środa, 15 sierpnia 2012

Sinaia. Brasov. Rasnov. Bran


Trzeci dzień w Sinaia. Nie chce się wyjeżdżać. Przewodnik szumnie nazywa to miejsce Perłą Karpat, w co moje cyniczne ja nie chciało wierzyć, ale uwierzyło już przy wjeździe do miasteczka. To przeuroczy, elegancki, górski kurort, w którym obok wielkich, mrocznych, trzeszczących drewnem hoteli przycupnęły karpackie chatynki ze strzelistymi wieżyczkami. Klimat Transylwanii, a to wciąż Muntenia.
Groteskowy numer z hotelem. Na bookingu wygrzebaliśmy kilka miejscówek zdatnych do spania, ale jedna podobała się nam szczególnie. Było nawet napisane, że mają ostatnią wolną dwójkę, więc udaliśmy się bezpośrednio tam, do Złotego Jelenia;). Rzecz w tym, że tenże wyglądał tak, jakby od roku absolutnie nikt do niego nie wchodził. Zamknięty na głucho, a przez okno widać było gruby jak kołdra kurz. Ze śmiechem weszliśmy do kolejnego na tej ulicy hotelu, gdzie właściciel Maksymilian mieszanką rumuńskiego i rosyjskiego (bo uczył się w podstawówce) za śmieszną kasę wynajął nam pokój w zupełnie pustym trzypiętrowym budynku. Od razu wyjechaliśmy starym wagonikiem na szczyt Cota na 2000 metrów, gdzie z każdej strony wyrastają kolejne wyciągi narciarskie. Wierzę, że mają wściekłe zimy, skoro w połowie sierpnia na górze jest 11 stopni… Do wagonika weszliśmy z marszu, zastanawiając się, dlaczego na Kasprowy zawsze jest kolejka, w której z nudów można zapuścić korzenie.
Od nas jest rzut beretem do Brasova i do Rasnova, co wykorzystaliśmy wczoraj. Brasov to kolejny saski skarb z kolorowymi kamieniczkami na rynku, z górską kolejką startującą niemal z samego średniowiecznego centrum (nie potrafię przejść obojętnie obok strzałki z napisem telegondola…), z wąskimi uliczkami i z tą jedną słodką najwęższą w Europie Strada Sforii… Kawałek dalej twierdza Rasnov rozsiadła się na szczycie wielkiej góry, a tam XIII-wieczne pozostałości krzyżackiej wyobraźni: domki, domeczki, placyki, podziemia, zapach starych murów i kurz pod nogami. Tu wreszcie widać turystów, nawet widzieliśmy jakiś polski autobus. Przypadkiem za znakami wpadamy na szlak prowadzący do jaskini. Jaskinia bajerancka, ale i tak wszystko zmiótł facet na parkingu, który dziękował nam ż chcieliśmy odwiedzić jego kraj, opowiadał o tym, jak żona mu płaci i mógł sobie kupić wielką toyotę i o tym, jak bardzo by chciał przyjechać zobaczyć Polskę. Na do widzenia i na zachętę dostał od nas pięciozłotówkę, którą obiecał wydać u nas jak przyjedzie. Długo machał nam na do widzenia.
Zamek Bran rozczarowuje. Nawet w Bukareszcie nie było tak gęsto od ludzi, ale może po prostu źle trafiliśmy: tutaj niektórzy biorą pod uwagę święto 15 sierpnia, choć nie wszyscy. Najwyraźniej ci, którzy zrobili sobie wolne, postanowili spędzić ten dzień na zamku w Branie, na zamku, który sprzedaje się jako zamek Drakuli, choć sam Wład Palownik prawdopodobnie nigdy go nawet nie odwiedził. Wnętrza mało przytulne, mało mroczne, mało królewskie i mało historyczne, co dziwi, bo zaczynająca się w XIV wieku historia zamczyska jest zupełnie niesamowita… Cała jego magia zamknięta jest w tym, co na zewnątrz: kilka wież i nierówne okienka faktycznie robią wrażenie, pewnie im ciemniej, tym większe. W środku broni się tylko miły dziedziniec, zupełnie jak w jakimś pałacyku, a nie w zamczysku. Uciekamy przez bazar z kiczem o tylko trochę mniejszej powierzchni niż targ w Będzinie.
Nie zawodzą za to wnętrza pałacu Peles w Sinaia. Takiego eklektycznego bogactwa nie widzieliśmy chyba nawet w Pałacu Ludów w Bukareszcie. Mimo że codziennie przetacza się tam tysiąc czy dwa tysiące ludzi, to nasza grupa z angielskim przewodnikiem-dredziarzem liczyła zaledwie kilka osób. Cisza, spokój, porządek i neorenesansowe i neogotyckie duchy architektów sprzed 150 lat. Poza tym jeśli zastanawiacie się, w którym europejskim muzeum trzeba jeszcze zakładać te takie wielkie płaskie ślizgające się laciory, to właśnie w castelul Peles. I ważne info: na euro26 dają 75% zniżki, co ma znaczenie przy biletach za 70 zeta od osoby… W Branie nikt o euro26 nie słyszał, pfff…
z.







Brak komentarzy: