czwartek, 19 lipca 2012

naddatek


Jutro znowu wezmę netbooka na cały dzień, ok? – bardziej poinformowałam niż zapytałam Brzydala, który jako współwłaściciel powinien wiedzieć, gdzie znajduje się sprzęt. Ale jestem przekonana, że to mnie netbook jest teraz absolutnie niezbędny. Wszystko przez Stasiuka, którego tydzień temu wyhaczyłam w sieci i czekam na dostawę. Ale jako że we krwi mam stałe niedobory hormonu zwanego cierpliwością, nie mogłam się doczekać listonosza i zaczęłam czytać wersję elektroniczną. I do tego absolutnie niezbędny jest mi netbook, bo „Jadąc do Babadag” zupełnie wciągnęło mnie swoją bardziej baśniową niż reporterską narracją. Co kilka akapitów trafiam tam na takie smaczki, że czytam je po kilkanaście razy i żałuję, że nie mogę wziąć ołówka, by jak zwykle postawić na marginesie wielki wykrzyknik albo chociaż cienką kreskę, która znaczy tyle co „tu wracać”. Jak tylko dotrze do mnie wersja szeleszcząca, będę musiała to nadrobić, by nic nie stracić na przyszłość.

Pożarłam „Pochówek dla rezuna”, książkę, z której prosto w oczy wali chłodny profesjonalizm, który nie pozwala na nabranie dystansu wobec wszystkich opisanych tam historii. Po kilku dniach od odstawienia książki na regał wciąż miałam pod powiekami te krwawe nadgraniczne obrazy i Stasiuk ze swoją postrzępioną pamięcią okazał się dobrym, skutecznym antidotum. Nieźle działa też rumuński rock, którego słucham wieczorami zamiast kołysanek.

Dookoła dziwny szum, którego nie rozumiem i który jest mi zupełnie obcy. Ale staram się trzymać łeb na powierzchni. Zupełnie poważnie wychodzę z założenia, że to nie ja mam brak, to inni mają naddatek. Chociaż muszę przyznać, że dawno nie czułam się aż tak odstająca od grupy, co się akurat w moim środowisku nikomu nie kojarzy z niczym szczególnie pozytywnym, a przecież odstawałam zawsze. Bronię się więc jak mogę w imię bycia w porządku wobec siebie. Pewnie dzięki temu ominie mnie kac moralny, ale o nieuniknionych kosztach takiej postawy chyba za wcześnie myśleć. 

Z innych niusów, to zdarza mi się zapomnieć telefonu gdy wychodzę z domu. Coś absolutnie nie w moim stylu i od lat nie do pomyślenia. Ale chyba odkryłam, o co chodzi: nie czekam na nic co powoduje rozbłyski wyświetlacza. Jak twierdzi Stasiuk, nic tak nie szkodzi utopii jak nadzieja na jej trwałość. 

Czekamy za to na wyjazd. Kilkanaście dni jeszcze. Odliczam jak nastolatka. Zawsze odliczam. Im coś ważniejsze, tym dłużej. Całkiem niedawno z czołem opartym o biurko mruczałam, że jeszcze tylko 60 dni. Już zdecydowanie z górki.

Z.

PS Właśnie Brzydal napisał, że do niego do pracy dotarła moja książka:).

Brak komentarzy: