czwartek, 27 grudnia 2012

jemioła

Może na tym to polega? Może ta mityczna przyjaźń, o której się czasem czyta albo gdzieś ogląda w filmach polega na tym, by w dziwnym, zimowym dole dać się za wszary wyciągnąć z domu na kilkugodzinne posiedzenie i rozmowy o rzeczach ważnych, które wchodzą jak rozmowy o głupotach? A gdy wszyscy wciskają nam truizmy o tym, że święta są dla rodziny, warto poszerzyć to o tak zwanych innych najbliższych, którym do rodziny daleko, a jednak można im powiedzieć więcej, jeśli nie od razu wszystko. I tak się to jakoś poukładało, że ostatnie dni były czasem bardzo intensywnym towarzysko, który zaczął się już w piątek popołudniu, a skończył hmm… teraz. Choć to i tak nie te czasy, że po rodzinnej Wigilii brało się kilku znajomych i krokiem niemal tanecznym udawało się na ulicę Małachowskiego, gdzie wszystkie knajpy były otwarte i było w nich chyba więcej ludzi niż w kościołach…

Sobotnia impreza była czarująca, choć jeszcze godzinę przed wyjściem wydawało mi się, że nie znajdę siły i motywacji, żeby podnieść głowę z poduszki. A później był nocny spacer do domu krokiem defiladowym. Nie wiem czy zauważyłaś, ale jestem znanym i podziwianym dyplomatą! – mówiąc to Brzydal aż urósł z dumy, bo w sumie nie było wiadomo, jak się te rozmowy potoczą. Ale ma to przyszłość, teraz już wiem. Było dobrze.

Święta były niełatwą operacją logistyczną, zahaczającą o jakieś 20 osób. Na szczęście Brzydal jest magistrem w tej dziedzinie, więc obyło się bez ofiar. Byłam najgrzeczniejsza na świecie, choć Brz. przed wyjściem straszył mnie wizjami rybich głów, mieszkających w mule karpi, wymyślanych na chybcika dziwacznych tradycji i snucia przede mną planów rodzinnego śpiewania kolęd (co było chyba nawet straszniejsze od tych rybich głów). Ale było elegancko. A w tle koncertowe dvd Coldplay. I Kult unplugged. I piosenki Republiki śpiewane przez Konrada Imielę, Mariusza Kiljana, Kingę Preis, Jacka Bończyka.

Wczoraj odwiedziła nas nasza przyjaciółka, z którą – jak próbowaliśmy się doliczyć – nie widzieliśmy się jakieś 1,5 roku (była w tym czasie w Londynie, Sydney, Amsterdamie, teraz pracuje w Brukseli). Nie czułam nijak tego czasu, który minął, bo wciąż mamy jakiś tam kontakt, a nade wszystko żyję ze świadomością, że ona gdzieś tam jest i wystarczy jedno kliknięcie, by znów mieć się gdzieś w zasięgu, żeby coś przegadać, przepłakać czy rozszarpać wspólnie na czym świat stoi. I nagle ona tutaj u nas. I w drugi dzień świąt, zamiast siedzieć ze swoją wielką, liczną, głośną, polską rodziną, wsiadła w samochód i przygnała do nas, aby nadrobić wszelkie zaległości w przyswajaniu przyjaźni na żywo. Opowiedz mi. A to? Kto? Mów. O wszystkich mi opowiedz, po kolei. O mieszkaniach, biurach, umowach. O facetach. Wszystkich. Chcę wiedzieć wszystko. I mnie samej na wierzch wyłaziły sprawy ważniejsze od innych. Ale jak to, nie rozumiem. Ja też nie. Dobrze zrobiłaś. Chyba żartujesz. I skończyło się jak zwykle. Było super. Było strasznie. Nic nie kumam. Nudzę się. Nie mam czasu. Nie chcę. Chcę bardzo. Szukam przecież. Nie wiem, co dalej. Myślałam, że umrę ze śmiechu. Bałam się, że już nie wstanę. Żałuję trochę. Wcale nie żałuję. Keep walking, jak Johnnie Walker.

Kilka godzin urywanego snu. Kilka godzin za mało. Szkoda czasu. Może więc to na tym polega, żeby te kilka wolnych od pracy dni wypełnić po brzegi z tymi, którym też na tym zależy. Bez spinki, bez stresów, bez muszę iść, nie mam czasu, bez nie przyjdę, kiedy indziej, bez nie wiem, oddzwonię.

I ok, wzruszyła mnie trochę ta nasza wspólna choinka. I bardzo podoba mi się ta gigantyczna jemioła podwieszona pod sufitem, z której dobrodziejstw korzystam z uporem maniaka przy absolutnie każdej nadarzającej się okazji. Stawałam pod nią tyle razy, że już sobie chyba nawet wydeptałam tam miejscówkę.

Jak nigdy wcześniej potrzebuję noworocznych postanowień.

Złośnica

Brak komentarzy: