czwartek, 9 sierpnia 2012

trasa transfogarska


Zobacz, jaka trasa… - jęknął Brzydal i zastawił mi całe pole widzenia laptopem, na którym widniały zdjęcia jakiejś ekstremalnie pokręconej drogi. – Szosa Transfogarska. W Rumunii, przez Karpaty. Na wysokości 2,5 tysiąca metrów. Chłopaki ze Złombola tam byli… - dodał z nostalgią, która już wtedy trochę mnie zaniepokoiła, bo nostalgia sama w sobie jest u Brzydala zjawiskiem rzadkim i zawsze zwiastuje jakieś dziwne decyzje. Złombol polega na tym, że kilkunastu zapaleńców kupuje auta a’la PRL za max 1000 zł i nawet bez remontów jedzie gdzieś w odległą trasę. Jadą polonezy, maluchy, nyski, żuki, trabanty i łady. Nad wszystkim świeci jakiś szczytny cel, ale szczegółów niestety nie znam. Brzydal nie musiał nic mówić, od razu wiedziałam, że marzy mu się pojechać dwusuwem na koniec świata, mnie natomiast wizja spędzenia wakacji na poboczu, podwiązując urwany tłumik albo zbierając po drodze pogubione części sprzęgła w ogóle się nie uśmiechała. Pogratulowałam sobie wtedy, że mamy zabukowaną Turcję i że nie musimy kupować nyski.
W tym roku temat wrócił, sama nie wiem jak. Znów gdzieś te zdjęcia i może byśmy skoczyli tam na kilka dni, jakoś tak inaczej… Szczerze mówiąc to zawirowania tego roku w ogóle postawiły pod znakiem zapytania tegoroczne wakacje w jakiejkolwiek formie, więc gdy Brz. wykazał chęć wyjechania gdziekolwiek, pozostało mi podjąć temat i wypisać kartę urlopową. Kupiliśmy mapę i przewodnik, żeby zyskać choć blade pojęcie, w którą stronę jechać. Nasza wiedza o Rumunii zamykała się w Oradei. No to po drodze w góry jeszcze ze dwa miejsca. A później to żal nie zobaczyć Bukaresztu. A jak będziecie w Bukareszcie – przekonywał nas kiedyś w Bielsku AP – to musicie jechać do Konstancy, tam jest autostrada. No i później delta Dunaju. Ktoś inny dodał: Brasov! Bran! Sigisoara! I tak się ta trasa rozrastała, układając się powoli w pętlę wypchaną miejscami, w których najzwyczajniej w świecie chcieliśmy być. Czyli wszystko przez trasę transfogarską!
Byliśmy tam wczoraj. Trasa przejezdna jest tylko latem i tylko za dnia. Zakaz wjazdu od 21 do 7 rano. Łącznie ok. 80 km, z czego z 30 naprawdę szalonych kilometrów… Wije się tak, jakby ktoś niedbale rzucił wstążkę. Dookoła wściekle wysokie góry. Mapa mówi, że mają od 2100 do 2500 metrów. Zatrzymujemy się co kawałek żeby zrobić kilka zdjęć. Ilekroć wychodzę z auta, kręci mi się w głowie, strach podchodzić do krawędzi, oczywiście zabezpieczenia takie jakby ich nie było. Na szczycie 13 stopni. Szybki spacer do jeziora, które jest czymś na kształt tutejszego Morskiego Oka. Kręci się trochę ludzi, nawet sporo Polaków, w większości motocyklistów. Niektórzy mają kamery na kaskach, przymocowane taśmą izolacyjną.
Poniżej jakieś budy, gary, stoiska z kapciochami i owczymi skórami, dokładnie jak w Zakopcu. Gdzieś na ruszcie zaintrygowały nas zawinięte w srebrną folię kule wielkości pomarańczy. Nieważne, co to jest, ważne, że musimy to obadać… Po odwinięciu okazało się, że żółta kula jest z mamałygi, a do niej napchano ostrego twarogu. I to wszystko bach, na tego grilla. Smak do zapamiętania, dokładnie tak samo jak widok z góry. I jak te dzikie konie, które pasły się przy drodze.
Z.

Brak komentarzy: