piątek, 10 sierpnia 2012

Bukareszt


Przedziwny ten Bukareszt. Pośrodku blokowisk wyrastają malownicze cerkiewki, a na najbardziej reprezentacyjnych alejach do pełnych elegancji pałaców doklejono socrealistyczne koszmarki. Ale po kolei.
Hotel przypomina nam trochę tureckie hotele, gdzie się człowiek boi, czy mu zaraz spod łóżka nie wylezie jakiś zwierz albo czy ktoś miejscowy nie rozbije obozowiska na balkonie pod naszą nieobecność. W łazience opatentowano pomysłowe pociągnięcie prysznica wprost z baterii na umywalce, przez co łatwo się pomylić i zatopić całe pomieszczenie (płakałam ze śmiechu przez kwadrans), a używanie mocno pieniących się kosmetyków powoduje wyrastanie z podłogi pienistej kopuły dokładnie pośrodku łazienki. No i nasz pokój jest ostatni, na końcu korytarza, więc net do nas nie dociera. Siedzę na podłodze obok windy i łapię net w locie. Ale ale, najważniejsze… nasz pokój jest na ostatnim, czwartym piętrze. Wysoko, a zabudowa dookoła raczej o połowę niższa. I co? I widok z okna. I dzielnica cudów, straszna bida, za dnia targowisko, wieczorem nieprzyjazna, zabałaganiona przestrzeń, śmieci, kurz, wałęsające się kundle. Ale nad tym wszystkim, dokładnie na wprost naszego okna, Pałac Ludów. Tak po prostu. Absolutnie gigantyczny. Drugi pod względem wielkości gmach rządowy na świecie. Wyprzedza go tylko pentagon. Pokój jest więc naprawdę bardzo, bardzo fajny. Patrzę i nie wierzę.
Do pałacu mamy z 3 kilometry. Pognaliśmy tam wczoraj przez te ulice, na których lepiej nikomu nie patrzeć w oczy, przez wypalone słońcem pseudo-skwerki, obok osiedlowych sklepików, które powierzchnią nie przekraczają kiosków, a oferują wszystko naraz. Pałac zasłonił nam nagle cały świat i nijak nie chciał zmieścić się w kadrze. Wleźliśmy na teren pierwszą lepszą bramą, za którą akurat formowały się małe grupy do zwiedzania. Zabrali nam dokumenty i prześwietlali jak na lotnisku. Na szyję przepustka. Po gmachu chodziliśmy z przewodnikiem godzinę i nie mogliśmy uwierzyć, że coś może być tak ekstremalnie gigantyczne, wszystkie te sale balowe i niewiele mniejsze pomieszczenia konferencyjne. W godzinę zobaczyliśmy zaledwie 3% całości. Żeby zobaczyć całość i w każdym pomieszczeniu być przez minutę, trzeba by drania zwiedzać trzy i pół doby. Nieprawdopodobne, absolutnie konieczne do zobaczenia. Z jednego z balkonów pięknie widać, jak po horyzont ciągnie się aleja z fontannami, jedna za drugą. Na tym balkonie był też Michael Jackson. I Jan Paweł II. Ceauşescu chciał z niego przemawiać do ludu, ale nigdy do tego nie doszło.
Mapa, przewodnik i w drogę. Kilka godzin bujania się po mieście i żadnej, ale to żadnej informacji turystycznej. Starówka, czyli Lipscani, przeurocza. Plątanina uliczek, wszędzie knajpki, sklepiki i wreszcie jacyś ludzie, młodzież, moda, muzyka, klimat stolicy, a nie miasta, które dziwi się, że w ogóle przyciąga turystów. Przeplatają się trzy style: słodkie kamieniczki, eleganckie pałace i surowe socrealistyczne molochy. Ale wszystko tu pasuje do siebie, raczej przyciąga różnorodnością niż razi dziwactwem. Przed północą wracamy martwi. Podobno w nocy gadałam jakieś straszne bzdury o spaniu w piwnicy, ale na szczęście tego nie pamiętam.
Dziś odkryliśmy cudowny środek transportu: dwupiętrowy autobus bez dachu, który jeździ po całym mieście, zatrzymuje się na kilkunastu przystankach i na raz kupiony bilet można do niego wskakiwać do woli przez cały dzień. Radocha, bo sami nigdy nie dotarlibyśmy gdzieś na drugi kraniec miasta, gdzie króluje Dom Wolnej Prasy, tak podobny do naszego Pałacu Kultury, albo do tego parku, który tak przypomina park w Chorzowie, z tym że ten w Bukareszcie jest największym parkiem miejskim w Europie… Brzydal wciągnął mnie nawet do wielkiego skansenu, gdzie ustawiał mnie po wielokroć na tle przaśnych, XIX-wiecznych drewnianych chatek z klepiskiem i jeszcze mówił „stój, idealnie się komponujesz…” Z innych cudów, tu jest milion teatrów. Zdarza się, że na jednej ulicy są dwa, dokładnie naprzeciwko siebie. Robię zdjęcia, oglądam afisze, czasem nawet łapię za klamki.
Jeszcze jeden wieczór na mieście i fru... nad morze!
Z.




Brak komentarzy: