wtorek, 9 października 2012

realne zagrożenie

Mój organizm zaczął dawać mi do zrozumienia, że przeginam, a robi to w sposób subtelny i delikatny jak radziecka łódź podwodna: od kilkunastu godzin stwarzam realne zagrożenie. Jestem nieprzytomna ze zmęczenia.

Poranek był straszny. Na początek zaatakowała mnie zamarznięta szyba w samochodzie, więc wykorzystując przewagę umysłową w kontrataku zastosowałam odmrażacz. Ten z kolei szybę odmroził, owszem, ale wziął się na sposób i zafarbował mi dłonie na niebiesko. Później rozważałam wizualny efekt połączenia jasnego płaszczyka z niebieskimi plamami o nieregularnym kształcie. 
Następnie zrobiłam coś zupełnie najgorszego, czyli wyjeżdżając z osiedla przywaliłam lusterkiem w jakiś słupek czy szlaban, sama nie wiem o co. Żeby była jasność: jest tam tak szeroko, że przejechałabym tam tirem albo rosomakiem. Oczywiście nic się nie stało, ani śladu nie ma, ale przy składaniu lusterko wydało tak głośny huk, że najpierw krzyknęłam ze strachu, a po sekundzie umarłam ze śmiechu i z żałości nad swoją głupotą. 
Później wymusiłam pierwszeństwo. I przeleciałam raz na czerwonym. To znaczy na takim bardzo, bardzo późnym żółtym. Na Roździeniu ze trzy razy mało nie wpakowałam się komuś w tyłek, bo czas reakcji rozciągnął mi się nieprzyzwoicie i czułam się jak w grze komputerowej. 
W pracy świat mi się kręcił przed oczami, nie zgadzały się litery na klawiaturze, ale służbowy autopilot mi się włączył i tylko dlatego nie budziłam żadnych podejrzeń. Tylko jak kierownik zaprzyjaźnionego biura zapytał, co słychać, to zamiast odpowiedzieć wybuchłam bardzo głośnym śmiechem i wytoczyłam się z pokoju.
Później też cudnie. Pod sklepem chciałam wyjechać z miejsca parkingowego, ale kierownicą się prawie nie dało kręcić. Męczę się i męczę i dopiero po chwili dotarło do mnie, że mam wyłączony silnik. Pod blokiem czekał facet z gazowni, a jak zapytał, pod którym numerem mieszkam, to powiedziałam 9, choć pod 9 nie mieszkam na pewno. W domu rzuciłam się do apteczki po tabletkę, ale mi zleciała na podłogę i się zdematerializowała. Jedyne, co miał mi do powiedzenia aparat do mierzenia ciśnienia, to wielkie error.
Aktualnie siedzę w rogu łóżka i się nie ruszam, bo się boję, że jak się ruszę, to coś się spieprzy.
Dałam Brzydalowi zgodę na zaaplikowanie mi kopa w dupę, jeśli o 22 nie będę na płask w łóżku bez kompa na kolanach, bez notatek, świstków, książek i komórki.
Zł.

Brak komentarzy: