poniedziałek, 13 sierpnia 2012

Konstanca. Mamaia


Z Bukaresztu do Konstancy jest 200-kilometrowy odcinek autostrady, z każdej strony po horyzont ciągną się pola i pastwiska. Czasem pasą się jakieś zwierzaki dużymi stadami, ale trudno jest mi wyobrazić sobie, skąd ktoś je przygnał: nie widać żadnych, ale to żadnych zabudowań. Przed Konstancją zatrzymują nas bramki: okazuje się, że nasza miesięczna winietka nijak nie chroni nas przed poniesieniem kosztów przejazdu mostem nad Dunajem. W Konstancy wita nas groźny i do granic możliwości industrialny widok stoczni i portu towarowego. Ogromna liczba żurawi, dźwigów i suwnic sprawia, że w sekundzie przestaję wierzyć w istnienie jakiejkolwiek plaży na tym wybrzeżu. Najważniejszy port Rumunii i jeden z najważniejszych w basenie Morza Czarnego. Widać.
Szukanie noclegu przypominało spacer po polu minowym. Do hoteli albo nie dało się wejść, bo na schodach spało kilka wielkich psiurów, albo Brzydal mówił: „bosz, nawet tam nie wchodź”, albo ja ze śmiechem wypadałam z recepcji poznawszy miejscowe ceny, które nijak nie miały się ani do otoczenia, ani do standardu. Co ciekawe, im dalej od nabrzeża, tym lepiej. Ale w jednym z hoteli padłam ze zdziwienia: przy recepcji w głębokim fotelu siedział najprawdziwszy żołnierz ubrany mniej więcej w taki mundur jak nasi w Afganistanie. W tych ciężkich butach, zapięty pod samą szyję, siedział z jakąś torbą na kolanach i najzwyczajniej w świecie powiedział do mnie „hello”…
Turystyka w Konstancy skupia się na szerokiej nadmorskiej promenadzie, na której króluje stuletni budynek kasyna. Z zewnątrz wygląda tak, że od ręki mógłby być wykorzystany w jakimś horrorze. I nie spodziewaliśmy się, że można wejść do środka. Bez biletów, nic. Tylko siedział taki spalony słońcem dziadyga i rozdawał kaski, których i tak nikt nie brał. W środku absolutna ruina, ale ze śladami tej dawnej elegancji, gdzieniegdzie z kątów wyglądały duchy wąsatych elegantów we frakach i kobiet w kapeluszach. U sufitu nad schodami niezmiennie piękny żyrandol, na ścianach lustra, na górze sala trochę balowa, trochę teatralna i… i właśnie tam zorientowałam się, po co te kaski, gdy obok mnie wprost z sufitu upadł na ziemię kawał gruzu. Nie wyobrażam sobie, żeby w Polsce ktoś dopuścił do zwiedzania jakiegoś obiektu w takim stanie. Nie wyobrażam sobie też, że moglibyśmy tam nie wleźć. Nie dziwię się, że to symbol Konstancy. Dziwię się natomiast, że dopuszczono go do ruiny.
Dalej jest port jachtowy i pełno knajpek. Nad miastem zamiast latarni morskiej góruje okazały minaret, na który ku mojej radości można się było wdrapać po 140 schodach. Wichura jak diabli i pogoda jak nad Bałtykiem. Ale morze ma klimat, pachnie jak nic innego, osiada mgiełką na policzkach i atakuje gardło chmurą z soli. No i dzikie fale.
W znalezionej w pokoju trochę już wymiętoszonej mapie okolicy znaleźliśmy miejscowość Mamaia, kilka kilometrów na północ od miasta. Nazywa się tak słodko i tyle obiecuje, że decydujemy się zostać jeszcze jeden dzień, by tę Mamaię zobaczyć. Jest wyjątkowa: z jednej strony morze, z drugiej wielkie jezioro, a przez środek 300-metrowy pasek lądu co do metra wykorzystany pod kurortową infrastrukturę. Hotele, wesołe miasteczka, deptak, sklepy z kiczem, szeroka plaża, wszystko jak trzeba, wszystko to, czego nie ma Konstanca. I największy bajer: kolejka gondolowa z jednego końca miasteczka na drugi, takie wagoniki jak w ośrodkach narciarskich, które za 10 lei powoli jadą na wysokości kilkudziesięciu metrów, dając ogląd i na jezioro, i na morze, i na balkony kolejnych wielkich hoteli… Już na ziemi idziemy w stronę drewnianego molo, ale oczywiście przyciąga nas stara, betonowa, zrujnowana przystań, na którą ledwo udaje mi się wdrapać. Dziurawy pomost, szkielety po wchodzących do morza schodach, dach, który nie grzeszy szczelnością. Nas zawsze przyciąga to, co już swoje najlepsze lata ma za sobą. Bo to prawdziwe, z duszą, jeśli nie z charakterkiem. Na grzeczny spacer po molo też przyszła pora. Na plaży miliony muszelek chrupią pod stopami. Jest pięknie, błogo, spokojnie i wakacyjnie i bardzo mi się tam podoba, ale wiem, że fikłabym tam z nudów max po trzech dniach. Wystarczy tego gapienia się w horyzont…
Tymczasem nam trochę zmieniły się plany: nie jedziemy do Tulczy. Wracamy do Transylwanii, bo jednak wolimy wyszumieć się w zamczyskach i w średniowiecznych miasteczkach niż pływać po delcie Dunaju i udawać ornitologów lub wielbicieli terenów bagiennych. Tym samym musimy odpuścić Babadag, więc pozostaje mi wierzyć, że ta mieścina naprawdę istnieje, że z minaretu słychać muezina i że trawę wokół tablicy wjazdowej do miasta wydeptują tylko Polacy czytający Stasiuka. Wydeptam ją innym razem.
Zł.










Brak komentarzy: