piątek, 17 sierpnia 2012

Sighishoara


Z naszym przyjacielem Maksymilianem z Busteni pożegnaliśmy się czule w kilku językach i mijając mój ulubiony znak: „koniec terenu zabudowanego, uwaga na niedźwiedzie” pokierowaliśmy się na północ, gdzie  czekała na nas Sighishoara, miejsce narodzin faceta, który nazywał się Vlad Dracul. Mieliśmy wynotowane kilka miejscówek, z czego pierwsza była położona w bajkowym miejscu z widokiem na starówkę, lecz jednocześnie była zamknięta na głucho, mroczna, chłodna i najzwyczajniej w świecie nieczynna. Booking.com powinien nas zatrudnić do wyszukiwania nieczynnych obiektów. Kawałek dalej weszliśmy do pensjonatu, który równie dobrze mógłby być jakąś galerią, kwiaciarnią albo sklepem z antykami. Każdy pokój inny, jakieś anioły na ścianach, kamyki, pełno wikliny, szkła, atłasów, jedwabiów i miękkich poduch – widać, że ktoś wsadził w to full serca. Bierzemy – zgodziliśmy się pospiesznie, na co właścicielka: w porządku, tutaj macie prysznic… i wtedy do nas dotarło, że w tej miękkiej, pluszowej sypialni w rogu stoi gigantyczna kabina, tak nowoczesna, że o naszej własnej w domu pomyślałam jak o eksponacie z muzeum techniki. Najdziwniejsze na świecie. Wrzuciliśmy nawet zdjęcie na fejsa, ale absolutnie nikt się nie śmieje, więc najwyraźniej tylko my widzimy w tym coś osobliwego.
Sighishoara jest zupełnie baśniowa, jakby ktoś w murach starej twierdzy uruchomił czasowstrzymywacz. Grube na kilka metrów mury wokół bram wjazdowych. Kolorowe kamieniczki, a wśród nich dom Vlada Drakuli. Za plecami wielka wieża zegarowa, na którą wdrapujemy się schodami trzeszczącymi tak głośno, że nie da się rozmawiać. Na dole kręte uliczki od baszty do baszty. Siadamy z jakimś młodym Japończykiem na schodach kościoła, gadamy o Rumunii i o Węgrzech, a on nagle po polsku: pięknie wyglądasz. Powiedział, że był kiedyś w Polsce na wolontariacie i że coś tam jeszcze pamięta… W kilka godzin starówkę można obejść parę razy i w każdą możliwą stronę. Sklepiki i galerie właściciele bezceremonialnie zamykają o 17 czy 18, zupełnie jakby później nie było komu tego wszystkiego pokazywać. Udało się nam znaleźć fajny kubek z wampirem, a od innych odróżnia go pieczątka na spodzie: napisali, że to fabryka porcelany Sighishoara, a nie jakieś made in China.
A teraz... hallo, Hajduszoboszlo! Który raz tu jesteśmy? Czwarty?
Zł.





Brak komentarzy: