środa, 3 października 2012

źródło energii

Te ostatnie dni to takie energetyczne wampiry. Za cel stawiają sobie wyssać wszystkie oznaki zdrowego rozsądku i żywotności, by porzucić gdzieś w ciemnościach, gdy już będzie po wszystkim. Ale tym razem stawiałam się i buntowałam jak mogłam. Niektóre wampiry udało mi się ugłaskać, a inne przepłoszyć – jak nie irokezem, to głośnym śmiechem.

W weekend zdołałam naładować wszystkie swoje podstawowe akumulatory, a nastrój trzymał mi się tak cudowny, że najwyraźniej nabiłam też do pełna wszystkie emocjonalne baterie zapasowe. Nie dość, że w sobotę niezwykle skutecznie udawałam Idealną Panią Domu i Materiał Na Żonę, to jeszcze w niedzielę całkiem niespodziewanie wylądowałam w pierwszym rzędzie (aaaaahahahahahaaa) chorzowskiej Małej Sceny. Jak pomyślę, że w sumie przez moje rozkojarzenie, brak poczucia czasu i galopującą sklerozę mogłoby mnie to ominąć… brrr.
Dość szybko przypomniałam sobie, że nigdzie nie czuję się tak dobrze jak na widowni. Obśmiałam się jak fretka, zupełnie nie przejmując się tym, że oglądam „Intercity” czwarty raz (zaręczam, że konsekwentne powroty nijak nie ujmują tej sztuce uroku). Wieczór był zupełnie genialny, po prostu. I gdyby nie to, że później w głowie kłębiły mi się kolory, słowa i obrazki, to na pewno nie dałabym rady przez kolejne dwa dni pracować po 14 czy 16 godzin. A jednak się udało. Najwyraźniej to źródło energii wciąż jest dla mnie dostępne. Skuteczniejszego nie znam. Przez kilka godzin najszczęśliwsza na świecie.
Jako skutek uboczny ekstremalnie wzmożonej pracy, znów pojawiły się wątpliwości. Bujam się między dwoma skrajnymi biegunami, z czego przy tym pierwszym myślę „rany, jakie to wszystko piękne, mądre i cudowne”, a przy drugim „rany, czy to wszystko musi być tak potwornie pozbawione sensu?” Ten drugi staram się zagłuszać bardzo głośną muzyką w samochodzie. I'd never let you drown...
Przyszły tydzień zapowiada się jeszcze upiorniej, więc profilaktycznie w najbliższą sobotę potwierdziłam premierę w Zabrzu, a w kolejną wybieram się na mój absolutnie ukochany spektakl. Sama siebie biorę na przeczekanie.
Ale cudownie jest znów poczuć, że ponad tak zwanymi sprawami ważnymi, są jeszcze rzeczy ważniejsze, dużo ważniejsze i mega ważniejsze. Że trzeba, że warto, absolutnie koniecznie.
Zł.

Brak komentarzy: