sobota, 25 sierpnia 2012

kolaż


Ilekroć ktoś znajomy wracał z urlopu, to słyszałam biadolenie, że niby to były dwa tygodnie, ale jakoś tak szybko minęły, że w ogóle się tego nie czuło. Nas też nie było dwa tygodnie, a ja odczułam to tak, jakby minął miesiąc. Po pierwsze, zobaczyliśmy tak dużo, że mogłoby się to wydawać niemożliwe, a po drugie zdołałam tak odpocząć psychicznie, jakbym faktycznie miesiąc nie chodziła do pracy. Do tego stopnia wszystko mi się w głowie poukładało na nowo, że już nawet nie jestem pewna mojej rezygnacji z dalszej nauki czeskiego od października…

Został mi w głowie natłok kadrów, dźwięków, zapachów i smaków, kolaż twarzy i zasłyszanych na ulicy słów, dźwięk migawki i uczucie przypierającego do ziemi słońca. Morska sól w gardle i karpacki chłód na czubku nosa. Dziesiątki przegadanych godzin, wybuchy śmiechu, których nie da się zahamować, przytulność ciężkich hotelowych zasłon, gwałtowna senność i pierwsze otwarcie oczu nad ranem i ta sekunda, kiedy przez głowę przelatuje myśl, że nie wiem, gdzie jestem.

Spodziewałam się, że powrót do biura będzie miał niewiele wspólnego z miękkim lądowaniem, więc wysępiłam jeszcze jeden dzień urlopu... 

No i nauczyłam się gotować obłędną mamałygę. Jeśli ktoś ma smaki, mogę podzielić się proporcjami.

Teraz cała zabawa polega na tym, żeby nie dać sobie tego wszystkiego zbyt szybko odebrać. To znaczy nie tej mamałygi;), tylko tego całego rumuńskiego kolażu. Staram się jak mogę.

Do słuchania przypadkowe odkrycie Ewert and The Two Dragons z Estonii. Znalezione przypadkiem w związku z tym, że przyszłoroczny urlop jawi mi się jako podróż marzeń po Litwie, Łotwie i Estonii... Piosenkę "Sailor man" wrzucam w wersji albumowej i w dwóch wersjach live, bo nie mogę się zdecydować, która powoduje największe ciary. Wspaniałe, melodyjne, ciepłe, trochę rozczochrane i bardzo, bardzo moje. Zł.


sobota, 18 sierpnia 2012

Hajduszoboszlo. ostatni pit-stop


Gdy pakowaliśmy bety do bagażnika, właściciele pensjonatu zadarli głowy i pokazywali palcami w niebo. Pamiętam z „Amelii”, że gdy palec wskazuje niebo, tylko głupiec patrzy na palec, więc pospiesznie zadarłam głowę. Nad nami krążyło ze sto bocianów. Gdyby doleciało jeszcze kilka, pewnie zupełnie przesłoniłyby słońce. To tam najwyraźniej dobry znak, bo ludzie bezgłośnie uśmiechali się w powietrze, a później dali mi do zrozumienia, że to na dzieci, że to oczywiste.  Jedźmy już lepiej…
Trasa Sighishoara-Sosnowiec opierała się o 1000 km, autostrad jak na lekarstwo, więc zapadła decyzja o śródlądowaniu w kraju wina i langoszy. Myśleliśmy o Tokaju, ale był trochę nie po drodze, więc zostało Hajduszoboszlo, które znamy, bo byliśmy tam kilka lat temu. W pierwszej łóżkowni powiedzieliśmy, że jesteśmy z Polski i że potrzebujemy pokój na jedną noc. Oczywiście nie mieli. W dwóch kolejnych nawet nikt nam nie otworzył (czyżby ostrzegali się telefonicznie?). W trzeciej zarządziłam, że mówimy po angielsku i że nie mówimy od razu, że na jedną noc, a nie na dwa tygodnie… Bingo! Na mieście w dwóch znajomych piwniczkach zrobiliśmy skromne zakupy: ok. 15 litrów wina różnych gatunków, z czego dla nas mniej niż 3 litry, a reszta dla bliskich, najbliższych i dalszych, na zamówienie. Tak samo jak jeszcze 6 butelek rumuńskiego wina, które mamy w bagażniku, też dla innych. A my jak głupki zostaniemy z tym jednym kubkiem z wampirem;).
Sądziłam, że Hajduszoboszlo wykonało jakiś skok cywilizacyjny, to znana miejscowość, a my nie widzieliśmy jej od lat, zapewniam jednak, że nic się nie zmieniło, tylko ludzi zdecydowanie mniej. Miejsca, które w mojej pamięci zabite były ludźmi, świeciły pustkami, podobnie knajpy, miejsca parkingowe, ławki. Wieczorem trochę się zagęściło, ale to i tak nie to. Za to wszyscy, którzy tam spędzali urlop, byli Polakami. Więcej Polaków niż Węgrów, w sklepach obsługa witała nas po polsku i po polsku sprzedawano wino i langosze.
Jako że dopadła mnie deprecha związana z końcem urlopu, w piwniczce oprócz bukłaków zażyczyłam sobie moje ulubione białe półsłodkie wino w plastikowym kubku na wynos (co za kraj!). Chcesz w tym najmniejszym? – z nadzieją w głowie zapytał Brz., bo on wie, czym się to kończy. – Nie, w największym – odparłam, bo deprecha się pogłębiała i była już na głębokości piwniczki. Przyznaję, że gdzieś w połowie kubka kurort zaczął mi się nawet podobać, słuchałam jak Indianie grają na bambusowych rurkach, ojczysta mowa dźwięczała w uszach jak ludowa melodia i nie pomijałam żadnego straganu z kiczem. No i zegar biologiczny mi zgłupiał, bo w Rumunii była godzina w przód, tu znów normalnie, więc gdy czułam się już na 23, była dopiero 22. Ale najlepsze miało dopiero nadejść: u nas pod pensjonatem złapał nad właściciel, że on ma swoje wino, że musi być „proba”. „Proba” jest słowem często używanym przez Węgrów i zawsze oznacza coś, co dzieje się na brzegu kieliszka. Brzydal odmówił, bo za kilka godzin mieliśmy wyjeżdżać, a moja odmowa nie została wzięta na poważnie, zostaliśmy więc w ogrodzie pod ekstremalnie rozgwieżdżonym niebem z facetem, który nic, ale to zupełnie nic nie mówił po angielsku, tylko po niemiecku, którego z kolei my ni w ząb, nic (choć Brzydalowi coś się przypominało z podstawówki, ale konwersacji na ważne tematy się z tego nie do końca dało zbudować). Ale nie szkodzi. Rozmowa miała się świetnie, na co pewnie wino miało wpływ i przyznać muszę, że dawno tak błogo mi się nie spało jak w Hajduszoboszlo…
A teraz, słonecznym sobotnim popołudniem, pozdrawiam Was z ostatnich kilometrów trasy. Wracamy przez… Bielsko.
Z.

piątek, 17 sierpnia 2012

Sighishoara


Z naszym przyjacielem Maksymilianem z Busteni pożegnaliśmy się czule w kilku językach i mijając mój ulubiony znak: „koniec terenu zabudowanego, uwaga na niedźwiedzie” pokierowaliśmy się na północ, gdzie  czekała na nas Sighishoara, miejsce narodzin faceta, który nazywał się Vlad Dracul. Mieliśmy wynotowane kilka miejscówek, z czego pierwsza była położona w bajkowym miejscu z widokiem na starówkę, lecz jednocześnie była zamknięta na głucho, mroczna, chłodna i najzwyczajniej w świecie nieczynna. Booking.com powinien nas zatrudnić do wyszukiwania nieczynnych obiektów. Kawałek dalej weszliśmy do pensjonatu, który równie dobrze mógłby być jakąś galerią, kwiaciarnią albo sklepem z antykami. Każdy pokój inny, jakieś anioły na ścianach, kamyki, pełno wikliny, szkła, atłasów, jedwabiów i miękkich poduch – widać, że ktoś wsadził w to full serca. Bierzemy – zgodziliśmy się pospiesznie, na co właścicielka: w porządku, tutaj macie prysznic… i wtedy do nas dotarło, że w tej miękkiej, pluszowej sypialni w rogu stoi gigantyczna kabina, tak nowoczesna, że o naszej własnej w domu pomyślałam jak o eksponacie z muzeum techniki. Najdziwniejsze na świecie. Wrzuciliśmy nawet zdjęcie na fejsa, ale absolutnie nikt się nie śmieje, więc najwyraźniej tylko my widzimy w tym coś osobliwego.
Sighishoara jest zupełnie baśniowa, jakby ktoś w murach starej twierdzy uruchomił czasowstrzymywacz. Grube na kilka metrów mury wokół bram wjazdowych. Kolorowe kamieniczki, a wśród nich dom Vlada Drakuli. Za plecami wielka wieża zegarowa, na którą wdrapujemy się schodami trzeszczącymi tak głośno, że nie da się rozmawiać. Na dole kręte uliczki od baszty do baszty. Siadamy z jakimś młodym Japończykiem na schodach kościoła, gadamy o Rumunii i o Węgrzech, a on nagle po polsku: pięknie wyglądasz. Powiedział, że był kiedyś w Polsce na wolontariacie i że coś tam jeszcze pamięta… W kilka godzin starówkę można obejść parę razy i w każdą możliwą stronę. Sklepiki i galerie właściciele bezceremonialnie zamykają o 17 czy 18, zupełnie jakby później nie było komu tego wszystkiego pokazywać. Udało się nam znaleźć fajny kubek z wampirem, a od innych odróżnia go pieczątka na spodzie: napisali, że to fabryka porcelany Sighishoara, a nie jakieś made in China.
A teraz... hallo, Hajduszoboszlo! Który raz tu jesteśmy? Czwarty?
Zł.





środa, 15 sierpnia 2012

Sinaia. Brasov. Rasnov. Bran


Trzeci dzień w Sinaia. Nie chce się wyjeżdżać. Przewodnik szumnie nazywa to miejsce Perłą Karpat, w co moje cyniczne ja nie chciało wierzyć, ale uwierzyło już przy wjeździe do miasteczka. To przeuroczy, elegancki, górski kurort, w którym obok wielkich, mrocznych, trzeszczących drewnem hoteli przycupnęły karpackie chatynki ze strzelistymi wieżyczkami. Klimat Transylwanii, a to wciąż Muntenia.
Groteskowy numer z hotelem. Na bookingu wygrzebaliśmy kilka miejscówek zdatnych do spania, ale jedna podobała się nam szczególnie. Było nawet napisane, że mają ostatnią wolną dwójkę, więc udaliśmy się bezpośrednio tam, do Złotego Jelenia;). Rzecz w tym, że tenże wyglądał tak, jakby od roku absolutnie nikt do niego nie wchodził. Zamknięty na głucho, a przez okno widać było gruby jak kołdra kurz. Ze śmiechem weszliśmy do kolejnego na tej ulicy hotelu, gdzie właściciel Maksymilian mieszanką rumuńskiego i rosyjskiego (bo uczył się w podstawówce) za śmieszną kasę wynajął nam pokój w zupełnie pustym trzypiętrowym budynku. Od razu wyjechaliśmy starym wagonikiem na szczyt Cota na 2000 metrów, gdzie z każdej strony wyrastają kolejne wyciągi narciarskie. Wierzę, że mają wściekłe zimy, skoro w połowie sierpnia na górze jest 11 stopni… Do wagonika weszliśmy z marszu, zastanawiając się, dlaczego na Kasprowy zawsze jest kolejka, w której z nudów można zapuścić korzenie.
Od nas jest rzut beretem do Brasova i do Rasnova, co wykorzystaliśmy wczoraj. Brasov to kolejny saski skarb z kolorowymi kamieniczkami na rynku, z górską kolejką startującą niemal z samego średniowiecznego centrum (nie potrafię przejść obojętnie obok strzałki z napisem telegondola…), z wąskimi uliczkami i z tą jedną słodką najwęższą w Europie Strada Sforii… Kawałek dalej twierdza Rasnov rozsiadła się na szczycie wielkiej góry, a tam XIII-wieczne pozostałości krzyżackiej wyobraźni: domki, domeczki, placyki, podziemia, zapach starych murów i kurz pod nogami. Tu wreszcie widać turystów, nawet widzieliśmy jakiś polski autobus. Przypadkiem za znakami wpadamy na szlak prowadzący do jaskini. Jaskinia bajerancka, ale i tak wszystko zmiótł facet na parkingu, który dziękował nam ż chcieliśmy odwiedzić jego kraj, opowiadał o tym, jak żona mu płaci i mógł sobie kupić wielką toyotę i o tym, jak bardzo by chciał przyjechać zobaczyć Polskę. Na do widzenia i na zachętę dostał od nas pięciozłotówkę, którą obiecał wydać u nas jak przyjedzie. Długo machał nam na do widzenia.
Zamek Bran rozczarowuje. Nawet w Bukareszcie nie było tak gęsto od ludzi, ale może po prostu źle trafiliśmy: tutaj niektórzy biorą pod uwagę święto 15 sierpnia, choć nie wszyscy. Najwyraźniej ci, którzy zrobili sobie wolne, postanowili spędzić ten dzień na zamku w Branie, na zamku, który sprzedaje się jako zamek Drakuli, choć sam Wład Palownik prawdopodobnie nigdy go nawet nie odwiedził. Wnętrza mało przytulne, mało mroczne, mało królewskie i mało historyczne, co dziwi, bo zaczynająca się w XIV wieku historia zamczyska jest zupełnie niesamowita… Cała jego magia zamknięta jest w tym, co na zewnątrz: kilka wież i nierówne okienka faktycznie robią wrażenie, pewnie im ciemniej, tym większe. W środku broni się tylko miły dziedziniec, zupełnie jak w jakimś pałacyku, a nie w zamczysku. Uciekamy przez bazar z kiczem o tylko trochę mniejszej powierzchni niż targ w Będzinie.
Nie zawodzą za to wnętrza pałacu Peles w Sinaia. Takiego eklektycznego bogactwa nie widzieliśmy chyba nawet w Pałacu Ludów w Bukareszcie. Mimo że codziennie przetacza się tam tysiąc czy dwa tysiące ludzi, to nasza grupa z angielskim przewodnikiem-dredziarzem liczyła zaledwie kilka osób. Cisza, spokój, porządek i neorenesansowe i neogotyckie duchy architektów sprzed 150 lat. Poza tym jeśli zastanawiacie się, w którym europejskim muzeum trzeba jeszcze zakładać te takie wielkie płaskie ślizgające się laciory, to właśnie w castelul Peles. I ważne info: na euro26 dają 75% zniżki, co ma znaczenie przy biletach za 70 zeta od osoby… W Branie nikt o euro26 nie słyszał, pfff…
z.







poniedziałek, 13 sierpnia 2012

Konstanca. Mamaia


Z Bukaresztu do Konstancy jest 200-kilometrowy odcinek autostrady, z każdej strony po horyzont ciągną się pola i pastwiska. Czasem pasą się jakieś zwierzaki dużymi stadami, ale trudno jest mi wyobrazić sobie, skąd ktoś je przygnał: nie widać żadnych, ale to żadnych zabudowań. Przed Konstancją zatrzymują nas bramki: okazuje się, że nasza miesięczna winietka nijak nie chroni nas przed poniesieniem kosztów przejazdu mostem nad Dunajem. W Konstancy wita nas groźny i do granic możliwości industrialny widok stoczni i portu towarowego. Ogromna liczba żurawi, dźwigów i suwnic sprawia, że w sekundzie przestaję wierzyć w istnienie jakiejkolwiek plaży na tym wybrzeżu. Najważniejszy port Rumunii i jeden z najważniejszych w basenie Morza Czarnego. Widać.
Szukanie noclegu przypominało spacer po polu minowym. Do hoteli albo nie dało się wejść, bo na schodach spało kilka wielkich psiurów, albo Brzydal mówił: „bosz, nawet tam nie wchodź”, albo ja ze śmiechem wypadałam z recepcji poznawszy miejscowe ceny, które nijak nie miały się ani do otoczenia, ani do standardu. Co ciekawe, im dalej od nabrzeża, tym lepiej. Ale w jednym z hoteli padłam ze zdziwienia: przy recepcji w głębokim fotelu siedział najprawdziwszy żołnierz ubrany mniej więcej w taki mundur jak nasi w Afganistanie. W tych ciężkich butach, zapięty pod samą szyję, siedział z jakąś torbą na kolanach i najzwyczajniej w świecie powiedział do mnie „hello”…
Turystyka w Konstancy skupia się na szerokiej nadmorskiej promenadzie, na której króluje stuletni budynek kasyna. Z zewnątrz wygląda tak, że od ręki mógłby być wykorzystany w jakimś horrorze. I nie spodziewaliśmy się, że można wejść do środka. Bez biletów, nic. Tylko siedział taki spalony słońcem dziadyga i rozdawał kaski, których i tak nikt nie brał. W środku absolutna ruina, ale ze śladami tej dawnej elegancji, gdzieniegdzie z kątów wyglądały duchy wąsatych elegantów we frakach i kobiet w kapeluszach. U sufitu nad schodami niezmiennie piękny żyrandol, na ścianach lustra, na górze sala trochę balowa, trochę teatralna i… i właśnie tam zorientowałam się, po co te kaski, gdy obok mnie wprost z sufitu upadł na ziemię kawał gruzu. Nie wyobrażam sobie, żeby w Polsce ktoś dopuścił do zwiedzania jakiegoś obiektu w takim stanie. Nie wyobrażam sobie też, że moglibyśmy tam nie wleźć. Nie dziwię się, że to symbol Konstancy. Dziwię się natomiast, że dopuszczono go do ruiny.
Dalej jest port jachtowy i pełno knajpek. Nad miastem zamiast latarni morskiej góruje okazały minaret, na który ku mojej radości można się było wdrapać po 140 schodach. Wichura jak diabli i pogoda jak nad Bałtykiem. Ale morze ma klimat, pachnie jak nic innego, osiada mgiełką na policzkach i atakuje gardło chmurą z soli. No i dzikie fale.
W znalezionej w pokoju trochę już wymiętoszonej mapie okolicy znaleźliśmy miejscowość Mamaia, kilka kilometrów na północ od miasta. Nazywa się tak słodko i tyle obiecuje, że decydujemy się zostać jeszcze jeden dzień, by tę Mamaię zobaczyć. Jest wyjątkowa: z jednej strony morze, z drugiej wielkie jezioro, a przez środek 300-metrowy pasek lądu co do metra wykorzystany pod kurortową infrastrukturę. Hotele, wesołe miasteczka, deptak, sklepy z kiczem, szeroka plaża, wszystko jak trzeba, wszystko to, czego nie ma Konstanca. I największy bajer: kolejka gondolowa z jednego końca miasteczka na drugi, takie wagoniki jak w ośrodkach narciarskich, które za 10 lei powoli jadą na wysokości kilkudziesięciu metrów, dając ogląd i na jezioro, i na morze, i na balkony kolejnych wielkich hoteli… Już na ziemi idziemy w stronę drewnianego molo, ale oczywiście przyciąga nas stara, betonowa, zrujnowana przystań, na którą ledwo udaje mi się wdrapać. Dziurawy pomost, szkielety po wchodzących do morza schodach, dach, który nie grzeszy szczelnością. Nas zawsze przyciąga to, co już swoje najlepsze lata ma za sobą. Bo to prawdziwe, z duszą, jeśli nie z charakterkiem. Na grzeczny spacer po molo też przyszła pora. Na plaży miliony muszelek chrupią pod stopami. Jest pięknie, błogo, spokojnie i wakacyjnie i bardzo mi się tam podoba, ale wiem, że fikłabym tam z nudów max po trzech dniach. Wystarczy tego gapienia się w horyzont…
Tymczasem nam trochę zmieniły się plany: nie jedziemy do Tulczy. Wracamy do Transylwanii, bo jednak wolimy wyszumieć się w zamczyskach i w średniowiecznych miasteczkach niż pływać po delcie Dunaju i udawać ornitologów lub wielbicieli terenów bagiennych. Tym samym musimy odpuścić Babadag, więc pozostaje mi wierzyć, że ta mieścina naprawdę istnieje, że z minaretu słychać muezina i że trawę wokół tablicy wjazdowej do miasta wydeptują tylko Polacy czytający Stasiuka. Wydeptam ją innym razem.
Zł.










piątek, 10 sierpnia 2012

Bukareszt


Przedziwny ten Bukareszt. Pośrodku blokowisk wyrastają malownicze cerkiewki, a na najbardziej reprezentacyjnych alejach do pełnych elegancji pałaców doklejono socrealistyczne koszmarki. Ale po kolei.
Hotel przypomina nam trochę tureckie hotele, gdzie się człowiek boi, czy mu zaraz spod łóżka nie wylezie jakiś zwierz albo czy ktoś miejscowy nie rozbije obozowiska na balkonie pod naszą nieobecność. W łazience opatentowano pomysłowe pociągnięcie prysznica wprost z baterii na umywalce, przez co łatwo się pomylić i zatopić całe pomieszczenie (płakałam ze śmiechu przez kwadrans), a używanie mocno pieniących się kosmetyków powoduje wyrastanie z podłogi pienistej kopuły dokładnie pośrodku łazienki. No i nasz pokój jest ostatni, na końcu korytarza, więc net do nas nie dociera. Siedzę na podłodze obok windy i łapię net w locie. Ale ale, najważniejsze… nasz pokój jest na ostatnim, czwartym piętrze. Wysoko, a zabudowa dookoła raczej o połowę niższa. I co? I widok z okna. I dzielnica cudów, straszna bida, za dnia targowisko, wieczorem nieprzyjazna, zabałaganiona przestrzeń, śmieci, kurz, wałęsające się kundle. Ale nad tym wszystkim, dokładnie na wprost naszego okna, Pałac Ludów. Tak po prostu. Absolutnie gigantyczny. Drugi pod względem wielkości gmach rządowy na świecie. Wyprzedza go tylko pentagon. Pokój jest więc naprawdę bardzo, bardzo fajny. Patrzę i nie wierzę.
Do pałacu mamy z 3 kilometry. Pognaliśmy tam wczoraj przez te ulice, na których lepiej nikomu nie patrzeć w oczy, przez wypalone słońcem pseudo-skwerki, obok osiedlowych sklepików, które powierzchnią nie przekraczają kiosków, a oferują wszystko naraz. Pałac zasłonił nam nagle cały świat i nijak nie chciał zmieścić się w kadrze. Wleźliśmy na teren pierwszą lepszą bramą, za którą akurat formowały się małe grupy do zwiedzania. Zabrali nam dokumenty i prześwietlali jak na lotnisku. Na szyję przepustka. Po gmachu chodziliśmy z przewodnikiem godzinę i nie mogliśmy uwierzyć, że coś może być tak ekstremalnie gigantyczne, wszystkie te sale balowe i niewiele mniejsze pomieszczenia konferencyjne. W godzinę zobaczyliśmy zaledwie 3% całości. Żeby zobaczyć całość i w każdym pomieszczeniu być przez minutę, trzeba by drania zwiedzać trzy i pół doby. Nieprawdopodobne, absolutnie konieczne do zobaczenia. Z jednego z balkonów pięknie widać, jak po horyzont ciągnie się aleja z fontannami, jedna za drugą. Na tym balkonie był też Michael Jackson. I Jan Paweł II. Ceauşescu chciał z niego przemawiać do ludu, ale nigdy do tego nie doszło.
Mapa, przewodnik i w drogę. Kilka godzin bujania się po mieście i żadnej, ale to żadnej informacji turystycznej. Starówka, czyli Lipscani, przeurocza. Plątanina uliczek, wszędzie knajpki, sklepiki i wreszcie jacyś ludzie, młodzież, moda, muzyka, klimat stolicy, a nie miasta, które dziwi się, że w ogóle przyciąga turystów. Przeplatają się trzy style: słodkie kamieniczki, eleganckie pałace i surowe socrealistyczne molochy. Ale wszystko tu pasuje do siebie, raczej przyciąga różnorodnością niż razi dziwactwem. Przed północą wracamy martwi. Podobno w nocy gadałam jakieś straszne bzdury o spaniu w piwnicy, ale na szczęście tego nie pamiętam.
Dziś odkryliśmy cudowny środek transportu: dwupiętrowy autobus bez dachu, który jeździ po całym mieście, zatrzymuje się na kilkunastu przystankach i na raz kupiony bilet można do niego wskakiwać do woli przez cały dzień. Radocha, bo sami nigdy nie dotarlibyśmy gdzieś na drugi kraniec miasta, gdzie króluje Dom Wolnej Prasy, tak podobny do naszego Pałacu Kultury, albo do tego parku, który tak przypomina park w Chorzowie, z tym że ten w Bukareszcie jest największym parkiem miejskim w Europie… Brzydal wciągnął mnie nawet do wielkiego skansenu, gdzie ustawiał mnie po wielokroć na tle przaśnych, XIX-wiecznych drewnianych chatek z klepiskiem i jeszcze mówił „stój, idealnie się komponujesz…” Z innych cudów, tu jest milion teatrów. Zdarza się, że na jednej ulicy są dwa, dokładnie naprzeciwko siebie. Robię zdjęcia, oglądam afisze, czasem nawet łapię za klamki.
Jeszcze jeden wieczór na mieście i fru... nad morze!
Z.




czwartek, 9 sierpnia 2012

trasa transfogarska


Zobacz, jaka trasa… - jęknął Brzydal i zastawił mi całe pole widzenia laptopem, na którym widniały zdjęcia jakiejś ekstremalnie pokręconej drogi. – Szosa Transfogarska. W Rumunii, przez Karpaty. Na wysokości 2,5 tysiąca metrów. Chłopaki ze Złombola tam byli… - dodał z nostalgią, która już wtedy trochę mnie zaniepokoiła, bo nostalgia sama w sobie jest u Brzydala zjawiskiem rzadkim i zawsze zwiastuje jakieś dziwne decyzje. Złombol polega na tym, że kilkunastu zapaleńców kupuje auta a’la PRL za max 1000 zł i nawet bez remontów jedzie gdzieś w odległą trasę. Jadą polonezy, maluchy, nyski, żuki, trabanty i łady. Nad wszystkim świeci jakiś szczytny cel, ale szczegółów niestety nie znam. Brzydal nie musiał nic mówić, od razu wiedziałam, że marzy mu się pojechać dwusuwem na koniec świata, mnie natomiast wizja spędzenia wakacji na poboczu, podwiązując urwany tłumik albo zbierając po drodze pogubione części sprzęgła w ogóle się nie uśmiechała. Pogratulowałam sobie wtedy, że mamy zabukowaną Turcję i że nie musimy kupować nyski.
W tym roku temat wrócił, sama nie wiem jak. Znów gdzieś te zdjęcia i może byśmy skoczyli tam na kilka dni, jakoś tak inaczej… Szczerze mówiąc to zawirowania tego roku w ogóle postawiły pod znakiem zapytania tegoroczne wakacje w jakiejkolwiek formie, więc gdy Brz. wykazał chęć wyjechania gdziekolwiek, pozostało mi podjąć temat i wypisać kartę urlopową. Kupiliśmy mapę i przewodnik, żeby zyskać choć blade pojęcie, w którą stronę jechać. Nasza wiedza o Rumunii zamykała się w Oradei. No to po drodze w góry jeszcze ze dwa miejsca. A później to żal nie zobaczyć Bukaresztu. A jak będziecie w Bukareszcie – przekonywał nas kiedyś w Bielsku AP – to musicie jechać do Konstancy, tam jest autostrada. No i później delta Dunaju. Ktoś inny dodał: Brasov! Bran! Sigisoara! I tak się ta trasa rozrastała, układając się powoli w pętlę wypchaną miejscami, w których najzwyczajniej w świecie chcieliśmy być. Czyli wszystko przez trasę transfogarską!
Byliśmy tam wczoraj. Trasa przejezdna jest tylko latem i tylko za dnia. Zakaz wjazdu od 21 do 7 rano. Łącznie ok. 80 km, z czego z 30 naprawdę szalonych kilometrów… Wije się tak, jakby ktoś niedbale rzucił wstążkę. Dookoła wściekle wysokie góry. Mapa mówi, że mają od 2100 do 2500 metrów. Zatrzymujemy się co kawałek żeby zrobić kilka zdjęć. Ilekroć wychodzę z auta, kręci mi się w głowie, strach podchodzić do krawędzi, oczywiście zabezpieczenia takie jakby ich nie było. Na szczycie 13 stopni. Szybki spacer do jeziora, które jest czymś na kształt tutejszego Morskiego Oka. Kręci się trochę ludzi, nawet sporo Polaków, w większości motocyklistów. Niektórzy mają kamery na kaskach, przymocowane taśmą izolacyjną.
Poniżej jakieś budy, gary, stoiska z kapciochami i owczymi skórami, dokładnie jak w Zakopcu. Gdzieś na ruszcie zaintrygowały nas zawinięte w srebrną folię kule wielkości pomarańczy. Nieważne, co to jest, ważne, że musimy to obadać… Po odwinięciu okazało się, że żółta kula jest z mamałygi, a do niej napchano ostrego twarogu. I to wszystko bach, na tego grilla. Smak do zapamiętania, dokładnie tak samo jak widok z góry. I jak te dzikie konie, które pasły się przy drodze.
Z.

środa, 8 sierpnia 2012

Sibiu. zaczepki


Sibiu to wspaniała saska perełka (nie mylić z pierdołą saską). Historia Sybina sięga XIII wieku i to w miasteczku widać: wspaniały duży rynek o nieregularnej linii, do niego przyklejony równie uroczy, znacznie mniejszy plac, a od nich odchodzą uliczki, kamieniczki, bramy, podcienie i rozbrajające kamienne schodki. Poniżej rozłożyły się proste domki z dachami trzymającymi się już chyba tylko na słowo honoru. Wszędzie knajpki, kwiaty, małe parki i pałacyki. Do późnego wieczora szaleliśmy po starówce i gdzieś w okolicach murów obronnych, a place i knajpy powoli zapełniały się miejscowymi. To nieprawdopodobne, że w całkiem podobnych miasteczkach we Włoszech czy Francji przetaczają się dzikie tłumy turystów, ceny są z kosmosu, a na straganach rządzą jakieś kiczowate paskudztwa, a w takim Sibiu można snuć się między rozgrzanymi murami sprzed setek lat i przy okazji nie ocierać się o obwieszonych gadżetami turystów. Nie ma wycieczek, autokarów, przewodników. Jest miejsce, przestrzeń i czas. Ale i w nas dostrzeżono turystów, a raczej ich w nas usłyszano…
Zaczepił nas na zejściu do nowego miasta, gdzie szliśmy na poszukiwania teatru (skądinąd paskudnego). Skąd jesteście? Bo usłyszałem znajome słowo. Z Polski. A co to było za słowo? Droga. Zabrzmiało jak drag, więc uznałem, że na pewno czegoś szukacie i chciałem wam powiedzieć, jak to znaleźć. Padłam ze śmiechu. Andreas miał z 25 lat, pochodził z jakiejś wioski, mieszka w Sibiu, a angielski zawdzięcza studiom w Niemczech. Nie tylko zaprowadził nas pod teatr, ale też polecił dobre knajpy, wypytał nas o szczegóły podróży, a nawet opowiedział nam, jak to miał kiedyś dostawcę używek, ale był kiepski, bo kilka dni czekało się na zamówienie, które i tak czasami nie docierało, ale teraz już ma dobrego, na telefon, pół godziny i jest. Słuchałam tego wszystkiego z rosnącym zainteresowaniem i zdziwieniem, cała sytuacja wydała mi się wybitnie wakacyjna i pewnie poszlibyśmy razem do pubu, gdyby nie to, że nasz rumuński kolega właśnie szedł na randkę (choć najwyraźniej się nie spieszył, skoro kilkanaście minut spędził z nami). Pożegnaliśmy się czule, a Andreas w sekundzie zniknął w ciemniejącym mieście,
Zaczepiono nas też późnym wieczorem pod hotelem. Przyjechaliście z Polski samochodem? To daleko. Moja matka była kiedyś w Warszawie, w latach 80. A ja jestem z Kopenhagi. Facet w wieku naszych rodziców wypatrzył na parkingu nasze auto. W Sybinie siódmy raz. Powiedział, że kiedyś dojechał z Sybina do Danii w 22 godziny: gdy jego towarzyszkę podróży telefonicznie poinformowano, że w Afganistanie zginął jej mąż, wsiedli w samochód i po prostu wrócili, zatrzymując się tylko na tankowanie.
Dziś rano, gdy poszłam nas wykwaterować, gość z recepcji zapytał, czy wiemy jak wyjechać z miasta. Ja nie wiem – odpowiedziałam zgodnie z prawdą – ale on wie. Na pewno? Wolę się upewnić, że on wie – powiedział gość z recepcji i wypadł na dwór, gdzie wsadził głowę do auta i tłumaczył Brz., gdzie nie wolno w lewo, a gdzie policja, a gdzie coś tam innego…
Wspaniali są ci ludzie tutaj. Ja nie mam śmiałości ich zaczepiać, oni natomiast zachowują się tak, jakby wszyscy byli tu gospodarzami, jakby chcieli nas ugościć, ugłaskać i bezpiecznie puścić w dalszą drogę. No i ta cena za hotel, która nijak nie miała się do tego, co zobaczyliśmy w cenniku. Rozmówki polsko-rumuńskie zakopane gdzieś głęboko w walizce.
Z.

wtorek, 7 sierpnia 2012

Rosa Montana. Alba Iulia


Mamy problem ze skalą. Ilekroć wydaje się nam, że miasto będzie do ogarnięcia, to wpadamy najpierw na rozległe, beżowe i zakurzone przedmieścia, przebijamy się do tętniącego ruchem centrum i dopiero gdzieś w tym wszystkim odnajdujemy cytadele, mury obronne i zabytki tak wielkie, że nie mieszczą się w kadrze. Wczoraj było tak samo. Współczesna Alba Iulia jest równie porywająca co hmm… centrum Dąbrowy Górniczej, ale wszystko rekompensuje położona nieco z boku cytatea, która klimat ma trochę jak Jasna Góra, a trochę jak Wawel. Z tym, że jest z cztery razy większa, czystsza i lepiej utrzymana. No i pusto… Twierdzę otaczają podwójne mury o gwiaździstym kształcie, między nimi pociągnięto alejki, oczka wodne z kolorowymi rybkami, knajpki, ścieżki rowerowe. Na górze królują katedra i sobór, zupełnie jakby prześcigali się, kto wybuduje coś bardziej okazałego i czyje pieśni będzie lepiej słychać. Patrzę na ten rozmach i dociera do mnie, jak potężni musieli być władcy, którzy żądali takiego właśnie otoczenia. Zostajemy tam kilka godzin, do czasu, aż miejscowi zaczynają wylegać na ulice, zachęceni spadającą temperaturą (33 stopnie wieczorem, luksus).
Problem ze skalą dopadł nas też w Rosa Montana. Naczytaliśmy się, że chcą tam wysadzić w powietrze kilka gór i wysiedlić kilka tysięcy osób, żeby stworzyć absolutnie gigantyczną odkrywkową kopalnię złota. Sposób wydobycia nie pozostawia złudzeń: zmiany będą katastrofalne i nieodwracalne. Oczywiście mieszkańcy i ekologowie są przeciwko, coraz więcej polityków jest za, w internecie stworzyło się nawet coś na kształt ruchu oporu, ale w miasteczku tego niestety nie widać. Widać tylko setki banerów i plakatów przekonujących o słuszności działań Gold Company, o tym, że dają kasę na badania archeologiczne, odnawiają kamieniczki, unowocześniają infrastrukturę, a to wysadzanie gór to tylko tak przy okazji. Po wiosce kręcą się dziesiątki ubranych w żółto-zielone uniformy robotników, górników i innych pracowników firmy. Mieszkańców nie widać w ogóle. Tylko z jednego okna wychyliła się do nas dziewczyna, która opowiedziała nam trochę o tym, co ważne i nawet z tego okna podała nam duże naklejki z ociekającą krwią górą i podpisem: ocalcie Rosę Montanę. Chociaż nie wierzę, że ktokolwiek może ją ocalić. Wygląda to tak, jakby klamka zapadła.
Sibiu, nadciągamy! Jak wspaniale pisze się w samochodzie...:)
Z.

PS A do wcześniejszych postów dodałam garść zdjęć...



poniedziałek, 6 sierpnia 2012

Turda - Salina


Turda
Dziś rano po włosku powiedziałam właścicielowi naszego pensjonatu gdzie się dalej wybieramy, na co on polecił nam zahaczenie o Turdę, gdzie jest przepiękna salina. No tak, kopalnia soli, czytałam o niej wczoraj, ale nie byliśmy przekonani. Jeśli jednak tubylcowi na samą myśl  o salinie rozbłysły oczy, to znaczy, że trzeba, że koniecznie. 30 km na południe. Gorąco jak diabli, a ja wciągam dżinsy i bluzę z kapturem, bo przewodnik lojalnie ostrzega, że na dole jest 10 stopni.
Idziemy szerokim, prostym, jasnym, osolonym na biało korytarzem. Cywilizacja – burczy pod nosem Brzydal. Zastanawiamy się, gdzie te cudowności… Nagle jakaś skromna strzałka, to my za strzałką. Najpierw schody, później schodki, drewniane, obrośnięte na biało, wyglądają jak oblodzone. Wpadamy na balkon i nagle nie wiemy, gdzie oczy podziać. Pod nami gigantyczna przepaść, w dole urządzona chłodno i industrialnie, nie do opisania. Na dno przepaści można zjechać windą, ale do niej kolejka na kwadrans, przebiegamy więc na drugą stronę (pod nogami nieszczelne deski prześwitują, mięśnie spinają się same, bo wszystko aż trzeszczy), na otwartą klatkę schodową, bagatela, 14 pięter w dół, obłęd. A na dole m.in. pole do minigolfa, bilard, ping pong, kręgle, scena z widownią i – uwaga – najprawdziwszy diabelski młyn. I balkon z widokiem na kolejną przepaść. Łapiemy windę, by po chwili stać nad wielkim solnym stawem, po którym leniwie nieliczni rumuńscy romantycy pływali sobie łódkami. Do tego wszędzie lampy, które przypominały lodowe sople i takie też dawały światło. Łódki odpuściliśmy na rzecz zupełnie groteskowego w tym miejscu diabelskiego młyna, który kręcił się niespiesznie w tych 10 stopniach 100 czy 150 metrów pod powierzchnią ziemi. Patrzymy na siebie z niedowierzaniem. Nic tego nie zapowiadało, nic! Po wyjściu z kopalni został mi zimny nos, smak soli w gardle i trochę zdjęć, które pewnie nie oddadzą ani rozmiaru, ani klimatu saliny w Turdzie. Co za szczęście, że facet w pensjonacie zrobił minę pod tytułem „naprawdę powinniście…” 
Dużo zdjęć z saliny na googlach Na upload naszych zdjęć i tak póki co brakuje czasu.
Po drodze Rosa Montana. Teraz za oknem już Alba Iulia.
A, znaleźliśmy mamałygę! Ale to jutro...
Z.



niedziela, 5 sierpnia 2012

Cluj Napoca. Miasto przypadkiem?


Cluj Napoca

Z duchem miasta można sobie przybić piątkę dopiero wtedy, kiedy się człowiek w tym mieście pokręci, zakurzy, umęczy, zgubi i pozwoli się miastu z ufnością prowadzić. Nas Kluż poprowadził dziś 30-kilometrowym spacerem. Wczoraj ledwie omietliśmy wzrokiem kilka miejsc, do których warto było dziś wrócić, ale znaleźliśmy też kilkadziesiąt kolejnych, pięknie innych i niepowtarzalnych miejscówek, drobiazgów, zaułków, widoków i smaków. To gdzie teraz? Zielone jest, chodź – schemat niemal na każdym skrzyżowaniu. Czy pójdziemy w lewo, czy w prawo, bez większej różnicy, bo zaraz i tak wejdziemy na jakąś uczelnię, zbór, synagogę, cerkiew czy kolejne austro-węgierskie architektoniczne cacko. Przypadkiem cmentarz wojskowy, przypadkiem pomnik ku czci Ukraińców, przypadkiem grobowiec-piramida na katolickim cmentarzu. Miasto przypadkiem? Bzdura. Miasto chciało, żebyśmy to zobaczyli. A myśmy tylko zaufali.
Ok, przyznaję, że kryzysy były, zdarza się nawet najlepszym;). Kryzys temperatury na przykład. Słońce znów mnie dziś czule pogłaskało, zupełnie jakbym pierwszy raz wyszła na dwór, mam więc kolor dojrzałych pomidorów, a Brzydal oczywiście nietknięty. Kryzys językowy. Kupiłam cudne kolczyki z rumuńskimi napisami. Nie mam pojęcia, co znaczą, a babka, która je wykonała, nie umiała mi tego przetłumaczyć. Brz. wróży, że to pewnie jakaś straszna bzdura, np. przepis na rosół albo jakaś instrukcja obsługi, ale ja wierzę, że to coś uroczego… Jak złapię tu kogoś z dobrym angielskim, poproszę o pomoc. Kryzys fizyczny nadszedł z okolicach 25 kilometra. Zamiast popinać pod stromą górę, palnęłam coś głupio do Brz. i sama z siebie zaczęłam się tak strasznie śmiać, że nie było mowy o żadnym dalszym ruchu. Zwijałam się pośrodku chodnika rechocząc radośnie i wzbudzając spore zainteresowanie, bo zauważyłam już wczoraj, że tutaj nikt nie śmieje się na głos.
Rany, jak pięknie… Cluj jest wielkim miastem, w którym nagle pośrodku blokowiska wyrastają domeczki, wokół których biegają koguty i bose dzieciaki. Na ślicznej starówce obok siebie jaśnieją świątynie kilku religii, co chwilę z innej strony dzwony, śpiewy, formuły, każdy po swojemu znak krzyża. Muzyka z knajp, przytulne kąty, przestrzeń i monumentalność. Wszystko jest wielkie, wysokie, szerokie i przestronne. I bezpieczne.
Patrzę w kąt pokoju i nie chce mi się wierzyć, że ta sterta betów musi się ponownie znaleźć w mojej walizce. Co za barłóg, niemożliwe… Jutro rano – w drogę.
Z.

sobota, 4 sierpnia 2012

droga do Babadag

Droga do Babadag - start

4 sierpnia, 10.30, szósta godzina w aucie, trasa od granicy słowacko-węgierskiej przez Szikszó na Miszkolc 

Strach planować wakacje z biurem podróży, bo można spędzić 2 tygodnie na lotnisku diabli wiedzą gdzie (np. Rzeszów-Jesionka albo Skrzydliszki Leśne), w związku z tym tegoroczny urlop organizuje Brzydal Travel. Wszystko przez trasę transfogarską, ale o tym napiszemy kiedy będziemy już w jej pobliżu, za kilka dni. Prezesem Brzydal Travel jest oczywiście Brzydal, który jest także kierownikiem wycieczki, głównym nawigatorem, logistykiem, spekulantem walutowym, księgowym, kierowcą (podnajęta firma Brzydal Trans) i facetem od lania benzyny na stacjach. Brzydal twierdzi, że ja w tym wszystkim jestem kimś pomiędzy pilotem a zmanierowaną turystką, która nie może się zdecydować, czy czytać przewodnik, czy może biadolić, że utraciłam net w komórce. Póki co nagadaliśmy się tak, że już zdążyłam zachrypnąć, a przed chwilą umilałam Brz. podróż przez węgierską prowincję, śpiewając jakieś radiowe hity wokalem zgapionym od Ciasteczkowego Potwora. Słońce wali jak wściekłe, a ja w momencie przypomniałam sobie, jak bardzo lubię Węgry i Węgrów z ich dziwacznym ugrofińskim językiem, basenami, langoszami i niekończącymi się plantacjami słoneczników.

- A rozmówki wzięłaś? Lepiej zacznij się uczyć, żebyśmy zrobili dobre wrażenie – zasugerował Brzydal, bo przyznać trzeba, że językowo przygotowani jesteśmy tak sobie: w Rumunii podobno rządzą francuski i niemiecki, których akurat nie znamy ni w ząb. Będziemy więc stosować mieszankę angielskiego (bo powszechny) z włoskim (bo romański) i z czeskim i rosyjskim (licząc na jakieś ponadjęzykowe porozumienie dusz). Brzydalowi zostaje pismo obrazkowe i średniozaawansowany język klinowy.

W rozmówkach od razu znalazłam interesujące nas treści dotyczące zakwaterowania, a po chwili już nawet budowałam skomplikowane konstrukcje dotyczące tego, co mnie interesuje najbardziej, np. chciałabym dwa bilety w loży z widokiem na… dobra, nieważne. Później jeszcze wpadł mi w oko omlet z cynadrami, więc pospiesznie zapoznałam się z jego rumuńską nazwą, żeby na pewno się na niego nie natknąć. Przetrenowaliśmy także zamawianie taksówki i wnoszenie do niej wszystkich naszych betów, co brzmiało jak „proszę wziąć moje bagaże do tej taksówki z menelem”. Oczywiście nie planujemy wzywać żadnych taksówek ani tym bardziej oddawać komuś naszych tobołów, bo od tego przecież jest Brzydal Trans ze swoją wykwalifikowaną obsługą.

Po 14 zameldowaliśmy się na granicy z Rumunią na wysokości Oradei. Dzikie tłumy, w większości Włosi (co aż tylu Włochów robi w Rumunii póki co pozostaje tajemnicą). Interesujące zderzenie z rumuńską biurokracją: zakup absolutnie podstawowej winiety trwał ze 40 minut, bo nie dość, że Pani z Okienka nasz dowód rejestracyjny przepisywała chyba słowo w słowo, to jeszcze kilka razy musiała resetować kompa, bo uparcie się zawieszał. Wszystko to rozgrywało się na rozgrzanej do kilkudziesięciu stopni ziemi niczyjej między granicami, na tym dziwnym terenie bez narodowości, z którego ma się ochotę pitnąć tak szybko jak to możliwe.

Rumunia ekstremalnie zielona. Od razu wpakowaliśmy się na jakąś urokliwą przełęcz, której się nie spodziewaliśmy. Z każdej strony góry i kierowcy z fantazją. Obłędne miasteczka, domki o których czas zapomniał, o rudych, wypalonych słońcem dachach. Wyglądają tak, jakby je kleili piaskiem z wodą. Czasem jakieś obłędnie wielkie romskie pałace, eklektyczne połączenie złota, różowości, orientu, kopułek i wieżyczek. Właścicieli nie widać.

Późny wieczór. Kilka godzin temu znaleźliśmy cudne miejsce do spania, wyładowaliśmy bety i odnaleźliśmy obłędne centrum z wielkim rynkiem, koncertem, kinem plenerowym, otoczonym uliczkami ustawionymi kolorowymi kamienicami jak z klocków. Za każdym rogiem niespodziewajki i wielkie wow. I jaki teatr! To wszystko do obejrzenia z bliska jutro. Dziś ledwie poznane, przebiegnięte pospiesznie w tym wielkim mieście. Już mi się podoba. Bardzo.

W głowie dalsza trasa... Zaczarowana „Jadąc do Babadag” Stasiuka nie miałam wątpliwości, że i Babadag musimy uwzględnić na naszej mapie, która rozrastała się jak wściekła, aż musiała zostać opamiętana przez nasze faktyczne możliwości czasowe, fizyczne i kasowe. Obecnie w planach 3200 km. Nasza droga do Babadag. I nie tylko.

Dobranoc.

Z.