sobota, 4 sierpnia 2012

droga do Babadag

Droga do Babadag - start

4 sierpnia, 10.30, szósta godzina w aucie, trasa od granicy słowacko-węgierskiej przez Szikszó na Miszkolc 

Strach planować wakacje z biurem podróży, bo można spędzić 2 tygodnie na lotnisku diabli wiedzą gdzie (np. Rzeszów-Jesionka albo Skrzydliszki Leśne), w związku z tym tegoroczny urlop organizuje Brzydal Travel. Wszystko przez trasę transfogarską, ale o tym napiszemy kiedy będziemy już w jej pobliżu, za kilka dni. Prezesem Brzydal Travel jest oczywiście Brzydal, który jest także kierownikiem wycieczki, głównym nawigatorem, logistykiem, spekulantem walutowym, księgowym, kierowcą (podnajęta firma Brzydal Trans) i facetem od lania benzyny na stacjach. Brzydal twierdzi, że ja w tym wszystkim jestem kimś pomiędzy pilotem a zmanierowaną turystką, która nie może się zdecydować, czy czytać przewodnik, czy może biadolić, że utraciłam net w komórce. Póki co nagadaliśmy się tak, że już zdążyłam zachrypnąć, a przed chwilą umilałam Brz. podróż przez węgierską prowincję, śpiewając jakieś radiowe hity wokalem zgapionym od Ciasteczkowego Potwora. Słońce wali jak wściekłe, a ja w momencie przypomniałam sobie, jak bardzo lubię Węgry i Węgrów z ich dziwacznym ugrofińskim językiem, basenami, langoszami i niekończącymi się plantacjami słoneczników.

- A rozmówki wzięłaś? Lepiej zacznij się uczyć, żebyśmy zrobili dobre wrażenie – zasugerował Brzydal, bo przyznać trzeba, że językowo przygotowani jesteśmy tak sobie: w Rumunii podobno rządzą francuski i niemiecki, których akurat nie znamy ni w ząb. Będziemy więc stosować mieszankę angielskiego (bo powszechny) z włoskim (bo romański) i z czeskim i rosyjskim (licząc na jakieś ponadjęzykowe porozumienie dusz). Brzydalowi zostaje pismo obrazkowe i średniozaawansowany język klinowy.

W rozmówkach od razu znalazłam interesujące nas treści dotyczące zakwaterowania, a po chwili już nawet budowałam skomplikowane konstrukcje dotyczące tego, co mnie interesuje najbardziej, np. chciałabym dwa bilety w loży z widokiem na… dobra, nieważne. Później jeszcze wpadł mi w oko omlet z cynadrami, więc pospiesznie zapoznałam się z jego rumuńską nazwą, żeby na pewno się na niego nie natknąć. Przetrenowaliśmy także zamawianie taksówki i wnoszenie do niej wszystkich naszych betów, co brzmiało jak „proszę wziąć moje bagaże do tej taksówki z menelem”. Oczywiście nie planujemy wzywać żadnych taksówek ani tym bardziej oddawać komuś naszych tobołów, bo od tego przecież jest Brzydal Trans ze swoją wykwalifikowaną obsługą.

Po 14 zameldowaliśmy się na granicy z Rumunią na wysokości Oradei. Dzikie tłumy, w większości Włosi (co aż tylu Włochów robi w Rumunii póki co pozostaje tajemnicą). Interesujące zderzenie z rumuńską biurokracją: zakup absolutnie podstawowej winiety trwał ze 40 minut, bo nie dość, że Pani z Okienka nasz dowód rejestracyjny przepisywała chyba słowo w słowo, to jeszcze kilka razy musiała resetować kompa, bo uparcie się zawieszał. Wszystko to rozgrywało się na rozgrzanej do kilkudziesięciu stopni ziemi niczyjej między granicami, na tym dziwnym terenie bez narodowości, z którego ma się ochotę pitnąć tak szybko jak to możliwe.

Rumunia ekstremalnie zielona. Od razu wpakowaliśmy się na jakąś urokliwą przełęcz, której się nie spodziewaliśmy. Z każdej strony góry i kierowcy z fantazją. Obłędne miasteczka, domki o których czas zapomniał, o rudych, wypalonych słońcem dachach. Wyglądają tak, jakby je kleili piaskiem z wodą. Czasem jakieś obłędnie wielkie romskie pałace, eklektyczne połączenie złota, różowości, orientu, kopułek i wieżyczek. Właścicieli nie widać.

Późny wieczór. Kilka godzin temu znaleźliśmy cudne miejsce do spania, wyładowaliśmy bety i odnaleźliśmy obłędne centrum z wielkim rynkiem, koncertem, kinem plenerowym, otoczonym uliczkami ustawionymi kolorowymi kamienicami jak z klocków. Za każdym rogiem niespodziewajki i wielkie wow. I jaki teatr! To wszystko do obejrzenia z bliska jutro. Dziś ledwie poznane, przebiegnięte pospiesznie w tym wielkim mieście. Już mi się podoba. Bardzo.

W głowie dalsza trasa... Zaczarowana „Jadąc do Babadag” Stasiuka nie miałam wątpliwości, że i Babadag musimy uwzględnić na naszej mapie, która rozrastała się jak wściekła, aż musiała zostać opamiętana przez nasze faktyczne możliwości czasowe, fizyczne i kasowe. Obecnie w planach 3200 km. Nasza droga do Babadag. I nie tylko.

Dobranoc.

Z.





Brak komentarzy: