środa, 5 września 2012

próba

- Czemu masz mąkę na policzku? – zaciekawił się Brzydal, gdy wrócił do domu i zastał mnie w kuchni, kiedy akurat mieszałam jakąś miksturę drewnianą łychą, rzewnie śpiewałam „Poznajmy się”, a irokez kołysał się do taktu.

- Co robisz? – ogarnął wzrokiem kuchnię, która przypominała pobojowisko po tajfunie, co nie robiło na mnie żadnego, ale to żadnego wrażenia.
- Piekę muffinki dla mojego ukochanego… - odparłam rozanielona.
- O, super – ucieszył się Brz., bo muffinki nieustannie leżą w kręgu jego zainteresowań.
- …dla mojego ukochanego zespołu. – uściśliłam zgodnie z prawdą. – Jutro próba.

Uwielbiam próby. Zawsze je uwielbiałam, bo sprawiały mi zazwyczaj jeszcze większą radość niż koncerty. Bo na koncert mógł iść każdy, a na próbę wręcz przeciwnie. Jesteś szóstym członkiem zespołu – usłyszałam kiedyś i pamiętam, jak dzwoniło mi to w uszach tygodniami. Innym razem, gdy bałam się, że nieugięta ochrona Spodka nie wpuści mnie bez przepustki na backstage, to chłopcy uznali, że jeśli mnie nie wpuszczą, to oni w sumie też nie muszą wchodzić i grać. Wpuścili.

Wczorajsza próba trwała 3 godziny, z czego połowę tego czasu spędziliśmy na cudownym, luźnym gadaniu o bzdurach na ławce za domem, z kawą w wyblakłym kubku z U2, w otoczeniu smużek papierosowego dymu i muffinkowych okruszków. Mieliśmy zaległości. Widać, że cieszą się jak nastolatki z tego, czego udało się im ostatnio dokonać. Uwielbiam tę ich swobodę, którą zachowują mimo mojej dość absorbującej babskiej obecności. I ten ich szorstki humor facetów po przejściach, z których wyparowuje cała codzienność gdy tylko powietrze przetną pierwsze znajome dźwięki.

Zagramy ci co chcesz – po tej deklaracji mogłam do woli rzucać tytułami, od których jestem uzależniona i w samotności słuchać, jak mój absolutnie ulubiony zespół w chłodnym zagraconym domu na końcu świata gra je tylko i wyłącznie dla mnie. A ilekroć ktoś się mylił, od razu wywiązywała się dyskusja, kto jest temu winny i dlaczego ja. Albo debaty o tym, dlaczego najlepiej gra się bez publiczności. I pomysły, by już do końca życia grać wyłącznie dla pustych sal. Po jakiejś nieczystej nucie usłyszałam tłumaczenie: na ostatniej próbie graliśmy lepiej, naprawdę… ale byłam tak zajęta umieraniem z radości, że nawet nie zastanawiałam się, czy powinnam w ogóle odpowiadać. Było pięknie. Wyjątkowo i niebanalnie. Bo oni są inni, jak z obcej planety, nigdzie nie pasują, niczego i nikogo nie przypominają. Nawet nie próbują.

Zagramy ci dwie nowe piosenki. Albo nie, trzy. Ale ta trzecia nie ma jeszcze tekstu. Nie szkodzi? Dobra, tę bez tekstu też ci zagramy...

I ta płyta, na którą zespół czekał jakieś 25 lat. Ja czekałam znacznie krócej, bo kilka lat, co nie znaczy, że mniej intensywnie. Ale gdzie mi tam do ich emocji… Gitarzysta dopiero wczoraj zobaczył płytkę na żywo (przyszły w piątek). Patrzył na nią w ciszy i oglądał z każdej strony, a ja nie mogłam oderwać wzroku widząc jak z emocji trzęsą mu się ręce. 

Gdy wsiadłam do samochodu, do odtwarzacza wrzuciłam tę nową płytkę. Przecież jeszcze jej nie słyszałam. Nie żartuj, że będziesz tego teraz słuchać! – zdziwił się. W tym momencie popłynęło kilka pierwszych nut, zamknęłam drzwi i wróciłam do domu, ale z trasy nie pamiętam nic.

Móc być na takiej próbie to czuć, że jest się kimś zaufanym, kimś, przed kim można się po prostu pomylić, z kim można w przerwie poleżeć na trawie, pozaczepiać się, powspominać i wyśmiać to, z czego człowiek w samotności nie śmieje się nigdy. Być na próbie to przez chwilę mieć świadomość, że jest się kimś ważniejszym niż reszta świata. Że jest się kimś, kogo warto czasem potraktować wyjątkowo. 

Złośnica

Brak komentarzy: