środa, 14 listopada 2012

kurier

Piątek na widowni w Gliwicach. Daj spokój – myślę sobie gdy gasną światła. – Przecież już to widziałaś, babo nadwrażliwa. Rok, rok. Cholera. Wiele umiejętności posiadłam w ciągu ostatnich kilku lat, a i wydarzenia ostatnich miesięcy powinny mnie choć trochę uodpornić na czynniki zewnętrzne, ale nic z tego. Siedzę tam wbita w fotel i zastanawiam się, czy ktoś tam jeszcze tak jak ja reaguje za bardzo. Nie jestem przekonana, że wierzę Jagodzie, ale w te piosenki wierzę. I w kilka tych fałszywych wrażeń.

Wtorek na sali kinowej, przed oczami Coldplay. Eksplozja emocji i barw, zbliżenia i drobne gesty, których tam, na Stadionie Narodowym, nie mogłam zobaczyć. Mądry wybór piosenek. Piękny montaż obrazów z miejsc, do których obcy nie mają wejścia. Dużo słów. Kilka poruszających linijek o nagłej ciszy i samotności, kiedy dudniący 30 tysiącami gardeł stadion w ciągu kilkunastu minut zamienia się na pusty, anonimowy hotelowy pokój. I ta muzyka, która co kawałek wybucha fontanną kolorów, wciąga autentycznością i zachwyca warsztatową wirtuozerią. Dobrze było to zobaczyć. Teraz już w sumie nie muszę kupować DVD z „Mylo Xyloto”.

Wczoraj do pracy do Brzydala przyjechał kurier. Wspominałam mu dzień wcześniej, że zamówiłam książki, więc się nawet nie zdziwił. Zdziwił się dopiero wtedy, gdy kurier zakasał rękawy i zaczął wyładowywać na chodnik jakieś wielkie pudła. Wtedy Brzydal zdębiał, bo dotarło do niego, że nie sprecyzowałam, ile będzie tych książek… Na szczęście okazało się, że to kurierowi pomyliły się adresy, a moja paczka ma normalne gabaryty.

Ladislav Bublik „Kręgosłup”. Wyd. ’66. Ktoś na tytułowej napisał maleńkie numer 1726. Na tylnej okładce fioletowa pieczęć „wygrana loteryjna”. I jeszcze jakieś inicjały, Z wielkie i powykręcane na tej tytułowej i powtórzone maleńkie na 34 stronie.

Frantisek Kafka „Okrutne lata”. Wydanie oprawione w zielone płótno. Rok ’66. W środku pieczątka: H. Bierowski.

Jan Balaban „Wakacje. Możliwe że odchodzimy”. Mimo że książka ma dopiero rok, ktoś czymś ostrym przeorał środek okładki.

Michal Hvorecky „W misji idealnej czystości”. Świat jest mały. Wczoraj Koleżanka od Teatru powiedziała mi, że kupiła książkę o Coldplay, a mnie przypomniało się, że przecież napisał ją Marcin Babko. Dziś biorę do rąk tego Hvoreckiego, a tam info, że ze słowackiego tłumaczył… Macin Babko. Książka sprawia wrażenie wcześniej ani razu nie otwartej.

Taki mam zestaw, żeby do końca roku nie dać się przygnieść pracą, badaniami i brakiem teatralnych planów.

Poza tym zmiany, zmiany… Obok mnie leży służbowy telefon. Nigdy go nie chciałam i całe dwa lata mi się to udawało. A teraz jest. Nagle. Nie mój, ale mój do odwołania. Ale jak zaczęłam przeglądać książkę telefoniczną, to mi z wrażenia spadł na biurko. Chociaż chyba właściwie to ze strachu.

No i blokada na pisanie trwa. Rozgrzebałam to co miałam pisać i straciłam motywację. A może mnie po prostu przerosło. To obecnie nietrudne.

Złośnica

Brak komentarzy: