, Teatr Powszechny w Warszawie) – za dyscyplinę, za cudowne emerytki, za charakter słuchowiska, za próbę systematyzacji i nieoczywiste szlaki, nie tylko spacerowe.
O dobru (reż. Monika Strzępka, Teatr Dramatyczny w Wałbrzychu) – za Amy bez przerysowania, za Andrzeja Kłaka, za koce i ognisko.
Jakobi i Leidental (reż. Joanna Zdrada, Teatr Śląski w Katowicach) – za klimat złej bajki, za upiornego lajermana i genialnego Andrzeja Warcabę.
Bulwar zdradzonych marzeń (reż. Robert Talarczyk, Gliwicki Teatr Muzyczny) – za cudną „Opowieść” i jeszcze cudniejsze „Winter” i za wniosek, że chyba jednak nie wszystkie marzenia są od tego, żeby je spełniać.
Flirt (reż. Tomasz Lorek, Kuba Abrahamowicz, siedziba Zespołu Pieśni i Tańca „Śląsk”) – za zupełnie genialne wokale i za piosenki, które poukładały się tak jak lubię.
Jeszcze nie pora nam spać (reż. Rafał Kmita, Teatr Rozrywki w Chorzowie) – za teksty, teksty i jeszcze raz teksty. I za zasady Mojżesza, że nie z czasownikami piszemy oddzielnie.
Jednoaktówki po śląsku: Roman Gatys – „Bysuch s Reichu”, Leszek Sobieraj – „Karlus niy z tyi ziymi”, Lidia Michalska – „Kościołowe dźwiyrze” – teksty czytane na scenie Korezu. I tylko żal mi trochę, że sama nigdy nic nie napiszę po śląsku.
Monsters. Pieśni morderczyń (reż. Robert Talarczyk, Teatr Rampa w Warszawie) – za pomysł na kobiecość w kilku odsłonach. Za wiele pomysłów na zło. Za nowe piosenki i za te stare, które brzmią jak nowe.

Idź i nie wracaj (czyli pod kreską)
Wielki Gatsby (reż. Michał Zadara, Teatr Polski w Bydgoszczy) – pierwszy raz od kiedy pamiętam zupełnie poważnie zastanawiałam się, czy dać szansę II aktowi, czy też potraktować przerwę jako jedyną w swoim rodzaju szansę i pitnąć z widowni… Zostałam, tylko po co?
Chłodne poranki (reż. Jacek Rykała, Teatr Zagłębia w Sosnowcu) – nie wiem, czy ta historia była tak potwornie o niczym, czy reżyserowi brakło pomysłu, ale tego nie da się obronić.
Szwoleżerowie (reż. Jan Klata, Teatr Polski w Bydgoszczy) – głupio mi, że dałam się skusić tej szalonej jak na śląskie warunki kampanii informacyjno-promocyjnej. Do końca miałam nadzieję, że na scenie zdarzy się cokolwiek wartego uwagi, ale nic z tego.

Gdzieś na kresce (czyli nie wiem, czy coś z tego zapamiętam, ale lepiej widzieć niż nie widzieć)
Jak być kochaną (reż. Weronika Szczawińska, Bałtycki Teatr Dramatyczny w Koszalinie) – bez Hasa ani rusz.
Ojciec Bóg (reż. Waldemar Śmigasiewicz, Teatr Polonia w Warszawie) – każdy monodram wypada blado, kiedy pamięta się Wrocławskiego…
Singielka (reż. Jacek Bończyk, Teatr Polski w Bielsku-Białej) – znam takie dziewczyny, więc nie mam powodu, by jej nie wierzyć.
Piaskownica (reż. Jerzy Bielunas, Teatr Zagłębia w Sosnowcu) – bo to dowód na to, że do Teatru Zagłębia warto dać się przekonać na nowo. Bo muzyka, scenografia, dynamika i zapach farby w sprayu.
Dziewczyny z kalendarza (reż. Tomasz Dutkiewicz, Teatr Polski w Bielsku-Białej) – za zupełny lajt i niski poziom szkodliwości społecznej.
Drops of rain in perfect days of June (Folkwang Tanzstudio w Essen) – chyba jednak mam obsesję słów.
Zagraj to jeszcze raz, Sam (reż. Grzegorz Kempinsky, Teatr Śląski w Katowicach) – za udany chaos, adhd, kilka naprawdę zabawnych scen i za ekstremalnie męskiego Grzegorza Przybyła.

Mole książkowe (czyli lekturowe wzorce i wzorki)
Hamlet (reż. Attila Keresztes, Teatr Śląski w Katowicach) – i ślubuję ci wierność… (4 godziny wierności tekstowi, zieeeew…)
Pan Tadeusz (reż. Mikołaj Grabowski, Narodowy Teatr Stary w Krakowie) – i uczciwość… (prawie 4 godziny uczciwości wobec wieszcza)
Bracia Karamazow (reż. Janusz Opryński, Teatr Provisorium w Lublinie) – wierność i uczciwość, ale z pomysłem. Da się!
Judyta (reż. Wojtek Klemm, Teatr Współczesny w Szczecinie) – za ponadczasową siłę kobiecości.
Proces (reż. Jacek Bała, Teatr Polski w Bielsku-Białej) – pamiętam, że w jednej ze scen otwarły się drzwi na zewnątrz, a tam akurat snuła się taka jesienna mgła. Spadłam z fotela.
Lenz (reż. Barbara Wysocka, Teatr Narodowy w Warszawie) – za śnieg, za wrażliwość i szaleństwo, za polifonię i plusk wody.
Romeo, Julia i czas (reż. Igor Sebo, Teatr Polski w Bielsku-Białej) – bo z tymi aktorami to musiało się udać.

Chce się wracać… (wracam konsekwentnie)
Mistrz and Małgorzata Story (Teatr Polski w Bielsku-Białej) – za wszystko (piąty raz?).
Kometa (Teatr Korez w Katowicach) – za wszystko (ósmy raz?).
Cholonek (Teatr Korez w Katowicach, nagranie w TVP) – za wszystko  (szósty raz?).
Miłość w Königshütte (Teatr Polski w Bielsku-Białej) – bo raz to za mało.
Bitwa o Nangar Khel (Teatr Polski w Bielsku-Białej) – bo chce się na to zabierać znajomych.
Tak wiele przeszliśmy, tak wiele przed nami (Teatr Polski w Bielsku-Białej, plener w Katowicach) – bo to był ten czas i to miejsce.
Słowa bo lubię (dziewiąty raz? To możliwe?).

Na koniec ranking Brzydala, który może nie widział 40 spektakli, ale 20 widział na pewno.
Hity sezonu według Brzydala:
  1. Bitwa o Nangar Khel – za temat i niebanalną realizację.
  2. Zagraj to jeszcze raz, Sam – bo jest tak udane, że na pewno jest o niebo lepszy od głośnej wersji z Wojewódzkim.
  3. Korzeniec – ze względu na pochodzenie i lokalny patriotyzm.
  4. Nieskończona historia (Zabrze) – scenografia i wszechstronność aktorów. Zdecydowanie lepszy spektakl niż warszawski.
  5. Miłość w Königshütte – bo to kolejny udany spektakl w BB, który bez skrępowania porusza ważny i trudny temat.
Za masakrę sezonu Brzydal uznał sztukę „Jakobi i Leidental”. Już w połowie I aktu wywarczał mi do ucha, że to nie jego bajka i konsekwentnie się tego trzyma.

Nie wiem, czy którykolwiek kolejny sezon będzie dla mnie tak bogaty i intensywny. Nie wiem, czy poradziłabym sobie drugi raz z tak ekstremalną, wielomiesięczną przygodą. Najważniejsze, że mogłam przyjrzeć się ważnym i głośnym spektaklom z całego kraju i robić to tak, żeby nie wypaść z tego, co dzieje się w regionie. I jeszcze nowe dla mnie śląskie sceny: Zabrze, Gliwice, Bytom, Koszęcin. I Bielsko, uparcie i nieustannie. I znów Sosnowiec, Kato, Chorzów. I jeszcze wszystko to, co udało się zdziałać na linii teatr-praca. Udało się, co? I teksty, teksty, mnóstwo tekstów, terminy, pomysły i powracające kryzysy.
Ogromne emocje się z tym wszystkim wiążą i przyznaję bez bicia, że to teatr potrafi mi w kilka sekund bezboleśnie wtłoczyć do krwi hormony szczęścia wielkości ping-pongów.
Teraz kilka tygodni odwyku. Bądźcie wyrozumiali, gdybym była marudna, nieznośna i monotematyczna. Dam radę?
Z.