niedziela, 30 grudnia 2012

śladami Babci N.

Mamy ten adres i nie zawahamy się tam pójść.
Uczulono mnie też na kilka innych ważnych miejsc do obejrzenia. Ta szkoła. Ten kościół. Ten ratusz. Ta linia tramwajowa.
Mamy ten adres, pod którym Babcia N. mieszkała przed wojną.
Jedziemy do Lwowa szukać, skąd wyrosły te moje równoległe do śląskich korzenie.
Zł.

sobota, 29 grudnia 2012

zapamiętaj


Odzyskałam w tym roku koleżankę, która na jakiś czas zniknęła z mojego życia. Ze swojego chyba też. I pewnego jesiennego popołudnia, gdy siedziałyśmy w obłędnej kawiarni na Żytniej (tam gdzie dają słynne korzenne ciacho z bezą), próbowała powiedzieć mi, czego się nauczyła przez ten rok życia tak naprawdę cudzym życiem, na swoje własne patrząc krytycznie z boku. Powiedziała, że niezłą metodą na walkę z durnotami codzienności jest zadanie sobie kilku prostych pytań i odpowiedź na nie: czy będę o czymś pamiętać za rok, czy będę o czymś pamiętać za 5 lat i czy to ma jakikolwiek realny wpływ na moją przyszłość? Oczywiście ze śmiechem dodałam do tego kilka kolejnych pytań, np. czy przyrodni syn ciotecznej babki ze strony ojca będzie pamiętać o tym za 36 tygodni? Ale teraz już myślę, że ma to jakiś sens. I to ja muszę zrobić wszystko, żeby zapamiętać to, o czym żal byłoby zapomnieć. I choć już od września złośliwie życzyłam AD 2012, by się skończył jak najszybciej, to teraz, kiedy mamy się pożegnać (raczej kopem w dupę niż buziakiem w policzek), chcę pamiętać kilka drobiazgów, kilka zdarzeń, dzięki którym byłam absolutnie najszczęśliwsza na świecie. Resztę jestem skłonna na stałe usunąć z pamięci w chwili, gdy dwunastka przeskoczy na trzynastkę.

Zabawa w dom. Prawie roczna już. Liczę tygodnie. Brzydal wraca w sobotę do domu po pracy, a ja mu się z uporem maniaka rzucam na szyję z informacją, ile tygodni minęło, a on z godną podziwu konsekwencją wali się otwartą dłonią w czoło i mamrocze, że to niemożliwe. Nieustanny powód do świętowania. Na szczęście wiele zmieniło się od czasu, gdy mieliśmy tu tylko pustą butelkę do mlekomatu, pół paczki makaronu, kostki knorra i puste szafy. http://www.brzydalizlosnica.blogspot.com/2012/01/zabawa-w-dom.html Przeprowadzka książek. Historia o złej pralce http://www.brzydalizlosnica.blogspot.com/2012/04/sweter-na-zom.html Parapetówki. Chyba z osiem ich było, aż zaczęłam marzyć o tym, by wreszcie być tu tylko we dwoje. Mam kabel, mam fazę i ziemia wychodzi z sufitu. http://www.brzydalizlosnica.blogspot.com/2012/05/ja-pobrusze.html No tak. I nasze plakaty! Zachwycam się nimi codziennie, dosłownie http://brzydalizlosnica.blogspot.com/2012/11/sto.html

Praca, praca. Spotkania, zmiany, rewolucje. Mrożek się do mnie uśmiechnął. Gadałam z Kilarem. Bałam się potwornie spotkania z A., a po wszystkim powstał blogowy list, gdy wszystko się udało http://www.brzydalizlosnica.blogspot.com/2012/01/list-do.html Służbowo i sporo dobrego, i mnóstwo złych emocji. Nie spodziewałam się tego, stąd moje rozczarowanie jest jeszcze większe. Ale wciąż wydaje mi się, że warto, że trzeba, że koniecznie. Że to jest moje miejsce. Tylko jak długo?

Działo się. Nauczyłam się twardych negocjacji i sępienia kasy na własne projekty. Przekonywałam do nich tak, że w pewnym momencie sama w to wszystko uwierzyłam. Umierałam ze strachu przed każdym kolejnym wyjazdem, choć naprawdę robiłam wszystko, by czuć się choć trochę pewniej. „Mistrz” raz http://www.brzydalizlosnica.blogspot.com/2012/02/miszcz-x4.html „Miłość w Konigshutte” dwa http://www.brzydalizlosnica.blogspot.com/2012/04/tap-kaszl.html „Amadeus” trzy http://www.brzydalizlosnica.blogspot.com/2012/10/w-trasie.html I ten plener, którego już nigdy nie zrobię, z różnych przyczyn http://www.brzydalizlosnica.blogspot.com/2012/05/plener.html Moja akcja, moja energia, moja bajka. Już po wszystkim. Za miesiąc tylko ja będę o tym pamiętać. Nie mam tendencji do przechodzenia do historii.

Czeski. Dużo czeskiego. Okazało się, że za dużo, niestety. Dowód na to, że nie zawsze to, czego chcę, wychodzi mi na dobre, jakkolwiek banalnie to brzmi. Okazało się, że nie da się pracować jak dzika, udawać Idealnej-Pani-Domu-i-Materiału-Na-Żonę, mieć jeszcze jakieś inne zainteresowania i znajomych i do tego porządnie uczyć się języka obcego. Nie da się. Po czeskim zostały mi słowa, zasady, konstrukcje i wciąż zbyt rosyjski akcent. I to rozumienie Nohavicy, którego wcześniej nie miałam, więc może klęska jednak nie jest na całej linii… Nie wiem, czy będzie do czego wracać. Trochę szkoda, bo kiedy się całymi latami ma pewność, że to o to chodziło, a nagle okazuje się, że jednak nie… Jak to Bukartyk śpiewa? Co z daleka wielkie, zwykle śmieszy z bliska?

Teatr mój najdroższy. I Brzydal, który w TŚ warczał, że więcej tam nie przyjdzie, że sztuka jest straszna i że aktorzy w ogóle nie grają i że on chce już tylko do Bielska jeździć http://brzydalizlosnica.blogspot.com/2012/02/uwaga-brzydal-kamie.html. Interpretacje tak intensywne, że nie wiem, jak udało mi się oszukać własny organizm i tego poważnie nie odchorować. Leningrad taki uroczy… I Apollo, który mi siedzi w głowie. Chcę to znów, chcę ten rytm, te nerwy i te postrzępione dni. I najcudowniejszy na świecie maj i Dni Województwa Śląskiego. Jednocześnie koszmarne dni w pracy. Bałam się, że jadąc tam wybuchnę ze złości, ale to mijało od razu za drzwiami teatru. Fragment próby podpatrzony na nielegalu gdzieś z drugiego balkonu. Najgenialniej. Kilka skradzionych chwil i słowa, których teraz brakuje mi tak strasznie. Nocne powroty i niczym niezmącona świadomość, że jednak umiem odróżnić ważne od nieważnego. Ekstremalne szczęście nie do powtórzenia.  http://www.brzydalizlosnica.blogspot.com/2012/05/o-wczoraj.html. Teatromania w Bytomiu. Rzeczywistość przedstawiona w Zabrzu. Cieplak, Strzępka, Ratajczak, Liber, Głąb. Jestem w raju. I nagle jest tak źle, że przestaję chodzić, oglądać i pisać. Przestaję reagować na pytanie, co się dzieje. Do teraz.
Cholonek w telewizji, rany! I ten szum z Konigshutte w roli głównej. I tak, klaskaliśmy na premierze, na stojąco. Nie, nikt nas nie namówił, nie przekupił ani nie zmusił, nikt też na nas nie gwizdał. Ile w ogóle było tych spektakli? Czterdzieści? Więcej? I Koszęcin na koniec sezonu, gdzieś na końcu świata. Nie wierzę, że wystarczył jeden telefon, żeby mnie tam wyciągnąć. I Amadeusz. Później przypadkiem jeden mały spektakl w Chorzowie i bardzo, bardzo ciepły wieczór. W głowie milion kolorów i nagle dużo siły na wszystko. Tak czułam.

Rumunia. Piękna, magiczna, bezpieczna, przyjazna i gościnna. http://www.brzydalizlosnica.blogspot.com/2012/08/droga-do-babadag.html Od tych dwutysięczników po morską sól drapiącą w gardło. Od Klużu po Konstancę. Dzikie konie, kopalnie złota, żółta mamałyga, puste pensjonaty, stare kasyno, minaret, telegondole, zamki, starówki, twierdze, ślady, zaułki, myśli. Deptanie po piętach Drakuli, i tego prawdziwego, i wszystkich wymyślonych. Wszyscy równie ważni. Przypadkowe rozmowy. Wystarczyło przysiąść na rozgrzanym krawężniku, zaraz dosiadał się ktoś z końca świata, żeby po prostu pogadać. Najlepiej. Wszystko dzięki Brzydalowi.

Płyta Generała Stilwella. Brzmi pięknie. Chłopaki z zespołu tacy zadowoleni, uśmiechnięci, nagle wyluzowani. Trochę grają, trochę gadają. A później odpoczywają na trawie i jest najnormalniej na świecie. I ja tam z nimi. http://brzydalizlosnica.blogspot.com/2012/09/proba.html
 
Ewert and the Two Dragons. Moje odkrycie roku. Płyta roku, piosenka roku, wokalista roku, klip roku. Inne niusy? Mela Koteluk. Marina and the Diamonds. Romantycy Lekkich Obyczajów. Nowa płyta Nohavicy.

Coldplay. W sumie przypadkiem. W życiu bym się nie spodziewała, że tam będę, że coś takiego zobaczę, że będę mogła uczestniczyć w czymś tak gigantycznym i w szczegółach dopracowanym. Piękne to było przeżycie wysysające energię z każdej komórki, coś, czym żyłam później przez miesiąc, a w sumie to wciąż mam ataki entuzjazmu, gdy puszczam to koncertowe dvd, które dostałam od Brata. http://www.brzydalizlosnica.blogspot.com/2012/09/coldplay.html
 
Jeśli uda mi się usunąć z głowy całą resztę, to zapamiętam 2012 całkiem sympatycznie, jako intensywny rok wybuchów emocji i szukania uspokojenia w mieszkaniu z widokiem na szyb. Dziesiątki godzin na teatralnej widowni. Mnóstwo tekstów. Parę odzyskanych znajomości, kilka straconych z większym czy mniejszym żalem. Kilka spontanów bez myślenia o konsekwencjach. Zawsze się opłacało. To bardzo ważne, że miałam gdzie wracać. Że Brz. zawsze czekał i że beze mnie odmawia spania. Że mogłam mu bardzo wiele powiedzieć, ale nie strzelał fochów, kiedy nie mówiłam zupełnie nic.

Czas się stąd urwać. 12 godzin. Tylko że wszystko w lekkiej rozsypce, a ja nadal w łóżku.

Złośnica


PS Pięciu tysiącom gości i czytelników bardzo dziękuję za ponad 12 tysięcy tegorocznych odwiedzin. Dzięki, że wracacie...

czwartek, 27 grudnia 2012

jemioła

Może na tym to polega? Może ta mityczna przyjaźń, o której się czasem czyta albo gdzieś ogląda w filmach polega na tym, by w dziwnym, zimowym dole dać się za wszary wyciągnąć z domu na kilkugodzinne posiedzenie i rozmowy o rzeczach ważnych, które wchodzą jak rozmowy o głupotach? A gdy wszyscy wciskają nam truizmy o tym, że święta są dla rodziny, warto poszerzyć to o tak zwanych innych najbliższych, którym do rodziny daleko, a jednak można im powiedzieć więcej, jeśli nie od razu wszystko. I tak się to jakoś poukładało, że ostatnie dni były czasem bardzo intensywnym towarzysko, który zaczął się już w piątek popołudniu, a skończył hmm… teraz. Choć to i tak nie te czasy, że po rodzinnej Wigilii brało się kilku znajomych i krokiem niemal tanecznym udawało się na ulicę Małachowskiego, gdzie wszystkie knajpy były otwarte i było w nich chyba więcej ludzi niż w kościołach…

Sobotnia impreza była czarująca, choć jeszcze godzinę przed wyjściem wydawało mi się, że nie znajdę siły i motywacji, żeby podnieść głowę z poduszki. A później był nocny spacer do domu krokiem defiladowym. Nie wiem czy zauważyłaś, ale jestem znanym i podziwianym dyplomatą! – mówiąc to Brzydal aż urósł z dumy, bo w sumie nie było wiadomo, jak się te rozmowy potoczą. Ale ma to przyszłość, teraz już wiem. Było dobrze.

Święta były niełatwą operacją logistyczną, zahaczającą o jakieś 20 osób. Na szczęście Brzydal jest magistrem w tej dziedzinie, więc obyło się bez ofiar. Byłam najgrzeczniejsza na świecie, choć Brz. przed wyjściem straszył mnie wizjami rybich głów, mieszkających w mule karpi, wymyślanych na chybcika dziwacznych tradycji i snucia przede mną planów rodzinnego śpiewania kolęd (co było chyba nawet straszniejsze od tych rybich głów). Ale było elegancko. A w tle koncertowe dvd Coldplay. I Kult unplugged. I piosenki Republiki śpiewane przez Konrada Imielę, Mariusza Kiljana, Kingę Preis, Jacka Bończyka.

Wczoraj odwiedziła nas nasza przyjaciółka, z którą – jak próbowaliśmy się doliczyć – nie widzieliśmy się jakieś 1,5 roku (była w tym czasie w Londynie, Sydney, Amsterdamie, teraz pracuje w Brukseli). Nie czułam nijak tego czasu, który minął, bo wciąż mamy jakiś tam kontakt, a nade wszystko żyję ze świadomością, że ona gdzieś tam jest i wystarczy jedno kliknięcie, by znów mieć się gdzieś w zasięgu, żeby coś przegadać, przepłakać czy rozszarpać wspólnie na czym świat stoi. I nagle ona tutaj u nas. I w drugi dzień świąt, zamiast siedzieć ze swoją wielką, liczną, głośną, polską rodziną, wsiadła w samochód i przygnała do nas, aby nadrobić wszelkie zaległości w przyswajaniu przyjaźni na żywo. Opowiedz mi. A to? Kto? Mów. O wszystkich mi opowiedz, po kolei. O mieszkaniach, biurach, umowach. O facetach. Wszystkich. Chcę wiedzieć wszystko. I mnie samej na wierzch wyłaziły sprawy ważniejsze od innych. Ale jak to, nie rozumiem. Ja też nie. Dobrze zrobiłaś. Chyba żartujesz. I skończyło się jak zwykle. Było super. Było strasznie. Nic nie kumam. Nudzę się. Nie mam czasu. Nie chcę. Chcę bardzo. Szukam przecież. Nie wiem, co dalej. Myślałam, że umrę ze śmiechu. Bałam się, że już nie wstanę. Żałuję trochę. Wcale nie żałuję. Keep walking, jak Johnnie Walker.

Kilka godzin urywanego snu. Kilka godzin za mało. Szkoda czasu. Może więc to na tym polega, żeby te kilka wolnych od pracy dni wypełnić po brzegi z tymi, którym też na tym zależy. Bez spinki, bez stresów, bez muszę iść, nie mam czasu, bez nie przyjdę, kiedy indziej, bez nie wiem, oddzwonię.

I ok, wzruszyła mnie trochę ta nasza wspólna choinka. I bardzo podoba mi się ta gigantyczna jemioła podwieszona pod sufitem, z której dobrodziejstw korzystam z uporem maniaka przy absolutnie każdej nadarzającej się okazji. Stawałam pod nią tyle razy, że już sobie chyba nawet wydeptałam tam miejscówkę.

Jak nigdy wcześniej potrzebuję noworocznych postanowień.

Złośnica

sobota, 22 grudnia 2012

funkcja magiczna

To niepoważne, reagować na sms-y we śnie. Tzn. nie na takie, których nadejście słyszę przez sen, tylko te, które są tego snu wytworem. Piąta rano. Cholera. Wciągam telefon pod kołdrę i upewniam się, że nic takiego nie przyszło. Ani to, ani nic innego. Szkoda? Nie wiem.

Dobrze chociaż, że nie wzięłam się z rozpędu na odpisywanie.

O spaniu nie ma mowy. Ściągam pocztę, czytam wiadomości, zaglądam na fejsa. Do perfekcji opanowałam już tworzenie wirtualnych światów pod kołdrą w taki sposób, by rażącym światłem nie budzić Brzydala. Bo Brzydal ma jeszcze zasłużoną godzinę snu. Najwyraźniej wieczorem nie myślał o głupotach i go nie pokarało tak jak mnie.

A mój sen niczego niepokojącego nie zapowiadał. Tylko nagle ten jeden sms. I kicha, nagle wszystko mi się przypomniało. Może jednak koniec świata był, tylko nikt mnie nie uprzedził, że to się będzie działo w mojej głowie, a nie gdzieś obok.

Nie wiem, czy to wszystko przemilczeć, prze-pisać czy...

Mam nadzieję, że w tym roku ktoś wpadnie na to, by życzyć mi, żebym zmądrzała. Może nareszcie zadziała funkcja kreacyjna języka. Funkcja magiczna. Bez tego nie widzę szans.

Siódma rano i mnóstwo czasu.

z.

czwartek, 20 grudnia 2012

pod telefonem

Okazało się, że siedzenie w domu z naciskiem na siedzenie w łóżku ma pewne dobre strony: nie wydawałam kasy, wciąż mam paliwo w baku, a Brzydal cały czas wiedział, gdzie jestem i mógł się nawet słusznie domyślać, co robię. Poza tym mógł się poczuć jak w jakimś tradycyjnym patriarchacie, bo byłam w domu zawsze wtedy, gdy on wracał z pracy, a że byłam jednocześnie spragniona towarzystwa, to do nocy pozostawał w centrum moich zainteresowań i uwagi (żeby nie powiedzieć, że przyklejałam się jak miś koala albo jakaś pijawka).
Ale to już za mną, wróciłam do żywych i do pracy, co nawet nie było traumatyczne i wpadłam w ten dziwny świąteczny wir, który początkowo rzucił mną o ziemię, ale z którym mam zamiar mimo wszystko do końca tygodnia sobie poradzić. Czas mi ucieka gdzieś bocznymi ścieżkami, bo dziś w pracy do nocy, jutro teatr pewnie też do późna, a weekend zaplanowałam gdzieś pomiędzy Mamą, Babcią i naszym mieszkaniem, które póki co wygląda jakby pod naszą nieobecność zamieszkiwał je tłum uchodźców.
Brzydal wciąż wozi w aucie mój wymarzony kalendarz, więc nadal nie mogę zapisać styczniowego koncertu w przedszkolu, jednej premiery i służbowego wyjazdu do Cieszyna na spotkanie na temat czegoś, o czym nie mam pojęcia.
Boję się trochę co się tam dzisiaj będzie działo. Po ostatniej naszej uroczystości mam taki uraz, że wolałabym się zatrzasnąć w piwnicy niż spędzić te kilka godzin z gośćmi.  Ostatni raz tak się bałam 3 lata temu, gdy zaczynałam. Irokeza nie robię. Nie ta bajka.
Słucham Jarka i odliczam. Może za 12 godzin będę już w domu?
Jeśli ktoś chciałby mnie trochę pouspokajać, to jestem pod telefonem. Pod dwoma telefonami.
Zł.

wtorek, 11 grudnia 2012

zielarz-dziadyga

Gdyby ludzie byli zmiennocieplni jak na przykład gady, nie byłoby tego całego cyrku z gorączką. Mogłabym wtedy do woli robić kilkugodzinne plenerowe imprezy na kilkustopniowym mrozie i nie ponosić tego konsekwencji. Mogłabym też zostać na jarmarku na Nikiszu tak długo jak bym chciała i nie musiałabym zastanawiać się, w ile minut przymarzną mi buty do podłoża, ręce do kieszeni i powieki górna do dolnej.

Podobno niektóre dinozaury były stałocieplne. No? No i jak skończyły?

Rozłożyło mnie w pracy szybko i skutecznie. Jako że już w nocy coś się kroiło, zapobiegliwy Brzydal wrzucił mi do torby jakieś przeciwproblemowe saszetki oraz kubek termiczny, dzięki czemu mimo napadów kichania, charczenia, narzekania i drgawek, udało mi się grzecznie dopracować do ostatniej minuty i skończyć to, co powinnam, zanim – jak przewidywałam – zniknę na jakiś czas.

Wczoraj wieczorem w Brzydalu obudził się jakiś utajony Zielarz-Dziadyga i nie chciał już iść na żadną apteczną łatwiznę. Wykorzystał fakt, że pozawijałam się w koce i wyglądając jak krokiet zajęłam się komputerem, a sam zamknął się w kuchni i trzaskał się radośnie, coś tam kroił, mieszał, sam kichał i chyba nawet coś czasem brzydko mówił. Po chwili przyszedł do mnie z miną trochę jak Gandalf Szary, trochę jak Gargamel i ze szklanką czegoś, co na moje nieszczęście okazało się straszliwą mieszanką soku z kilku cytryn, miodu, ciepłej wody i – o rany boskie ja pierdykam nie wierzę – ogromnej ilości czosnku, wskazującej na to, że Brzydal, zamiast swojej zwykłej pracy zawodowej, został czosnkowym plantatorem-potentatem. No i stał nade mną jak kat, machał tą szklanką i recytował mądrości o każdym ze składników z osobna, które miały mnie momentalnie uzdrowić, postawić na nogi i niemal od razu posłać na nowojorski maraton. Ogromne zaufanie, jakie od miliona lat mam do Brzydala, kazało mi wbrew racjonalnym pobudkom chociaż spróbować tego świństwa, ale ostatecznie wątpliwą przygodę z piorunującym eliksirem definitywnie zakończyłam po zanurzeniu w szklance koniuszka języka, prychnięciu, parsknięciu i postraszeniu Brzydala rychłym i nieuniknionym rozwodem, jeśli się natychmiast nie odczepi, razem z tym swoim czochem.

Oczywiście Brzydal wypił to za jednym przechyleniem szklanki i jeszcze uznał, że zajebiste. No i dziś poszedł do pracy. A ja nie.

zł.

sobota, 8 grudnia 2012

Lisior

Chcę Wam przedstawić Pana Lisa, którego ożywiła dla mnie moja Mama, gdy któregoś dnia przyszłam do niej i wyraziście gestykulując opisywałam coś długaśnego, mechatego i z poczciwą mordą, co koniecznie muszę mieć, bo inaczej nie przetrwam zimy. A że moja Mama dysponuje bardzo wieloma talentami (w przeciwieństwie do mnie), ochoczo wzięła się do pracy, zrobiła kilka próbnych mordek i uszek, później stukała bambusowymi drutami, a na koniec z zimną krwią zamordowała pluszową owieczkę, aby pozbawić ją oczu i noska. Efekty tej pracy są takie, że Pan Lis robi szał na żywo w Sosnowcu i Katowicach, a także zdalnie we wszystkich odległych krajach, do których sięga mój facebook. W Ekwadorze na przykład okrzyknięty najfajniejszym szalikiem świata. I chyba tak właśnie jest. Nawet sam siebie potrafi chapsnąć w ogon.
Pan Lis tak wygląda w plenerze:

Potrzebuję pilnie dla niego jakiegoś fajnego imienia, bo Brzydal nazywa go Lisior Wisior lub jeszcze gorszej: Lisior Sisior. Tak być nie może.
Zł.

piątek, 7 grudnia 2012

terminarz

Nadszedł ten dziwny czas, który pachnie truskawkowymi chusteczkami do nosa i kremem do rąk. Niby nic nowego, a jednak człowiek jest jak idiota co roku tak samo zaskoczony. Jednej z moich ulubionych piosenek Bartosiewicz proponuję na najbliższe tygodnie zmienić tekst na „przemarznięte serca miast”. Kilka dni temu sztywno dzierżąc w łapkach żółty haratacz do szyb usłyszałam, jak z mojego radia w samochodzie leniwie sączy się „Winter” Tori Amos i przyznaję, że nawet się uśmiechnęłam. I próbowałam nie myśleć o tym when you gonna make up your mind...?

Zagrzebuję się w szale i polary, przez co wyglądam jak skrzyżowanie syberyjskiej baby z Buką. I jeszcze odgradzam się od różnorakich czynników zewnętrznych i impregnuję psychicznie, by próbować chociaż trochę zapobiec efektom jakiejś ewentualnej kolejnej katastrofy lub katastrofki, które jak widać zdarzają się i konsekwentnie zdarzać się będą. Patrząc na to, co dzieje się wokół, na szczęście dotarło do mnie, że oko cyklonu już przestało mi szaleć nad głową i zajęło się innymi, którzy do moich zawirowań podchodzili z bagatelizującą wyższością i prychaniem. Wszystko wraca, cholera. Jednak.

Inna rzecz, że uchodzę teraz za zimną sucz i generalnie wszyscy myślą, że całą dobę strzelam fochy, szczególnie służbowo, a to przecież nieprawda. To tylko kiełkująca powściągliwość, którą planuję pielęgnować i doglądać, aż urośnie okazała i stabilna.

I tylko czasem puszczają mi nerwy, jak słyszę to straszliwe RMF Święta. Katowana jestem tą stacją od pierwszego tygodnia listopada i choć robię wszystko, by nie słuchać dziada 8 godzin dziennie (dyskretnie wyłączam / wychodzę / przyciszam / charczę / udaję, że walę głową o blat biurka / smętnie zawodzę itp.) , to czasem nawet połowa tego czasu wystarcza, by mnie wyprowadzić z równowagi, więc wychodzę na nieczułego potwora, który nie wie, co to duch świąt, urok kołyszących się na wietrze płatków, zapach choinki i przedświąteczna spowiedź. A mnie się przecież zima kojarzy całkiem dobrze, ze snowboardem przede wszystkim, ale też z długaśnymi spacerami wbrew aurze, ze słynnymi konkursami na najzimniejszą część ciała i milionem owocowym herbat w miłym towarzystwie. RMF Święta morduje moje święta.

I jakoś mija... Tu się posmęcę, tam sobie potęsknię, powzdycham trochę i pogapię się w okno, jakbym się tam nie wiadomo czego spodziewała. Więcej od siebie odsuwam niż przygarniam. Czeski odsunęłam. Teatr chyba też. Kilka miesięcy temu to było w ogóle nie do pomyślenia. Niemożliwe. Ja? A daj spokój.

Zł.


PS Na mojej w ogóle nieleganckiej torbie, z którą latam do pracy, nosiłam trzy małe, kolorowe znaczki: BF – bibliofil, Literożerca i CRh+ - czytanie we krwi. Mój nowy Kolega z Pracy po zaledwie kilku tygodniach dość szorstkiej znajomości wręczył mi dwie kolejne: Czarny Charakter i Hannibal Lektur. Rozczuliłam się nawet trochę, och jejku, dzięki, ale czemu takie? A on ze śmiertelną powagą: bo mi się z tobą kojarzą. Szorstka znajomość kwitnie. A Brzydal najwyraźniej kiepsko znosi fakt, że Jakiś Inny Mężczyzna kupuje mi znaczki, bo niedługo później dopiął mi jeszcze Book Positive. Poza tym od dwóch tygodni wozi w samochodzie kalendarz Simon’s Cat na 2013 rok i w ogóle nie chce mi go dać, a zaczepiony twierdzi, że od 1 stycznia będzie sumiennie prowadził terminarz...

sobota, 1 grudnia 2012

wracaj jak najszybciej

Tydzień do usunięcia, kolejny, i to tak konkretnie. Chyba potrzebuję jeszcze trochę czasu zanim ocenię, czy czegoś mnie to wszystko nauczyło, czy może poza poważnie podkopaną pewnością siebie sytuacja nie miała innych skutków ubocznych. Ale już rozumiem, na czym polega zasada „co cię nie zabije, to cię wkurwi”.

W szukaniu jakichkolwiek pozytywów, których mogę się złapać, zagrzebałam się w pocztę. Kilka dni temu dostałam z drugiego końca Polski maila o treści „wracaj jak najszybciej”, co mnie bardzo ucieszyło, bo to zawsze pozytywny objaw, gdy ktoś czeka i w trzech słowach umie to tak zawrzeć, że się robi trochę cieplej. Wrócę, wrócę. Jeśli nie w grudniu, to od stycznia na pewno.

Wczorajsze Andrzejki krótkie, ale intensywne. Mój Andrzej jest po siedemdziesiątce i jest jednym z najbardziej osobliwych ludzi jakich znam. Małomówny i mrukliwy, złośliwy i jednocześnie niewspółcześnie wrażliwy. Jest jedynym Zagłębiakiem w naszej rodzinie. Zawsze mówiłam do niego po imieniu. Andrzej jest moim chrzestnym i robi imprezy niedługie, ale głośne i jadowite. Gdy wróciłam do domu, śpiewałam podobno piosenkę Żebrowskiego i Jopek z „Pana Tadeusza”. Jak wiadomo gorzej od śpiewu idzie mi tylko matematyka.

Wykończona jestem i czuję się jakby mnie ktoś skopał. Odliczam dni do urlopu, który dziwnie zbiega się z datą końca świata, to z kolei czasem jawi mi się jako w sumie takie nie najgorsze rozwiązanie. Z zazdrością patrzę na moją Mamę, która dwa razy w tygodniu chodzi na fitness, chodzi też na angielski, a od kilku dni obsługuje pocztę elektroniczną (ma taki login z jajem, że szacun na dzielni), więc obecnie więcej do siebie mailujemy niż dzwonimy. A mnie nagle brakuje energii i motywacji by było tak jak kiedyś.

Brzydal w tym wszystkim zachowuje godny podziwu racjonalizm, niezmiennie stając po mojej stronie (co pewnie uczyniłby nawet wtedy, gdybym była osobiście odpowiedzialna za konflikt na Bałkanach). I choć czasem nie jestem w stanie opowiadać mu ze szczegółami, co się stało, to on i tak między wierszami wyczyta co trzeba i podsumuje wszystko w kilku słowach w taki sposób, że spadają buty.

Spokój, tylko spokój. Spędziłam ostatnio full czasu w księgarniach i planuję napisać list do Świętego Mikołaja z adresami tych księgarń i godzinami otwarcia.

A dzisiaj zajęłam się pisaniem, z czego pierwszą godzinę pisałam pierwszy akapit, a później pozostałe 10. Aż w końcu zrobiło się ciemno. Nie wiem, czy tak to miało wyglądać. Tym razem to nie ja pisałam tekst, tylko tekst pisał się mną.

Złośnica