środa, 4 lipca 2012

koniec sezonu 2011/2012

Bardzo teatralny post jednak powstał, bo to zbyt ważny temat, by nie znaleźć na niego czasu. Sezon 2011/2012 był absolutnie obłędny i genialny, wypełniony teatrem tak ekstremalnie, że nie chce się wierzyć, że poza spektaklami w ogóle istniały takie elementy jak praca, rodzina, przyjaciele, przeprowadzka czy cokolwiek innego (a istniały przecież, czasami nawet z hukiem).
Były spontany z dnia na dzień i były spektakle 2 czy 3 miesiące wcześniej wpisane w kalendarz. Festiwale, premiery, powroty. Nowe sceny, teatry z całego kraju, ważne nazwiska i przypadkowe odkrycia.
Rekord to 9 dni z rzędu na spektaklach. Niezwykła przygoda i dzikie wyzwanie czasowe, przestrzenne i energetyczne. Dałam radę. 
Były wyjazdy stadne (w 70 osób i w dodatku wszyscy mnie słuchali) i wiele wyjść jednoosobowych, które tak naprawdę niosą moc korzyści: nie ogranicza mnie nic na linii widownia - scena, co jest jednym z najpiękniejszych przeżyć, jakie sobie w ogóle można wyobrazić.
Niezły bałagan w tych moich teatralnych notatkach. W ciemnościach zapisałam 200-stronicowy notes.
Jedyne, co mogę zrobić z tym nawałem tytułów, nazwisk i miejsc, to wrzucić je do wspólnych worów, w ich obrębie nie licząc się już z żadną kolejnością.

Pierwszy wór to najcudowniejsze spektakle jakie widziałam w tym sezonie.
Drugi wór - naprawdę udane spektakle.
Trzeci - moje teatralne pomyłki.
Czwarty - przyzwoite.
Piąty - wariacje lekturowe.
Szósty - powracające obsesje.
Siódmy - ranking Brzydala.


Wbita w fotel (czyli błagam o jeszcze jeden akt i odmawiam opuszczenia widowni)
Leningrad (reż. Łukasz Czuj, Teatr Piosenki we Wrocławiu) – za krnąbrność, energię, świetne tłumaczenia tekstów, za zakurzony burdel na scenie, trzeszczący pod butami stół, tumany kurzu i łysą żarówkę. Za tych, co są tylko błędem w statystykach.
Miłość w Königshütte (reż. Ingmar Villqist, Teatr Polski w Bielsku-Białej) – za to, że od początku wierzyłam, że cała ta afera wyjdzie teatrowi na dobre. Za to, że można było nie mieć nawet najmniejszych wątpliwości, czy wstać do oklasków czy nie. Dowód na to, że niektórych tematów nie da się ani przemilczeć, ani zakrzyczeć.
III Furie (reż. Marcin Liber, Teatr im. Heleny Modrzejewskiej w Legnicy) – za kolaż estetyk i poetyk, za najgenialniejszego na świecie Apolla, za pociąg bezosobowy znikąd do nie wiadomo dokąd, za menela z dyskotekową kulą i za dźwięk przecinającego powietrze mikrofonu.
Korzeniec (reż. Remigiusz Brzyk, Teatr Zagłębia w Sosnowcu) – za to, że teraz Teatr w Sosnowcu będzie kojarzył się z czymś naprawdę dobrym. Za Emmę na cmentarzu, za Ester w Rio i Jadwigę w welonie, za biały kafelek z niebieskim napisem, za pomysły, wyczucie i smak.
Amadeus (reż. Robert Talarczyk, Teatr Polski w Bielsku-Białej) – za rozmach, za emocje, za ostatni gest Mozarta, za talent i za coś, co czasem można z talentem pomylić. Za to, że znów warto było czekać, tym razem aż do końca sezonu.

Zdecydowanie nad kreską (czyli naprawdę warto)
Położnice szpitala św. Zofii (reż. Monika Strzępka, Teatr Rozrywki w Chorzowie) – za to, że bezkompromisowo, pod prąd i między oczy.
Nieskończona historia (reż. Ula Kijak, Teatr Nowy w Zabrzu) – za stalowe linki, chór, Dworniczkową, koryfeusza, odliczanie do 41 i zakupy zostawione pod drzwiami. Za umowność, uniwersalność i świeżość spojrzenia.
Nieskończona historia (reż. Piotr Cieplak, Teatr Powszechny w Warszawie) – za dyscyplinę, za cudowne emerytki, za charakter słuchowiska, za próbę systematyzacji i nieoczywiste szlaki, nie tylko spacerowe.
O dobru (reż. Monika Strzępka, Teatr Dramatyczny w Wałbrzychu) – za Amy bez przerysowania, za Andrzeja Kłaka, za koce i ognisko.
Jakobi i Leidental (reż. Joanna Zdrada, Teatr Śląski w Katowicach) – za klimat złej bajki, za upiornego lajermana i genialnego Andrzeja Warcabę.
Bulwar zdradzonych marzeń (reż. Robert Talarczyk, Gliwicki Teatr Muzyczny) – za cudną „Opowieść” i jeszcze cudniejsze „Winter” i za wniosek, że chyba jednak nie wszystkie marzenia są od tego, żeby je spełniać.
Flirt (reż. Tomasz Lorek, Kuba Abrahamowicz, siedziba Zespołu Pieśni i Tańca „Śląsk”) – za zupełnie genialne wokale i za piosenki, które poukładały się tak jak lubię.
Jeszcze nie pora nam spać (reż. Rafał Kmita, Teatr Rozrywki w Chorzowie) – za teksty, teksty i jeszcze raz teksty. I za zasady Mojżesza, że nie z czasownikami piszemy oddzielnie.
Jednoaktówki po śląsku: Roman Gatys – „Bysuch s Reichu”, Leszek Sobieraj – „Karlus niy z tyi ziymi”, Lidia Michalska – „Kościołowe dźwiyrze” – teksty czytane na scenie Korezu. I tylko żal mi trochę, że sama nigdy nic nie napiszę po śląsku.
Monsters. Pieśni morderczyń (reż. Robert Talarczyk, Teatr Rampa w Warszawie) – za pomysł na kobiecość w kilku odsłonach. Za wiele pomysłów na zło. Za nowe piosenki i za te stare, które brzmią jak nowe.

Idź i nie wracaj (czyli pod kreską)
Wielki Gatsby (reż. Michał Zadara, Teatr Polski w Bydgoszczy) – pierwszy raz od kiedy pamiętam zupełnie poważnie zastanawiałam się, czy dać szansę II aktowi, czy też potraktować przerwę jako jedyną w swoim rodzaju szansę i pitnąć z widowni… Zostałam, tylko po co?
Chłodne poranki (reż. Jacek Rykała, Teatr Zagłębia w Sosnowcu) – nie wiem, czy ta historia była tak potwornie o niczym, czy reżyserowi brakło pomysłu, ale tego nie da się obronić.
Szwoleżerowie (reż. Jan Klata, Teatr Polski w Bydgoszczy) – głupio mi, że dałam się skusić tej szalonej jak na śląskie warunki kampanii informacyjno-promocyjnej. Do końca miałam nadzieję, że na scenie zdarzy się cokolwiek wartego uwagi, ale nic z tego.

Gdzieś na kresce (czyli nie wiem, czy coś z tego zapamiętam, ale lepiej widzieć niż nie widzieć)
Jak być kochaną (reż. Weronika Szczawińska, Bałtycki Teatr Dramatyczny w Koszalinie) – bez Hasa ani rusz.
Ojciec Bóg (reż. Waldemar Śmigasiewicz, Teatr Polonia w Warszawie) – każdy monodram wypada blado, kiedy pamięta się Wrocławskiego…
Singielka (reż. Jacek Bończyk, Teatr Polski w Bielsku-Białej) – znam takie dziewczyny, więc nie mam powodu, by jej nie wierzyć.
Piaskownica (reż. Jerzy Bielunas, Teatr Zagłębia w Sosnowcu) – bo to dowód na to, że do Teatru Zagłębia warto dać się przekonać na nowo. Bo muzyka, scenografia, dynamika i zapach farby w sprayu.
Dziewczyny z kalendarza (reż. Tomasz Dutkiewicz, Teatr Polski w Bielsku-Białej) – za zupełny lajt i niski poziom szkodliwości społecznej.
Drops of rain in perfect days of June (Folkwang Tanzstudio w Essen) – chyba jednak mam obsesję słów.
Zagraj to jeszcze raz, Sam (reż. Grzegorz Kempinsky, Teatr Śląski w Katowicach) – za udany chaos, adhd, kilka naprawdę zabawnych scen i za ekstremalnie męskiego Grzegorza Przybyła.

Mole książkowe (czyli lekturowe wzorce i wzorki)
Hamlet (reż. Attila Keresztes, Teatr Śląski w Katowicach) – i ślubuję ci wierność… (4 godziny wierności tekstowi, zieeeew…)
Pan Tadeusz (reż. Mikołaj Grabowski, Narodowy Teatr Stary w Krakowie) – i uczciwość… (prawie 4 godziny uczciwości wobec wieszcza)
Bracia Karamazow (reż. Janusz Opryński, Teatr Provisorium w Lublinie) – wierność i uczciwość, ale z pomysłem. Da się!
Judyta (reż. Wojtek Klemm, Teatr Współczesny w Szczecinie) – za ponadczasową siłę kobiecości.
Proces (reż. Jacek Bała, Teatr Polski w Bielsku-Białej) – pamiętam, że w jednej ze scen otwarły się drzwi na zewnątrz, a tam akurat snuła się taka jesienna mgła. Spadłam z fotela.
Lenz (reż. Barbara Wysocka, Teatr Narodowy w Warszawie) – za śnieg, za wrażliwość i szaleństwo, za polifonię i plusk wody.
Romeo, Julia i czas (reż. Igor Sebo, Teatr Polski w Bielsku-Białej) – bo z tymi aktorami to musiało się udać.

Chce się wracać… (wracam konsekwentnie)
Mistrz and Małgorzata Story (Teatr Polski w Bielsku-Białej) – za wszystko (piąty raz?).
Kometa (Teatr Korez w Katowicach) – za wszystko (ósmy raz?).
Cholonek (Teatr Korez w Katowicach, nagranie w TVP) – za wszystko  (szósty raz?).
Miłość w Königshütte (Teatr Polski w Bielsku-Białej) – bo raz to za mało.
Bitwa o Nangar Khel (Teatr Polski w Bielsku-Białej) – bo chce się na to zabierać znajomych.
Tak wiele przeszliśmy, tak wiele przed nami (Teatr Polski w Bielsku-Białej, plener w Katowicach) – bo to był ten czas i to miejsce.
Słowa bo lubię (dziewiąty raz? To możliwe?).

Na koniec ranking Brzydala, który może nie widział 40 spektakli, ale 20 widział na pewno.
Hity sezonu według Brzydala:
  1. Bitwa o Nangar Khel – za temat i niebanalną realizację.
  2. Zagraj to jeszcze raz, Sam – bo jest tak udane, że na pewno jest o niebo lepszy od głośnej wersji z Wojewódzkim.
  3. Korzeniec – ze względu na pochodzenie i lokalny patriotyzm.
  4. Nieskończona historia (Zabrze) – scenografia i wszechstronność aktorów. Zdecydowanie lepszy spektakl niż warszawski.
  5. Miłość w Königshütte – bo to kolejny udany spektakl w BB, który bez skrępowania porusza ważny i trudny temat.
Za masakrę sezonu Brzydal uznał sztukę „Jakobi i Leidental”. Już w połowie I aktu wywarczał mi do ucha, że to nie jego bajka i konsekwentnie się tego trzyma.

Nie wiem, czy którykolwiek kolejny sezon będzie dla mnie tak bogaty i intensywny. Nie wiem, czy poradziłabym sobie drugi raz z tak ekstremalną, wielomiesięczną przygodą. Najważniejsze, że mogłam przyjrzeć się ważnym i głośnym spektaklom z całego kraju i robić to tak, żeby nie wypaść z tego, co dzieje się w regionie. I jeszcze nowe dla mnie śląskie sceny: Zabrze, Gliwice, Bytom, Koszęcin. I Bielsko, uparcie i nieustannie. I znów Sosnowiec, Kato, Chorzów. I jeszcze wszystko to, co udało się zdziałać na linii teatr-praca. Udało się, co? I teksty, teksty, mnóstwo tekstów, terminy, pomysły i powracające kryzysy.
Ogromne emocje się z tym wszystkim wiążą i przyznaję bez bicia, że to teatr potrafi mi w kilka sekund bezboleśnie wtłoczyć do krwi hormony szczęścia wielkości ping-pongów.
Teraz kilka tygodni odwyku. Bądźcie wyrozumiali, gdybym była marudna, nieznośna i monotematyczna. Dam radę?
Z.

Brak komentarzy: