sobota, 3 listopada 2012

śniadanie mistrzów

- Przyjdziesz do mnie? – wydusiłam wymuszonym tonem wszystko-w-porządku wprost do słuchawki. Zagrzebana po szyję w kołdrę, termofor, najsmętniejszą muzykę i własne myśli, poczochrana jak nieboskie stworzenie, wyglądałam bardziej jak critters niż jak najlepsza przyjaciółka. Dochodziło południe, a mnie znów się czas zatrzymał, jak na złość nie wtedy, kiedy bym chciała.

- Coś się stało? – zapytała od razu, bo 8 lat znajomości zobowiązuje do nie dawania się nabrać na słabe udawanie tonu wszystko-w-porządku.
- Nic – odparłam krótko, bo cisnące się na usta wielokrotnie złożone zdanie ugrzęzło mi w gardle i zawzięcie puchło, a przed oczami jak w jednorękim bandycie zaczęły mi latać obrazki, znaki zapytania, twarze i liczby.
- Ty przyjdź. Pigwę kroję – wizja wygramolenia się z sypialnianego barłogu nie była łatwa, ale jednocześnie dawała nadzieję, że przez kilka godzin będę myśleć o czymś innym, w dodatku w doborowym towarzystwie, które przez lata było świadkiem największych moich kryzysów.

Za godzinę byłam już na miejscu i dzielnie kroiłam pigwę, której było nieprzyzwoicie dużo, co dało nam mnóstwo czasu na wspominki dotyczące miliona wspólnych wyjazdów, znajomych (w tym chłopów do złudzenia przypominających Tarzana, a także nieprzyzwoitych nudziarzy, którzy nawet nie potrafili jeździć na łyżwach), nieprawdopodobnych głupot (ja się do tego gołębia w skrzynce na listy nie przyznaję) i niepoważnych fascynacji (z planami rozbijania szczęśliwych rodzin włącznie).

Gdy wychodziłam, najwyraźniej wciąż nie wyglądałam kwitnąco jak Pani Wiosna, bo powiedziała:
- Przyjdę jutro do ciebie. Na śniadanie.
Jak powiedziała, tak zrobiła. Pojawiła się dziś u mnie do południa z siatką zakupów, w której znalazłam obezwładniający zestaw: kulkę mozarelli, 4 zielone cebulki i 4 grejpfruty (bo myślała, że to pomarańcze). Rozwalił mnie ten skład i od razu zaczęłam się zastanawiać, co inni moi kochani znajomi i przyjaciele przynieśliby do mnie na śniadanie i jak to o nich świadczy.

Całe szczęście, że nie byłam cały czas sama, bo nie jestem w stanie ani czytać, ani pisać, telewizja wzbudza we mnie jeszcze większą niż na co dzień agresję, muzyki nie potrafię dopasować, planować przestałam, a marzenia wrzuciłam do nieczynnego kopalnianego szybu (tego zza okna).

Czerwone glany nie pomagają. Ani czubek na czubku głowy. Teatr w piątek. Muszę zrobić tak, żeby pomógł.
Zł.

Brak komentarzy: