poniedziałek, 17 września 2012

jedna piosenka

Znów nagrałam płytę, na której piosenki nie mają ze sobą nic wspólnego. Pewien fan i znawca muzyki zapalczywie tłumaczył mi kiedyś, że słuchanie jednej piosenki z całej płyty jest zupełnie pozbawione sensu, bo przecież wszystkie utwory na krążku układają się w jakąś mniej lub bardziej przemyślaną historię. I że skoro nie czytam jednego rozdziału książki tylko wszystkie i w dodatku po kolei, to nie ma powodu, by mordować całą płytę wycinaniem jej fragmentu i jeszcze rozpływać się, jakie to piękne… Na nic był ten wykład, naprawdę. Mnie spójna całość nie interesuje, a jeśli już, to na krótko. Zawsze coś wypchnie się na pierwszy plan, całą resztę redukując do mniej lub bardziej potrzebnego tła. Z książkami zazwyczaj jest tak samo. Po to pożeram całość, żeby wyciągnąć z tej przestrzeni między okładkami cenne drobiazgi, obrazy i fragmenty, którym chcę pozwolić funkcjonować osobno. Zaznaczam i myślę: „zostań”. Bardziej prośba niż komenda.

I te płyty, piosenki, artyści, o których zazwyczaj i tak nie bardzo mam z kim pogadać. Dziesiątki czy setki zupełnie genialnych piosenek poznanych co do nuty, zawsze pod ręką, a sami muzycy – nigdy na wyciągnięcie ręki. I zostaje mi po nich zawsze jedna piosenka. Taka, dla której chciałoby się iść na koncert, tylko dla tej jednej. I to się zdarzało jak byłam młodsza, zdrowsza i niepoważnie spontaniczna.
Tak jak kilka godzin zamarzałam pod Spodkiem, żeby przy samych barierkach uryczeć się ze szczęścia przez Good riddance” Green Day. Pamiętam też sine pręgi, które mi od tych barierek przykryły żebra na kolejny tydzień.
No i ten dziwny 40-godzinny czas bez snu, by pod sceną wydzierać się „When you were young” z The Killers. Na scenie jakaś świecąca palma. I Brandon w spodniach tak wąskich, że chyba zakładał je łyżką do butów.
I koncert Robbiego Williamsa, na który poszłam obłędne po "Mr Bojangles"...
I te kilka (-naście?) koncertów Delons i pobocznych projektów, by znów usłyszeć hipnotyzującego „Fana Elvisa”. Ja wiem, że to nie stadion ani nie wielki festiwal, tylko małe, zadymione kluby i wciąż te same twarze, ale zazwyczaj nie przesypiałam nocy przed koncertami, ani tym bardziej po koncertach.
Teraz szykuje się wyniszczający energetycznie wyjazd, żeby na Stadionie Narodowym dać się przeszyć najsmutniejszym na świecie dźwiękom „The scientist”. Bo w ogóle nie wyobrażam sobie, że Coldplay mogą tego nie zagrać.
Zawsze jedna… Z łatwością potrafię wyobrazić sobie mój absolutnie wymarzony koncert. Graliby tam wszyscy moi ukochani artyści, rozczochrani wieczni chłopcy, wrażliwcy z gitarami, buntownicy w przydeptanych dżinsach, songwriterzy, sceniczne zwierzaki i zawstydzeni oklaskami wariaci. A każdy z nich grałby dla mnie tylko jedną piosenkę. Death Cab For Cutie wyszliby z „Title and registration”. Po nich Idlewild z „American English”, Gogol Bordello z „Wonderlust King”, Nohavica z „Raketami”, Lali Puna zagraliby „40days”, a Delons oczywiście wspomnianego już „Fana Elvisa”. I jeszcze „I hope Idon’t fall in love in you”, „Pokoiki na Hożej” i Конь. I parę jeszcze… choć powinnam napisać, że paru jeszcze, bo tak wyszło, że babskich składów na moim koncercie ze snów nie przewidziałam.
Niebawem przekonam się, czy nie jestem już za stara na taki spontan w imię muzyki. Ale jestem dobrej myśli. Jak byłam na universita' we Włoszech, to poza językiem nauczyłam się tam jednej pożytecznej rzeczy. Kiedy ktoś proponuje coś niezwyczajnego, np. spacer w środku nocy, odwiedzanie dziwnych miejscówek albo taniec na balkonie, to zamiast pytać "po co?", "dlaczego?" "perche?", Włosi zazwyczaj robią pewną siebie minę i pytają: "perche no?" Bo niby dlaczego nie?
Zł.

Brak komentarzy: