środa, 12 września 2012

sezon

Sezon się zaczyna.


Sezon na książki. Z targów książki co prawda wyniosłam o połowę mniej niż w zeszłym roku (kryzys, panie…), co wcale nie znaczy, że było lekko. Czytam „Sklep przy głównej ulicy” („Obchod na korze”) Ladislava Grosmana. Każdej strony boję się bardziej, każda kolejna wciąga intensywniej.

Sezon na kasztany. Nie potrafię przejść spokojnie obok nawet jednego chłodnego, błyszczącego cudeńka, a siedząc w biurze odruchowo nasłuchuję dźwięku uderzających o ziemię łupin. Jeszcze kilka dni i zaczniemy zrywać je bezpośrednio z gałęzi, z naszego balkonu na III piętrze, bezceremonialnie sięgając po nie najzwyczajniejszą parasolką.

Sezon na tak zwane dynamiczne zmiany pogody. Gdy dziś z przyjacielem zaszywałam się w pewnej przytulnej kawiarnianej piwnicy, z nieba waliło upalnym słońcem. Po dwóch godzinach w drzwiach zatrzymała nas ściana wody. Ale co tam, ciepły letni deszcz… Wyszliśmy. Po kilkunastu krokach, przemoczeni niemal w stu procentach, zataczaliśmy się ze śmiechu i nie wierzyliśmy, że jakieś brednie o ciepłym deszczu w ogóle mogły mi przyjść do głowy. Później nadmiar wody ze skóry ściągałam za pomocą gąbki do samochodu...

Sezon na przyjaciół. Chce się wychodzić, chce się gadać, słuchać, zaczepiać, podpuszczać. 

Sezon na ciepłe gesty, po których można zanurzyć nos w miękką różę rozmiaru piłki do tenisa. 

Sezon na służbowe urwanie łba. Dzieje się piekielnie dużo, atmosfera z różnych przyczyn bardzo trudna i przyszłość mocno niejasna, ale jakby wbrew wszystkiemu pracuje mi się po prostu dobrze.

Sezon na teatr. Nie tylko ja czekam, aż to wszystko się znów zacznie. Wiem o tym, czytałam we własnej skrzynce pocztowej. Przyszło już nawet zaproszenie na pierwszą premierę w sezonie, ale póki co zwlekam z odpowiedzią.

Sezon na koncerty. Całkiem małe i naprawdę wielkie. O tym napiszę niebawem…

Zł.

Brak komentarzy: