niedziela, 29 lipca 2012

proza


Zabawa z tłumaczeniem Nohavicy trwała ze trzy wieczory i przyznać trzeba, że bawiłam się całkiem dobrze, szczególnie wtedy, kiedy coś tam mi się zaczęło układać i nawet momentami podobać. Efektem zabawy w tłumaczenie było jednak przede wszystkim utwierdzenie się w przekonaniu, że moje emocje składają się tylko i wyłącznie z prozy (z fabułą, narracją, kropkami, przecinkami i całym dobrodziejstwem inwentarza ze słownika terminów literackich) oraz że poezji nie ma we mnie za grosz. Nic, zero. Nie umiałabym nic swojego zmieścić w wersach, rymach i przerzutniach i patrzę z lekką zazdrością na przykład na takiego Dż, któremu od 20 lat jakby od niechcenia piszą się teksty genialne, cudowne, ważne, wzruszające i ekstremalnie prawdziwe zarazem. No i jeszcze paru innych, czarujących tekściarzy… Och i ach, ale we mnie tego nie ma. Kropka.
Nohavicy słucham od tygodnia non stop i nie mogę się zdecydować, czy Kupte si hřebeny jest lepsze od Já chci poezji czy wręcz odwrotnie… Na słuchaniu tej pierwszej przyłapano mnie pod biurem, gdy siedziałam w samochodzie i kołysałam się do rytmu, zamiast iść do pracy.
W ramach prowadzenia zupełnie przyziemnego i pozbawionego natchnień życia, moja zaufana fryzjerka wyczarowała dla mnie irokeza, który pierwszy raz w życiu układa mi się do przodu, a nie do tyłu, więc ten stojący czub rzuca mi cień na środek twarzy i wyglądam trochę jak z Leningrad Cowboys. I choć wydawało mi się, że wyglądam jak demon albo chociaż jak gwiazda rocka, to już pierwszego dnia usłyszałam „jako słodki irokezik…”
Na głowie czub, w głowie też niezłe bordello. Nie do opisania, nie tutaj, nie teraz i chyba nie Wam. Pracuję, czytam, słucham, czekam. Poza tym od ponad miesiąca nie byłam w teatrze. Odwyk i zespół odstawienia, ale boli mniej niż się spodziewałam. Coś tam niby mam ponotowane w kalendarzu, ale nie robię absolutnie nic, by się tam znaleźć i coś zobaczyć, a już broń Boże o czymś pisać. Samo wróci.
Myślami bardzo daleko. Ale coraz bliżej.
Z.

Brak komentarzy: