środa, 8 sierpnia 2012

Sibiu. zaczepki


Sibiu to wspaniała saska perełka (nie mylić z pierdołą saską). Historia Sybina sięga XIII wieku i to w miasteczku widać: wspaniały duży rynek o nieregularnej linii, do niego przyklejony równie uroczy, znacznie mniejszy plac, a od nich odchodzą uliczki, kamieniczki, bramy, podcienie i rozbrajające kamienne schodki. Poniżej rozłożyły się proste domki z dachami trzymającymi się już chyba tylko na słowo honoru. Wszędzie knajpki, kwiaty, małe parki i pałacyki. Do późnego wieczora szaleliśmy po starówce i gdzieś w okolicach murów obronnych, a place i knajpy powoli zapełniały się miejscowymi. To nieprawdopodobne, że w całkiem podobnych miasteczkach we Włoszech czy Francji przetaczają się dzikie tłumy turystów, ceny są z kosmosu, a na straganach rządzą jakieś kiczowate paskudztwa, a w takim Sibiu można snuć się między rozgrzanymi murami sprzed setek lat i przy okazji nie ocierać się o obwieszonych gadżetami turystów. Nie ma wycieczek, autokarów, przewodników. Jest miejsce, przestrzeń i czas. Ale i w nas dostrzeżono turystów, a raczej ich w nas usłyszano…
Zaczepił nas na zejściu do nowego miasta, gdzie szliśmy na poszukiwania teatru (skądinąd paskudnego). Skąd jesteście? Bo usłyszałem znajome słowo. Z Polski. A co to było za słowo? Droga. Zabrzmiało jak drag, więc uznałem, że na pewno czegoś szukacie i chciałem wam powiedzieć, jak to znaleźć. Padłam ze śmiechu. Andreas miał z 25 lat, pochodził z jakiejś wioski, mieszka w Sibiu, a angielski zawdzięcza studiom w Niemczech. Nie tylko zaprowadził nas pod teatr, ale też polecił dobre knajpy, wypytał nas o szczegóły podróży, a nawet opowiedział nam, jak to miał kiedyś dostawcę używek, ale był kiepski, bo kilka dni czekało się na zamówienie, które i tak czasami nie docierało, ale teraz już ma dobrego, na telefon, pół godziny i jest. Słuchałam tego wszystkiego z rosnącym zainteresowaniem i zdziwieniem, cała sytuacja wydała mi się wybitnie wakacyjna i pewnie poszlibyśmy razem do pubu, gdyby nie to, że nasz rumuński kolega właśnie szedł na randkę (choć najwyraźniej się nie spieszył, skoro kilkanaście minut spędził z nami). Pożegnaliśmy się czule, a Andreas w sekundzie zniknął w ciemniejącym mieście,
Zaczepiono nas też późnym wieczorem pod hotelem. Przyjechaliście z Polski samochodem? To daleko. Moja matka była kiedyś w Warszawie, w latach 80. A ja jestem z Kopenhagi. Facet w wieku naszych rodziców wypatrzył na parkingu nasze auto. W Sybinie siódmy raz. Powiedział, że kiedyś dojechał z Sybina do Danii w 22 godziny: gdy jego towarzyszkę podróży telefonicznie poinformowano, że w Afganistanie zginął jej mąż, wsiedli w samochód i po prostu wrócili, zatrzymując się tylko na tankowanie.
Dziś rano, gdy poszłam nas wykwaterować, gość z recepcji zapytał, czy wiemy jak wyjechać z miasta. Ja nie wiem – odpowiedziałam zgodnie z prawdą – ale on wie. Na pewno? Wolę się upewnić, że on wie – powiedział gość z recepcji i wypadł na dwór, gdzie wsadził głowę do auta i tłumaczył Brz., gdzie nie wolno w lewo, a gdzie policja, a gdzie coś tam innego…
Wspaniali są ci ludzie tutaj. Ja nie mam śmiałości ich zaczepiać, oni natomiast zachowują się tak, jakby wszyscy byli tu gospodarzami, jakby chcieli nas ugościć, ugłaskać i bezpiecznie puścić w dalszą drogę. No i ta cena za hotel, która nijak nie miała się do tego, co zobaczyliśmy w cenniku. Rozmówki polsko-rumuńskie zakopane gdzieś głęboko w walizce.
Z.

Brak komentarzy: