czwartek, 20 września 2012

Coldplay

Wstawaj, piąta. Za 24 godziny chciałabym być z powrotem w domu. Uda się? Musi. Spotykamy się z K. W autobusie nastrój trochę jak na wycieczce szkolnej. Pilotem jest rozczochrany rockman w glanach. W sennych jeszcze Katowicach przypadkiem wpadam na kumpla, z którym od lat chodzę na wszystkie małe, zadymione koncerty. Jedzie tym samym autobusem.

W Warszawie przez chwilę nie mam pojęcia, gdzie jestem. A tu kilka godzin i full planów, żal tracić czas. Rozbrat, autobus, Krucza, spacer, tramwaj, Marszałkowska, winda na trzydzieste piętro. Zawsze lubiłam Warszawę i zawsze lubiłam ten widok. K. robi milion zdjęć. Wystawiam nos za kraty i gapię się na stadion. Jeszcze kilka godzin.

Napęczniałe od wody chmury powoli zaczynają puszczać. Parkiem Saskim na Krakowskie Przedmieście. Starówką na rynek i na barbakan. Takie szybkie stołeczne must-see. Autobusem na Powiśle. Kawka w Kafce. Spider-Mama! Spotkanie, gadanie, wspominanie... I pytanie-klucz: jak się poznaliście? Lawina opowieści bez chronologii. Pełno ludzi, milion książek, deszcz walił za oknem, a z głośników leniwie sączyła się płyta Generała Stilwella. I książka z dedykacjami, których nikomu nie pokażę. Pada? Wszystko jedno... Nie wychodźmy, jest tak ciepło i miękko…

Wieczorem jednak przełamujemy rosnące zagrożenie leniowe. Z drogi nie pamiętam nic poza mostem Poniatowskiego. Im bliżej stadionu, tym bardziej zaczyna mnie nosić. Pierwsze bramki, drugie, trzecie, a ja mam ochotę wbiec na płytę, wtopić się w tłum i dać się przygnieść lawiną dźwięku. Golden Circle mnie rozwaliło. Naprawdę nie wiem, co miałybyśmy robić tam od 16, od otwarcia bram, jeśli przyszłyśmy na 20 i zajęłyśmy cudne miejscówki tak blisko sceny, że w sumie nie musiałyśmy patrzeć na telebimy, bo chłopaków po prostu było widać. Euforia.

Koncert bajkowy. Światła, światełka, fajerwerki, balony, gigantyczne piłki, wielkie confetti, motylki, serduszka, koniczynki, podświetlane dmuchańce. Trzy sceny, genialna akustyka, mnóstwo fantastycznych piosenek, świetne reakcje i wśród publiczności, i w zespole. I ten przetaczający się przez trybuny i płytę huk złożony z wrzasków, pisków i oklasków, wibrujący beton pod nogami i słowa wydobywające się jednocześnie z kilkudziesięciu tysięcy gardeł… To wszystko absolutnie zwala z nóg i sprawia, że w organizmie zaczynają krążyć hormony szczęścia w cząsteczkach wielkości tenisowych piłek. Zupełnie genialnym pomysłem są dla mnie hylobands, czyli materiałowe opaski w różnych kolorach, które są sterowane radiowo (!!!) i zaczynają świecić albo pulsować w rytm muzyki dzięki wszytym płaskim ledom. O ile jedna taka opaska szału nie robi, tak przysięgam, że jak jednocześnie rozbłysło 50 tysięcy sztuk, to stadion mało nie odleciał. Efekt jest niewyobrażalny, zobaczcie widok z sektorów! I świadomość, że jest się tego integralną częścią – gdy teraz na youtube oglądam filmy nagrane z góry, to mam pewność, że gdzieś tam na dole na żółto świecimy obok siebie ja i K. i oczy się nam szklą z nadmiaru emocji.

A emocji było naprawdę ekstremalnie wiele. Raz że muzyka była obłędna, Coldplay na żywo brzmią wspaniale i to wielka przyjemność obserwować z bliska ich zaangażowanie, a dwa, że cała plastyczna oprawa koncertu sprawiła, że całość zostaje w głowie jako coś malowniczego, magicznego i baśniowego. Żółte balony na "Yellow". I love the balloons!!! - powiedział Chris. Maksymalnie energetyczne i urywające tyłek "Viva la vida" i "Every teardrop is a waterfall". Oczywiście zagrali mojego wyczekanego „The scientist”, ale najwyraźniej na „Fix you” podświadomie czekałam dużo, dużo bardziej, bo właśnie na „Fix you” uryczałam się ekstremalnie i niespodziewanie. Płakałam więc jak bóbr, wzbudzając pewne zainteresowanie wśród koncertowych sąsiadów, ale czułam, że jest najpiękniej na świecie i byłam szczęśliwa jak dziecko. Całe szczęście, że w teatrze nigdy nie płaczę aż tak;).

Nocny powrót do domu. O 4.30 wysiadam na trasie, bo mam bliżej. Kumpel śpi, nie ma się jak pożegnać. K. w pokoncertowym szoku nie była w stanie gadać. Zresztą ja też nie bardzo wiedziałam, co mogłabym powiedzieć. W aucie Brz. w radiu właśnie grali „Princess of China”. Pomyślałam, że to wszystko było jakieś takie niemożliwe. Nierealne. To się naprawdę stało? Po 24 godzinach rozsypuje mi się to wszystko na kawałki i znów coś łapie za gardło.

Jeden z najpiękniejszych dni w życiu. Nie mam wątpliwości.

Złośnica

Brak komentarzy: