poniedziałek, 9 lipca 2012

ba gua


Nie ma wyjścia, musimy nałożyć ba gua na nasze mieszkanie – zaproponowałam ochoczo w nocnej ciemności, do której oczy już zdążyły się przyzwyczaić. Brzydal podniósł się na łokciu i spojrzał na mnie z przerażeniem. – Co będziemy nakładać? – wyjęczał. – Ba gua! Albo chociaż na samą sypialnię, jeśli nie chcesz na całe mieszkanie – dodałam z przekonaniem, na co Brz. opadł z rezygnacją na poduszkę i plasnął otwartą dłonią w czoło, mamrocząc pod nosem coś co brzmiało jak „nożeszkufa…” Wszystko przez to, że z rozmowy wynikło, że jego Mama wierzy w światło biotron, a moja – w feng shui i licytowaliśmy się, co jest bardziej irracjonalne i ogólnie bez sensu. Dla zasady broniłam fen shui jak lwica, tłumacząc zawiłości dotyczące przepływu energii, okrągłych liści, koszy na papiery i nakładania wspomnianego już źle kojarzącego się ba gua, a o dalszym spaniu oczywiście nie mogło być mowy. Wieczorne rozmowy należą do moich ulubionych, bo choć do łóżka trafiamy zazwyczaj nieprzytomni ze zmęczenia, to odpowiednio wyselekcjonowany temat odpędza zmęczenie i pozwala mniej lub bardziej konstruktywną dyskusją przegonić sen. Z tym, że to temat selekcjonuje nas, a nie my temat.
Poprzedniego wieczoru, kiedy byłam bardzo zajęta obserwowaniem kołyszącego się abażuru z papieru, Brzydal dał prawdziwy popis i przechodził sam siebie w niełatwej sztuce opowiadania o rzeczach pozornie błahych, które kryją w sobie niezwykłe tajemnice. Tym razem skupił się na dokładnym opisie ojcowizny Dziadka, czyli wielkiej działki w świętokrzyskim. Na owej wielkiej działce przycupnął mały, niepozorny domeczek, który, jak się okazuje, kryje pod sobą tyle piwnic, piwniczek, schowków, włazów, komórek i szopek, że można odnieść wrażenie, że Dziadek, zamiast budować sobie letnisko do uciekania z gorącego Sosnowca (fuj fuj), zbudował skomplikowany schron, jeśli nie na wypadek wybuchu atomowego, to na ewentualność III wojny na pewno. O wszystkich schowkach na jabłka i kartofle (oczywiście nie ma tam jabłoni ani pola z kartoflami) Brzydal opowiadał w taki sposób, że mało nie spadłam z wyra, a śmiałam się tak, że bliska byłam prośbom o założenie aparatu tlenowego żeby złapać oddech. No i znów po spaniu.
Żeby uciec z gorącego Sosnowca (fuj fuj), nas też wywiało na ową działkę. Pojedziemy, poopalasz się trochę, odpoczniesz – zaproponował Brz., mając pewnie na myśli „jedźmy gdzieś, ty blada, zmierzła zmoro”. Jako że było po prostu gorąco (a nie napieprzało złem z nieba tak jak ostatnimi dniami) pospiesznie zamknęłam oczy na pierwszym napotkanym leżaku. I oczywiście nic się nie działo. Później w Brzydalu obudził się romantyk, więc bez pytania wywiózł mnie na zalew rzeki Nidy, gdzie wynajął nam czarujący rower wodny, który już za czasów Gomułki miał zostać oddany do muzeum techniki, ale go nie wzięli ze względu na wątpliwy stan techniczny. Z podziwem obserwowałam glony wielkości średnich baobabów, spomiędzy których ochoczo mrugały do mnie potwory z Loh Ness, na plaży opalał się natomiast potwór z Montauk (oba gatunki można zobaczyć na googlach, polecam). I tak mnie grzecznie Brzydal woził tym wodnym rowerem, a tymczasem słońce waliło jak wściekłe. Patrzyłam jednak na wciąż bladego Brzydala (jak u Gajcego: „więc w twarz ci patrząc jak w lustro podwojony sam sobie jestem”) i myślałam, że nic mi nie grozi. Po godzinie jednak Brz. wciąż był w niewzruszony sposób biały, ja natomiast poczułam, że mam problem i jak przez mgłę nagle usłyszałam głos mojego lekarza, który mówi: niech pani unika słońca. Żadnej długotrwałej ekspozycji na promienie słoneczne (co za straszne sformułowanie…). Pfff. Po powrocie do domu wyglądałam tak, jakbym się osiem godzin smażyła na plaży w Turcji, a opalona byłam w nasze barwy narodowe. Wieczorem Brz. pojechał do najbliższej pełniącej dyżur apteki po coś, co zbija temperaturę skóry z 60 stopni do 40, ja starałam się nie marudzić, choć jedyną znośną pozycją do spania jawiło mi się wiszenie za oknem. W środku nocy uznałam, że może jednak uda mi się zasnąć, więc naciągnęłam na siebie koc, na co zbudził się czujny Brz.:
- Co ty robisz? – zapytał widząc jak owijam się kocem.
- Może idę spać.
- Zimno ci??? – dopytywał w rosnącym przerażeniu.
- Ee, nie tak bardzo.
- No to wysyłasz mi sprzeczne sygnały! Po co się przykrywasz jak ci nie zimno?
- Pffff bzzzz mrrrrr pfff…
- Bo jak ci jest zimno, to na pewno masz udar i wezmę cię na pogotowie.
Fikłam. Udało mi się jakoś sprzeciwić temu pomysłowi i gdzieś nad ranem mimo wszystko się przekimać. Cholerne słońce. Każdego lata żałuję, że po przodku-Turku zostało mi nazwisko, a nie karnacja.
Poza tym poniedziałek zaczął się niespecjalnie i nie bardzo wiem, jak to zahamować. Poszukiwania chętnych do pomocy nie przyniosły rezultatów.
Jutro Warszawa. Ekstremalnie dużo czasu, żeby milczeć i myśleć.
Z.

Brak komentarzy: