czwartek, 8 listopada 2012

chlebki


Brzydal to wszystko zaczął. Podejrzewam, że znalazł sobie tak wciągające zajęcie, bo nie mógł już wytrzymać ze mną i z moim kompletnie zwichrowanym nastrojem. Któregoś wieczoru zadeklarował, że będzie piekł chleb. Przytaknęłam tylko i miałam nadzieję, że do rana zapomni, bo już wyobrażałam sobie, że kiedy Brzydal zacznie szaleć w kuchni, to ta zamieni się w przysypane mąką gruzowisko, a po chleb i tak będziemy musieli lecieć do społemu. Później plułam sobie w brodę, ale po kolei...
Następnego wieczoru przytargał do domu wielki słój, zaczął ważyć i mieszać jakieś składniki, a uzyskaną miksturę o podejrzanej konsystencji w tym słoju ustawił na kaloryferze w salonie. Od tego dnia przez tydzień co wieczór brał worek z mąką i łyżkę i oświadczał uroczyście, że idzie dokarmić francę. Szedł, dodawał i mieszał (wzniecając białe tumany), a franca rosła. Po tygodniu zaczął szaleć, podrzucać i formować i wyszły z tego dwa śliczne bochenki (a ja pękałam z dumy, choć moja rola ograniczyła się do gapienia się w piekarnik). 




Po spektakularnym sukcesie piekarniczym Brzydala siadło mi na ambicję, że to przecież ja jestem Idealną Panią Domu i Materiałem Na Żonę, więc zabrałam się za inny przepis, by się wykazać i trochę nadmuchać swoje ego (i zająć czymś myśli na jakiś czas, co wydawało mi się niewykonalne). Jako że przepis brał pod uwagę wypiek bez foremki, chętnie na to przystałam. Gdybym wiedziała, że bestia zacznie rosnąć w każdą stronę, tylko nie w górę, pewnie podjęłabym racjonalniejszą decyzję. Efektem mojej niewiedzy stał się wielki i płaski bochen, dziwnie kojarzący mi się z jakimś wiejskim jarmarkiem gdzieś na boisku szkolnym w Cykarzewie czy Nowej Brzeźnicy. W smaku był super, ale materiałem na kanapkę okazał się kiepskim… Brzydal nic nie powiedział, tylko mnie cmoknął w czoło.



Ale dzisiaj rozwinęłam się o całe lata świetlne i wyczarowałam coś tak pięknego, że teraz patrzę dość zadowolona na szafkę, a Brzydal co chwilę wpada tu cichaczem, by kawałek wciągnąć i powiedzieć, że super, że och, ach i że taki jest bardzo ze mnie dumny.


Jak znam siebie, przez najbliższy miesiąc - zachęcona dzikim sukcesem - będę produkować chlebki w ilościach odpowiadających rocznemu zapotrzebowaniu wygłodniałych żołnierzy albo górników.

Zmieniając temat, coraz częściej myślę z ulgą o końcu roku. Po tych ostatnich zawirowaniach mimo wszystko siedzi we mnie jakaś irracjonalna nadzieja, że z końcem roku łatwiej będzie mi pewne sprawy pozamykać, od niektórych spróbować się uwolnić, zacząć coś na czysto. To pewnie bez sensu i takie gadanie nie ma wielkiej szansy na realizację w rzeczywistości, a mimo wszystko przynosi jakąś namiastkę spokoju, którego teraz tak potwornie potrzebuję. Czasem przeraża mnie to kim się stałam, jak reaguję i jak mnie odbierają.
Całe szczęście, że jutro z Koleżanką Od Teatru jedziemy razem na spektakl, na który czaiłyśmy się z dwa miesiące i do którego jak piętnastolatki odliczałyśmy sobie dni, a czasem nawet i godziny. Tym razem postaram się nie przeryczeć połowy i nie szeleścić chusteczkami jak jakaś stara ciotka na Modzie na sukces.
Ten weekend musi być lepszy. A w poniedziałek carting. 16 minut. Burżujstwo;).
Złośnica

1 komentarz:

spider-mama pisze...

Ładne te chleby (dziwnie wygląda to słowo w liczbie mnogiej). Chciałabym oj chciała coś z Wami upiec. Tymczasem kradnę listę książek i szukam, szukam. Dla Was, moi drodzy, http://youtu.be/l1UBz8wFk8E na te minuty, kiedy piec się rozgrzewa.