sobota, 18 sierpnia 2012

Hajduszoboszlo. ostatni pit-stop


Gdy pakowaliśmy bety do bagażnika, właściciele pensjonatu zadarli głowy i pokazywali palcami w niebo. Pamiętam z „Amelii”, że gdy palec wskazuje niebo, tylko głupiec patrzy na palec, więc pospiesznie zadarłam głowę. Nad nami krążyło ze sto bocianów. Gdyby doleciało jeszcze kilka, pewnie zupełnie przesłoniłyby słońce. To tam najwyraźniej dobry znak, bo ludzie bezgłośnie uśmiechali się w powietrze, a później dali mi do zrozumienia, że to na dzieci, że to oczywiste.  Jedźmy już lepiej…
Trasa Sighishoara-Sosnowiec opierała się o 1000 km, autostrad jak na lekarstwo, więc zapadła decyzja o śródlądowaniu w kraju wina i langoszy. Myśleliśmy o Tokaju, ale był trochę nie po drodze, więc zostało Hajduszoboszlo, które znamy, bo byliśmy tam kilka lat temu. W pierwszej łóżkowni powiedzieliśmy, że jesteśmy z Polski i że potrzebujemy pokój na jedną noc. Oczywiście nie mieli. W dwóch kolejnych nawet nikt nam nie otworzył (czyżby ostrzegali się telefonicznie?). W trzeciej zarządziłam, że mówimy po angielsku i że nie mówimy od razu, że na jedną noc, a nie na dwa tygodnie… Bingo! Na mieście w dwóch znajomych piwniczkach zrobiliśmy skromne zakupy: ok. 15 litrów wina różnych gatunków, z czego dla nas mniej niż 3 litry, a reszta dla bliskich, najbliższych i dalszych, na zamówienie. Tak samo jak jeszcze 6 butelek rumuńskiego wina, które mamy w bagażniku, też dla innych. A my jak głupki zostaniemy z tym jednym kubkiem z wampirem;).
Sądziłam, że Hajduszoboszlo wykonało jakiś skok cywilizacyjny, to znana miejscowość, a my nie widzieliśmy jej od lat, zapewniam jednak, że nic się nie zmieniło, tylko ludzi zdecydowanie mniej. Miejsca, które w mojej pamięci zabite były ludźmi, świeciły pustkami, podobnie knajpy, miejsca parkingowe, ławki. Wieczorem trochę się zagęściło, ale to i tak nie to. Za to wszyscy, którzy tam spędzali urlop, byli Polakami. Więcej Polaków niż Węgrów, w sklepach obsługa witała nas po polsku i po polsku sprzedawano wino i langosze.
Jako że dopadła mnie deprecha związana z końcem urlopu, w piwniczce oprócz bukłaków zażyczyłam sobie moje ulubione białe półsłodkie wino w plastikowym kubku na wynos (co za kraj!). Chcesz w tym najmniejszym? – z nadzieją w głowie zapytał Brz., bo on wie, czym się to kończy. – Nie, w największym – odparłam, bo deprecha się pogłębiała i była już na głębokości piwniczki. Przyznaję, że gdzieś w połowie kubka kurort zaczął mi się nawet podobać, słuchałam jak Indianie grają na bambusowych rurkach, ojczysta mowa dźwięczała w uszach jak ludowa melodia i nie pomijałam żadnego straganu z kiczem. No i zegar biologiczny mi zgłupiał, bo w Rumunii była godzina w przód, tu znów normalnie, więc gdy czułam się już na 23, była dopiero 22. Ale najlepsze miało dopiero nadejść: u nas pod pensjonatem złapał nad właściciel, że on ma swoje wino, że musi być „proba”. „Proba” jest słowem często używanym przez Węgrów i zawsze oznacza coś, co dzieje się na brzegu kieliszka. Brzydal odmówił, bo za kilka godzin mieliśmy wyjeżdżać, a moja odmowa nie została wzięta na poważnie, zostaliśmy więc w ogrodzie pod ekstremalnie rozgwieżdżonym niebem z facetem, który nic, ale to zupełnie nic nie mówił po angielsku, tylko po niemiecku, którego z kolei my ni w ząb, nic (choć Brzydalowi coś się przypominało z podstawówki, ale konwersacji na ważne tematy się z tego nie do końca dało zbudować). Ale nie szkodzi. Rozmowa miała się świetnie, na co pewnie wino miało wpływ i przyznać muszę, że dawno tak błogo mi się nie spało jak w Hajduszoboszlo…
A teraz, słonecznym sobotnim popołudniem, pozdrawiam Was z ostatnich kilometrów trasy. Wracamy przez… Bielsko.
Z.

Brak komentarzy: