niedziela, 28 października 2012

piszą o nas!

Piszą o nas! O rany! Zawstydzona naciągam kaptur na łeb i znikam w zaspie śniegu (tylko czerwone glany wystają...). Krępuje mnie to i obezwładnia. Litości, moi drodzy Reżyserzy, Dyrektorzy i Artyści!
A pisze o nas Legnicka Gazeta Teatralna. I na fejsie gdzieś hulamy. Jak nigdy.
Dobrze przynajmniej, że Jackowi Głombowi powiedziałam dzień dobry przed wejściem do Kopalni Sztuki i nie wyszłam na soronia;). Swoją drogą to też niepoważne, stresować się dwoma słowami tylko dlatego, że się kogoś / o kimś czyta i wydaje się, że kogoś się choć troszeczkę zna, a to przecież bzdura, nieprawda i farmazony.
Ehh... Już kiedyś dostałam do własnej skrzynki mailowej newsletter o Mistrzu i Małgorzacie z Bielska z fragmentem naszego bloga i mało mnie wtedy nie wywieźli, ale teraz Legnica to przebiła, naprawdę.
Tymczasem Brzydal spokojny jak nigdy. To znaczy jak zawsze.
Złośnica

sobota, 27 października 2012

w trasie

Niedziela. Teatr. Zabrze. Ratajczak.

Ok, przyznaję, nie spodziewałam się, że Zabrze jest na końcu świata. Wprawdzie byłam tam wcześniej, ale jak się jedzie z kimś i cały czas o czymś się gada, to tej odległości tak się nie czuje. Sosnowiec Katowice Chorzów Świętochłowice Ruda Śląska Zabrze. Zestresowana całą tą dziwną sytuacją z festiwalem. Przez chwilę myślę, że trzeba się było puknąć w łeb, a nie… Ale monodram „I będą święta” bardzo w porządku. Chciałam to zobaczyć po „Tak wiele przeszliśmy…” i po „Królach dowcipu”. Dobrym ekipom trzeba być wiernym. Wracam późno. Zabrze Ruda Śląska Świętochłowice Chorzów Katowice Sosnowiec. Padam bez życia.

Wtorek. Teatr. Zabrze. Liber.

Musiałam zobaczyć Libera, po tym jak zmiotły mnie jego „III Furie”. Sosnowiec Katowice Chorzów Świętochłowice Ruda Śląska Zabrze. „Trash story” wydaje mi się bardziej zwarte, spójne i konsekwentne. Siedziałam te dwie i pół godziny, raz po raz zbierając szczękę z podłogi i łapiąc się za głowę z myślą „łaaaaaa…” Po pierwszych pięciu minutach sama sobie gratulowałam, że zrobiłam wszystko, by tam być i móc to oglądać. Coś wspaniałego. Uciekam w trakcie oklasków. Wracam późno. Zabrze Ruda Śląska Świętochłowice Chorzów Katowice Sosnowiec. Padam bez życia.

Czwartek. Teatr. Zabrze. Głomb.

Chciałam, zawsze chciałam, od kiedy czytam jego bloga. Sosnowiec Katowice Chorzów Świętochłowice Ruda Śląska Zabrze. Zgubiłam się oczywiście. Nawigację bierzesz? Ee, coś ty. Widziałam na mapie gdzie to jest. Taaaa. Przejechałam. Tubylcy wskazali mi drogę do Kopalni Sztuki. Sceneria jak z horroru. „Orkiestra” przefajna, ze wspaniałym Rafałem Cieluchem, do którego od czasów Apolla i koronki do serca zeusowego mam niepohamowaną słabość. Żal odpuszczać takie spektakle, żal ich nie znać. Wracam późno. Zabrze Ruda Śląska Świętochłowice Chorzów Katowice Sosnowiec. Padam bez życia.

Piątek. Teatr. Bielsko. Talarczyk.

Zestresowana co najmniej tak, jakbym sama miała wystąpić jako Konstancja. Wciągnęłam nogi na obrotowe krzesło za biurkiem i zupełnie szczerze poinformowałam Koleżankę z Biura, że ja już nie chcę. Że mnie to przestało cieszyć. Że się boję, że coś mi się posypie. Oczywiście nie uwierzyła, a ja naprawdę byłam pewna, że nie chcę. Odstresowałam się trochę rozmową z kierowcą i próbami naprawy mikrofonu. Katowice Tychy Pszczyna Czechowice Bielsko. Na czas. Wszystko ok. Jak mogłam nie chcieć? „Amadeus” mnie zmiął jak kartkę papieru. Ponad trzy godziny mijają jak pstryknięcie. Gapię się na scenę i nie wierzę, że aż tyle mogło mi umknąć na premierze. To kolejny dowód na to, że nie powinnam oglądać premier. I że wszystko powinnam oglądać minimum dwa razy. Absolutnie najwspanialszy na świecie Witold Mazurkiewicz. Nie da się oderwać oczu. Genialny spektakl. Genialny. Piękny standing. Wracamy ze śniegiem. Bielsko Czechowice Pszczyna Tychy Katowice. Padam bez życia.

Złośnica

czwartek, 18 października 2012

Dumny Bądźżeś

Kilka dni temu było tak:
Dziś jest tak:

Bo ja sobie w ogóle nie wyobrażam, że mogłabym przeczytać genialną książkę i nie mieć jej na własność. W całej książce wielkim wykrzyknikiem zaznaczyłam tylko jeden fragment:
Ale i tak było fajnie, jak ten Mikołaj straszliwie pachniał, trochę jak teatr,
ale przede wszystkim takim świętym, rozbójnickim zapachem.
No przecież umarłam... Coś wspaniałego. Najlepsze jest to, że ja znam ten zapach.
Zł.

niedziela, 14 października 2012

ciastek

Ok, przyznaję, nieznośna byłam od rana. Ale Konkubent i Współlokator, zwany potocznie Brzydalem, wcale nie był lepszy. Odreagowaliśmy dopiero teraz, wspólnie walcząc z Ciastkiem. Efekty poniżej.

Idealna Pani Domu i Materiał Na Żonę? Brednie! Brzydal nawet na sekundę nie wypuścił foremki z rąk. Pozwolił mi co najwyżej robić kolorowe guziczki. I oczywiście babrać się z ciastem;).
Na jednym ze zdjęć widać, że przepis miałam zapisany na repertuarze, który wyniosłam wczoraj z Korezu, bo pieczenie naszło nas poza domem, a to było jedyna rzecz w mojej torebce, na jakiej mogłam coś zapisać ("Mamuś, podaj mi proszę ten taki przepis, no wiesz który..."). Wcześniej wytargałam kawał tej ulotki, bo zadzwoniła chora przyjaciółka z prośbą o zakupy i na tym repertuarze musiałam zapisać jej listę. No i później ten przepis. Kto by pomyślał, jak wielofunkcyjne mogą być drukowane materiały promocyjne...
Myślami w pierony daleko.
Poniedziałku, uważaj! Nadciągam!
Z.

sobota, 13 października 2012

po

Nie chce się wierzyć, że się to wszystko udało i że nie było ofiar w ludziach. Choć chyba było blisko. W czwartek co prawda miałam siedzieć w biurze do nocy, ale ostatecznie wieczorem zostałam wykopana do domu i nawet własna szefowa zastanawiała się, czy mnie przypadkiem nie odwieźć. Wczoraj już nawet o tym nie myślałam: wysoce stężona adrenalina skutecznie usztywniła mnie na kilkanaście godzin, a gigantyczne zmęczenie spadło na mnie dopiero po zamknięciu drzwi mieszkania. Ale było dobrze. I sms od szefowej: „wymiatałaś”. Wbrew pozorom, doznałam tam w tym wielgachnym, obcym gmachu wielu pozytywnych emocji i znów wydaje mi się, że naprawdę warto. Nie wiem tylko, czy teraz próbować troszkę odpocząć w pracy, czy może od razu lecieć pędem na L4. Cholera.

W ramach stosowania metod pseudomedycyny niekonwencjonalnej, udałam się z koleżanką na cudne pogaduchy i na moją najukochańszą ze wszystkich „Kometę”, na którą od lat chodzę z niezmiennym entuzjazmem, którą uwielbiam i pożeram w całości, przez którą się wzruszam i nie mogę spać. I od razu wszystko jakoś tak lepiej, po prostu. Mnie to powinni zapisywać na receptę, najlepiej z refundacją.

Czyli jest już po dwóch gigantycznych uroczystościach, na które czekało się z rosnącym niepokojem, z wpadaniem w bagno niewiary we własne umiejętności i trudną do zniwelowania chęcią zaszycia się w jakiejś norze na końcu świata. I po spektaklu moim ulubionym. „Po” jest straszne, bo robi się pusto. Ze zmęczenia padam nosem na klawiaturę, a muszę sobie czym prędzej znaleźć coś nowego, na co warto będzie czekać. Jakieś propozycje?

Złośnica

wtorek, 9 października 2012

realne zagrożenie

Mój organizm zaczął dawać mi do zrozumienia, że przeginam, a robi to w sposób subtelny i delikatny jak radziecka łódź podwodna: od kilkunastu godzin stwarzam realne zagrożenie. Jestem nieprzytomna ze zmęczenia.

Poranek był straszny. Na początek zaatakowała mnie zamarznięta szyba w samochodzie, więc wykorzystując przewagę umysłową w kontrataku zastosowałam odmrażacz. Ten z kolei szybę odmroził, owszem, ale wziął się na sposób i zafarbował mi dłonie na niebiesko. Później rozważałam wizualny efekt połączenia jasnego płaszczyka z niebieskimi plamami o nieregularnym kształcie. 
Następnie zrobiłam coś zupełnie najgorszego, czyli wyjeżdżając z osiedla przywaliłam lusterkiem w jakiś słupek czy szlaban, sama nie wiem o co. Żeby była jasność: jest tam tak szeroko, że przejechałabym tam tirem albo rosomakiem. Oczywiście nic się nie stało, ani śladu nie ma, ale przy składaniu lusterko wydało tak głośny huk, że najpierw krzyknęłam ze strachu, a po sekundzie umarłam ze śmiechu i z żałości nad swoją głupotą. 
Później wymusiłam pierwszeństwo. I przeleciałam raz na czerwonym. To znaczy na takim bardzo, bardzo późnym żółtym. Na Roździeniu ze trzy razy mało nie wpakowałam się komuś w tyłek, bo czas reakcji rozciągnął mi się nieprzyzwoicie i czułam się jak w grze komputerowej. 
W pracy świat mi się kręcił przed oczami, nie zgadzały się litery na klawiaturze, ale służbowy autopilot mi się włączył i tylko dlatego nie budziłam żadnych podejrzeń. Tylko jak kierownik zaprzyjaźnionego biura zapytał, co słychać, to zamiast odpowiedzieć wybuchłam bardzo głośnym śmiechem i wytoczyłam się z pokoju.
Później też cudnie. Pod sklepem chciałam wyjechać z miejsca parkingowego, ale kierownicą się prawie nie dało kręcić. Męczę się i męczę i dopiero po chwili dotarło do mnie, że mam wyłączony silnik. Pod blokiem czekał facet z gazowni, a jak zapytał, pod którym numerem mieszkam, to powiedziałam 9, choć pod 9 nie mieszkam na pewno. W domu rzuciłam się do apteczki po tabletkę, ale mi zleciała na podłogę i się zdematerializowała. Jedyne, co miał mi do powiedzenia aparat do mierzenia ciśnienia, to wielkie error.
Aktualnie siedzę w rogu łóżka i się nie ruszam, bo się boję, że jak się ruszę, to coś się spieprzy.
Dałam Brzydalowi zgodę na zaaplikowanie mi kopa w dupę, jeśli o 22 nie będę na płask w łóżku bez kompa na kolanach, bez notatek, świstków, książek i komórki.
Zł.

sobota, 6 października 2012

komentator

- Jestem znanym i nielubianym komentatorem życia teatralnego! - donośnym głosem wypalił szczerze Brzydal, gdy po dzisiejszej premierze pospiesznym krokiem opuszczaliśmy budynek teatru w Mieście na Zet. Ja sama byłam w ciężkim szoku, co takiego stało się na tej scenie, co zmusiło 90% widowni do podniesienia odwłoków i klaskania z radością, której nie rozumiałam. Co się stało i czy możliwe, że mi to gdzieś umknęło?
- Żałuję, że nie było przerwy - dowalił ze śmiechem Brz. - bo może bylibyśmy wcześniej w domu. - powiedział to pewnie dlatego, że przed spektaklem opowiadałam mu, jak pewien znany dramaturg podprowadzał mnie kiedyś pod Teatr Śląski, gdzie miałam obejrzeć czterogodzinnego "Hamleta" i zastanawialiśmy się wspólnie, czy tam wysiedzę, czy nie ma szans. A ów dramaturg wspominał dawne czasy, gdy pisał w recenzjach, że niestety nie wie, co było w II akcie, bo w przerwie opuścił budynek teatru. Przerwy nie było, a nawet gdyby była, to zmusiłabym tego szydercę, by siedział cicho i nie marudził. Muszę to przemyśleć. Choć Brz. twierdzi, że nie ma czego, bo to według niego - uwaga - najgorsza sztuka sezonu. Odważnie, zważywszy na to, że to dla niego pierwsza w tym sezonie, a więcej póki co się nie zapowiada: chyba przestanę go ze sobą zabierać, bo w drodze powrotnej rozpętaliśmy taką dyskusję, że groziło to jeśli nie karambolem na A4, to rozwodem na pewno.
Mam bardzo poważne wątpliwości, o co kaman i po co. Mam też deadline i pustkę w głowie.
Brz. zaproponował, że napisze to za mnie.
Hmmm...
Z.

czwartek, 4 października 2012

Bazyl

Obsesyjnie chcę mieć kota, choć wiem, że w naszej obecnej sytuacji to głupie, bez sensu, gówniarski kaprys. Nie zmienia to faktu, że próbuję znaleźć jakieś rozwiązanie, żeby kot jednak był i żeby kotu nie działa się krzywda. Ba, ja od lat mam już wymyślone imię dla tego kota. Na pewno będzie to Bazyl. Bazylian Bazyleiro.
Próbowałam dziś namówić Mamę na współpracę.
- Mamuś, jak będę jechać do pracy, to będę ci Bazyla przywozić, a po pracy będę go odbierać.
- Bazyla to ty masz na głowie - odparła Mama. Hmm. Może i racja.

Zł.

PS
- Herbatę ci zrobić? - zagaił Brz.
- Zrób. Jest gdzieś tam taka z tyłu...
- A już miałem nadzieję, że choć raz zechcesz tę od frontu - odrzekł Brz. tłukąc się pudełkami, z głową gdzieś w głębi szafki. Wreszcie triumfalnym gestem wyciągnął pudełko i zapytał:
- Ta ma być? Truskawka i borubar?
Chodziło o rabarbar...

środa, 3 października 2012

źródło energii

Te ostatnie dni to takie energetyczne wampiry. Za cel stawiają sobie wyssać wszystkie oznaki zdrowego rozsądku i żywotności, by porzucić gdzieś w ciemnościach, gdy już będzie po wszystkim. Ale tym razem stawiałam się i buntowałam jak mogłam. Niektóre wampiry udało mi się ugłaskać, a inne przepłoszyć – jak nie irokezem, to głośnym śmiechem.

W weekend zdołałam naładować wszystkie swoje podstawowe akumulatory, a nastrój trzymał mi się tak cudowny, że najwyraźniej nabiłam też do pełna wszystkie emocjonalne baterie zapasowe. Nie dość, że w sobotę niezwykle skutecznie udawałam Idealną Panią Domu i Materiał Na Żonę, to jeszcze w niedzielę całkiem niespodziewanie wylądowałam w pierwszym rzędzie (aaaaahahahahahaaa) chorzowskiej Małej Sceny. Jak pomyślę, że w sumie przez moje rozkojarzenie, brak poczucia czasu i galopującą sklerozę mogłoby mnie to ominąć… brrr.
Dość szybko przypomniałam sobie, że nigdzie nie czuję się tak dobrze jak na widowni. Obśmiałam się jak fretka, zupełnie nie przejmując się tym, że oglądam „Intercity” czwarty raz (zaręczam, że konsekwentne powroty nijak nie ujmują tej sztuce uroku). Wieczór był zupełnie genialny, po prostu. I gdyby nie to, że później w głowie kłębiły mi się kolory, słowa i obrazki, to na pewno nie dałabym rady przez kolejne dwa dni pracować po 14 czy 16 godzin. A jednak się udało. Najwyraźniej to źródło energii wciąż jest dla mnie dostępne. Skuteczniejszego nie znam. Przez kilka godzin najszczęśliwsza na świecie.
Jako skutek uboczny ekstremalnie wzmożonej pracy, znów pojawiły się wątpliwości. Bujam się między dwoma skrajnymi biegunami, z czego przy tym pierwszym myślę „rany, jakie to wszystko piękne, mądre i cudowne”, a przy drugim „rany, czy to wszystko musi być tak potwornie pozbawione sensu?” Ten drugi staram się zagłuszać bardzo głośną muzyką w samochodzie. I'd never let you drown...
Przyszły tydzień zapowiada się jeszcze upiorniej, więc profilaktycznie w najbliższą sobotę potwierdziłam premierę w Zabrzu, a w kolejną wybieram się na mój absolutnie ukochany spektakl. Sama siebie biorę na przeczekanie.
Ale cudownie jest znów poczuć, że ponad tak zwanymi sprawami ważnymi, są jeszcze rzeczy ważniejsze, dużo ważniejsze i mega ważniejsze. Że trzeba, że warto, absolutnie koniecznie.
Zł.