sobota, 24 listopada 2012

stół

Dobrze jest momentalnie zasnąć. Pstryk i znikam. To bardziej cecha czy umiejętność? Wczoraj tak było, nie pamiętam nawet, czy zdążyłam się przykryć zanim odpłynęłam w senne historie, za które mi teraz nawet trochę wstyd, bo je niestety pamiętam.

Kilka dni temu:

- Zgaś światło i już o niczym nie myśl – z dobrymi intencjami poradził Brzydal, kiedy czułam się tak, jakby mi w głowie zaczęły szaleć Nazgule.
- Właśnie w tym problem, że jak zgaszę światło i ty zaśniesz, to ja dopiero zacznę myśleć.

Całe szczęście, że zupełnie poważnie trzymamy się żelaznej zasady wprowadzonej jeszcze w sierpniu, że w tym mieszkaniu po godzinie 20 nie rozmawia się o pracy. Godne to i sprawiedliwe, słuszne i zbawienne. Coś się strasznie miota za kratami żeber, ale w sumie bez sensu obwiniać za to tylko i wyłącznie pracę.

A wczoraj bach! i ciemność. To zasługa tygodnia obfitującego w dudniące w głowie znaki zapytania, w czekaniu na cudze decyzje, w łapanie się za głowę i próby wyhodowania porządnego pancerza, dzięki któremu mogłabym spojrzeć na to wszystko jeśli nie z góry, to chociaż z boku, z jakiegoś bezpiecznego oddalenia.

Ta wczorajsza nagła ciemność miała też związek z absolutnym granicznym wykończeniem fizycznym, efektami zmian dawek leków ze znośnych na niewyobrażalne i też miała związek z czarującą imprezą, która się tu wczoraj odbyła. I to chyba najjaśniejszy punkt ostatnich dni. Dobrze jest czasem wyśmiać to, z czego się człowiek na co dzień nie śmieje, dobrze jest też któryś z kolei raz słuchać tych samych historii, które niezmiennie powodują śmiech, nieważne, że wie się dokładnie, co było dalej. A udawanie Idealnego Materiału na Żonę idzie mi tak dobrze, że niedługo sama w to uwierzę. I pewnie wtedy stanę się nieznośna jak wszystkie moje koleżanki, które już w to uwierzyły.

W ramach udawania starego dobrego małżeństwa:

1. Doczekaliśmy się pięknego, ogromnego stołu, który nęcił nas miesiącami, a teraz stoi u nas i czeka na wieloosobowe imprezy. Chociaż i tak najlepiej było kiedy siedliśmy przy nim we dwoje, na jego dwóch końcach, mając między sobą ponad 2 metry i wyglądaliśmy jak hrabiostwo, oczywiście dopóki nie umarliśmy ze śmiechu.

2. Obecność wielkiego stołu sprawiła, że nagle zaczęła nam doskwierać pustka na ścianie, którą kiedyś Brzydal własnoręcznie wybudował na moją prośbę, niwelując tym samym efekty niespecjalnej wyobraźni przestrzennej pana architekta. Co powiesimy? Milion pomysłów, ale wszystko fuj. A ja nad brzoskwiniowym drinkiem doznałam olśnienia, że tu powinny wisieć afisze z moich absolutnie ulubionych spektakli, bo: a) zawsze tego chciałam, b) te plakaty są piękne, c) mam je w pracy w szafie, d) kojarzą mi się z ekstremalnie pozytywnymi emocjami, e) są wielkie i we trzy będą idealnie pasować na wielką ścianę. Brzydal nieoczekiwanie zgodził się od razu (umarłam z zaskoczenia), przyznał, że są piękne i wyjątkowe i że sztuki też były super, więc on się zgadza, ale on chce te plakaty z autografami (umarłam z zaskoczenia po raz drugi). Kupiliśmy antyramy, udało się nam ich nie potłuc, plakaty wiszą (póki co bez podpisów...), wyglądają obłędnie, fikłam z radości. Oczywiście plakat z „Mistrza” zmiata wszystko. Tak jak sam „Mistrz” wszystko zmiata.

3. Zaplanowaliśmy Sylwestra i mimo początkowego spadku nastroju i braku wiary w cokolwiek, zaczynam się tym cieszyć. Kiedy powiedziałam mojej Babci, gdzie się wybieramy, bardzo się ucieszyła. Kiedy to samo powiedziałam mojej chrzestnej, to się rozpłakała. Będzie inaczej i jestem ciekawa, jak sama będę tam reagować na to co zobaczę.

Złośnica


PS. Ha!

środa, 14 listopada 2012

kurier

Piątek na widowni w Gliwicach. Daj spokój – myślę sobie gdy gasną światła. – Przecież już to widziałaś, babo nadwrażliwa. Rok, rok. Cholera. Wiele umiejętności posiadłam w ciągu ostatnich kilku lat, a i wydarzenia ostatnich miesięcy powinny mnie choć trochę uodpornić na czynniki zewnętrzne, ale nic z tego. Siedzę tam wbita w fotel i zastanawiam się, czy ktoś tam jeszcze tak jak ja reaguje za bardzo. Nie jestem przekonana, że wierzę Jagodzie, ale w te piosenki wierzę. I w kilka tych fałszywych wrażeń.

Wtorek na sali kinowej, przed oczami Coldplay. Eksplozja emocji i barw, zbliżenia i drobne gesty, których tam, na Stadionie Narodowym, nie mogłam zobaczyć. Mądry wybór piosenek. Piękny montaż obrazów z miejsc, do których obcy nie mają wejścia. Dużo słów. Kilka poruszających linijek o nagłej ciszy i samotności, kiedy dudniący 30 tysiącami gardeł stadion w ciągu kilkunastu minut zamienia się na pusty, anonimowy hotelowy pokój. I ta muzyka, która co kawałek wybucha fontanną kolorów, wciąga autentycznością i zachwyca warsztatową wirtuozerią. Dobrze było to zobaczyć. Teraz już w sumie nie muszę kupować DVD z „Mylo Xyloto”.

Wczoraj do pracy do Brzydala przyjechał kurier. Wspominałam mu dzień wcześniej, że zamówiłam książki, więc się nawet nie zdziwił. Zdziwił się dopiero wtedy, gdy kurier zakasał rękawy i zaczął wyładowywać na chodnik jakieś wielkie pudła. Wtedy Brzydal zdębiał, bo dotarło do niego, że nie sprecyzowałam, ile będzie tych książek… Na szczęście okazało się, że to kurierowi pomyliły się adresy, a moja paczka ma normalne gabaryty.

Ladislav Bublik „Kręgosłup”. Wyd. ’66. Ktoś na tytułowej napisał maleńkie numer 1726. Na tylnej okładce fioletowa pieczęć „wygrana loteryjna”. I jeszcze jakieś inicjały, Z wielkie i powykręcane na tej tytułowej i powtórzone maleńkie na 34 stronie.

Frantisek Kafka „Okrutne lata”. Wydanie oprawione w zielone płótno. Rok ’66. W środku pieczątka: H. Bierowski.

Jan Balaban „Wakacje. Możliwe że odchodzimy”. Mimo że książka ma dopiero rok, ktoś czymś ostrym przeorał środek okładki.

Michal Hvorecky „W misji idealnej czystości”. Świat jest mały. Wczoraj Koleżanka od Teatru powiedziała mi, że kupiła książkę o Coldplay, a mnie przypomniało się, że przecież napisał ją Marcin Babko. Dziś biorę do rąk tego Hvoreckiego, a tam info, że ze słowackiego tłumaczył… Macin Babko. Książka sprawia wrażenie wcześniej ani razu nie otwartej.

Taki mam zestaw, żeby do końca roku nie dać się przygnieść pracą, badaniami i brakiem teatralnych planów.

Poza tym zmiany, zmiany… Obok mnie leży służbowy telefon. Nigdy go nie chciałam i całe dwa lata mi się to udawało. A teraz jest. Nagle. Nie mój, ale mój do odwołania. Ale jak zaczęłam przeglądać książkę telefoniczną, to mi z wrażenia spadł na biurko. Chociaż chyba właściwie to ze strachu.

No i blokada na pisanie trwa. Rozgrzebałam to co miałam pisać i straciłam motywację. A może mnie po prostu przerosło. To obecnie nietrudne.

Złośnica

czwartek, 8 listopada 2012

chlebki


Brzydal to wszystko zaczął. Podejrzewam, że znalazł sobie tak wciągające zajęcie, bo nie mógł już wytrzymać ze mną i z moim kompletnie zwichrowanym nastrojem. Któregoś wieczoru zadeklarował, że będzie piekł chleb. Przytaknęłam tylko i miałam nadzieję, że do rana zapomni, bo już wyobrażałam sobie, że kiedy Brzydal zacznie szaleć w kuchni, to ta zamieni się w przysypane mąką gruzowisko, a po chleb i tak będziemy musieli lecieć do społemu. Później plułam sobie w brodę, ale po kolei...
Następnego wieczoru przytargał do domu wielki słój, zaczął ważyć i mieszać jakieś składniki, a uzyskaną miksturę o podejrzanej konsystencji w tym słoju ustawił na kaloryferze w salonie. Od tego dnia przez tydzień co wieczór brał worek z mąką i łyżkę i oświadczał uroczyście, że idzie dokarmić francę. Szedł, dodawał i mieszał (wzniecając białe tumany), a franca rosła. Po tygodniu zaczął szaleć, podrzucać i formować i wyszły z tego dwa śliczne bochenki (a ja pękałam z dumy, choć moja rola ograniczyła się do gapienia się w piekarnik). 




Po spektakularnym sukcesie piekarniczym Brzydala siadło mi na ambicję, że to przecież ja jestem Idealną Panią Domu i Materiałem Na Żonę, więc zabrałam się za inny przepis, by się wykazać i trochę nadmuchać swoje ego (i zająć czymś myśli na jakiś czas, co wydawało mi się niewykonalne). Jako że przepis brał pod uwagę wypiek bez foremki, chętnie na to przystałam. Gdybym wiedziała, że bestia zacznie rosnąć w każdą stronę, tylko nie w górę, pewnie podjęłabym racjonalniejszą decyzję. Efektem mojej niewiedzy stał się wielki i płaski bochen, dziwnie kojarzący mi się z jakimś wiejskim jarmarkiem gdzieś na boisku szkolnym w Cykarzewie czy Nowej Brzeźnicy. W smaku był super, ale materiałem na kanapkę okazał się kiepskim… Brzydal nic nie powiedział, tylko mnie cmoknął w czoło.



Ale dzisiaj rozwinęłam się o całe lata świetlne i wyczarowałam coś tak pięknego, że teraz patrzę dość zadowolona na szafkę, a Brzydal co chwilę wpada tu cichaczem, by kawałek wciągnąć i powiedzieć, że super, że och, ach i że taki jest bardzo ze mnie dumny.


Jak znam siebie, przez najbliższy miesiąc - zachęcona dzikim sukcesem - będę produkować chlebki w ilościach odpowiadających rocznemu zapotrzebowaniu wygłodniałych żołnierzy albo górników.

Zmieniając temat, coraz częściej myślę z ulgą o końcu roku. Po tych ostatnich zawirowaniach mimo wszystko siedzi we mnie jakaś irracjonalna nadzieja, że z końcem roku łatwiej będzie mi pewne sprawy pozamykać, od niektórych spróbować się uwolnić, zacząć coś na czysto. To pewnie bez sensu i takie gadanie nie ma wielkiej szansy na realizację w rzeczywistości, a mimo wszystko przynosi jakąś namiastkę spokoju, którego teraz tak potwornie potrzebuję. Czasem przeraża mnie to kim się stałam, jak reaguję i jak mnie odbierają.
Całe szczęście, że jutro z Koleżanką Od Teatru jedziemy razem na spektakl, na który czaiłyśmy się z dwa miesiące i do którego jak piętnastolatki odliczałyśmy sobie dni, a czasem nawet i godziny. Tym razem postaram się nie przeryczeć połowy i nie szeleścić chusteczkami jak jakaś stara ciotka na Modzie na sukces.
Ten weekend musi być lepszy. A w poniedziałek carting. 16 minut. Burżujstwo;).
Złośnica

sobota, 3 listopada 2012

śniadanie mistrzów

- Przyjdziesz do mnie? – wydusiłam wymuszonym tonem wszystko-w-porządku wprost do słuchawki. Zagrzebana po szyję w kołdrę, termofor, najsmętniejszą muzykę i własne myśli, poczochrana jak nieboskie stworzenie, wyglądałam bardziej jak critters niż jak najlepsza przyjaciółka. Dochodziło południe, a mnie znów się czas zatrzymał, jak na złość nie wtedy, kiedy bym chciała.

- Coś się stało? – zapytała od razu, bo 8 lat znajomości zobowiązuje do nie dawania się nabrać na słabe udawanie tonu wszystko-w-porządku.
- Nic – odparłam krótko, bo cisnące się na usta wielokrotnie złożone zdanie ugrzęzło mi w gardle i zawzięcie puchło, a przed oczami jak w jednorękim bandycie zaczęły mi latać obrazki, znaki zapytania, twarze i liczby.
- Ty przyjdź. Pigwę kroję – wizja wygramolenia się z sypialnianego barłogu nie była łatwa, ale jednocześnie dawała nadzieję, że przez kilka godzin będę myśleć o czymś innym, w dodatku w doborowym towarzystwie, które przez lata było świadkiem największych moich kryzysów.

Za godzinę byłam już na miejscu i dzielnie kroiłam pigwę, której było nieprzyzwoicie dużo, co dało nam mnóstwo czasu na wspominki dotyczące miliona wspólnych wyjazdów, znajomych (w tym chłopów do złudzenia przypominających Tarzana, a także nieprzyzwoitych nudziarzy, którzy nawet nie potrafili jeździć na łyżwach), nieprawdopodobnych głupot (ja się do tego gołębia w skrzynce na listy nie przyznaję) i niepoważnych fascynacji (z planami rozbijania szczęśliwych rodzin włącznie).

Gdy wychodziłam, najwyraźniej wciąż nie wyglądałam kwitnąco jak Pani Wiosna, bo powiedziała:
- Przyjdę jutro do ciebie. Na śniadanie.
Jak powiedziała, tak zrobiła. Pojawiła się dziś u mnie do południa z siatką zakupów, w której znalazłam obezwładniający zestaw: kulkę mozarelli, 4 zielone cebulki i 4 grejpfruty (bo myślała, że to pomarańcze). Rozwalił mnie ten skład i od razu zaczęłam się zastanawiać, co inni moi kochani znajomi i przyjaciele przynieśliby do mnie na śniadanie i jak to o nich świadczy.

Całe szczęście, że nie byłam cały czas sama, bo nie jestem w stanie ani czytać, ani pisać, telewizja wzbudza we mnie jeszcze większą niż na co dzień agresję, muzyki nie potrafię dopasować, planować przestałam, a marzenia wrzuciłam do nieczynnego kopalnianego szybu (tego zza okna).

Czerwone glany nie pomagają. Ani czubek na czubku głowy. Teatr w piątek. Muszę zrobić tak, żeby pomógł.
Zł.