niedziela, 5 sierpnia 2012

Cluj Napoca. Miasto przypadkiem?


Cluj Napoca

Z duchem miasta można sobie przybić piątkę dopiero wtedy, kiedy się człowiek w tym mieście pokręci, zakurzy, umęczy, zgubi i pozwoli się miastu z ufnością prowadzić. Nas Kluż poprowadził dziś 30-kilometrowym spacerem. Wczoraj ledwie omietliśmy wzrokiem kilka miejsc, do których warto było dziś wrócić, ale znaleźliśmy też kilkadziesiąt kolejnych, pięknie innych i niepowtarzalnych miejscówek, drobiazgów, zaułków, widoków i smaków. To gdzie teraz? Zielone jest, chodź – schemat niemal na każdym skrzyżowaniu. Czy pójdziemy w lewo, czy w prawo, bez większej różnicy, bo zaraz i tak wejdziemy na jakąś uczelnię, zbór, synagogę, cerkiew czy kolejne austro-węgierskie architektoniczne cacko. Przypadkiem cmentarz wojskowy, przypadkiem pomnik ku czci Ukraińców, przypadkiem grobowiec-piramida na katolickim cmentarzu. Miasto przypadkiem? Bzdura. Miasto chciało, żebyśmy to zobaczyli. A myśmy tylko zaufali.
Ok, przyznaję, że kryzysy były, zdarza się nawet najlepszym;). Kryzys temperatury na przykład. Słońce znów mnie dziś czule pogłaskało, zupełnie jakbym pierwszy raz wyszła na dwór, mam więc kolor dojrzałych pomidorów, a Brzydal oczywiście nietknięty. Kryzys językowy. Kupiłam cudne kolczyki z rumuńskimi napisami. Nie mam pojęcia, co znaczą, a babka, która je wykonała, nie umiała mi tego przetłumaczyć. Brz. wróży, że to pewnie jakaś straszna bzdura, np. przepis na rosół albo jakaś instrukcja obsługi, ale ja wierzę, że to coś uroczego… Jak złapię tu kogoś z dobrym angielskim, poproszę o pomoc. Kryzys fizyczny nadszedł z okolicach 25 kilometra. Zamiast popinać pod stromą górę, palnęłam coś głupio do Brz. i sama z siebie zaczęłam się tak strasznie śmiać, że nie było mowy o żadnym dalszym ruchu. Zwijałam się pośrodku chodnika rechocząc radośnie i wzbudzając spore zainteresowanie, bo zauważyłam już wczoraj, że tutaj nikt nie śmieje się na głos.
Rany, jak pięknie… Cluj jest wielkim miastem, w którym nagle pośrodku blokowiska wyrastają domeczki, wokół których biegają koguty i bose dzieciaki. Na ślicznej starówce obok siebie jaśnieją świątynie kilku religii, co chwilę z innej strony dzwony, śpiewy, formuły, każdy po swojemu znak krzyża. Muzyka z knajp, przytulne kąty, przestrzeń i monumentalność. Wszystko jest wielkie, wysokie, szerokie i przestronne. I bezpieczne.
Patrzę w kąt pokoju i nie chce mi się wierzyć, że ta sterta betów musi się ponownie znaleźć w mojej walizce. Co za barłóg, niemożliwe… Jutro rano – w drogę.
Z.

Brak komentarzy: