czwartek, 20 grudnia 2012

pod telefonem

Okazało się, że siedzenie w domu z naciskiem na siedzenie w łóżku ma pewne dobre strony: nie wydawałam kasy, wciąż mam paliwo w baku, a Brzydal cały czas wiedział, gdzie jestem i mógł się nawet słusznie domyślać, co robię. Poza tym mógł się poczuć jak w jakimś tradycyjnym patriarchacie, bo byłam w domu zawsze wtedy, gdy on wracał z pracy, a że byłam jednocześnie spragniona towarzystwa, to do nocy pozostawał w centrum moich zainteresowań i uwagi (żeby nie powiedzieć, że przyklejałam się jak miś koala albo jakaś pijawka).
Ale to już za mną, wróciłam do żywych i do pracy, co nawet nie było traumatyczne i wpadłam w ten dziwny świąteczny wir, który początkowo rzucił mną o ziemię, ale z którym mam zamiar mimo wszystko do końca tygodnia sobie poradzić. Czas mi ucieka gdzieś bocznymi ścieżkami, bo dziś w pracy do nocy, jutro teatr pewnie też do późna, a weekend zaplanowałam gdzieś pomiędzy Mamą, Babcią i naszym mieszkaniem, które póki co wygląda jakby pod naszą nieobecność zamieszkiwał je tłum uchodźców.
Brzydal wciąż wozi w aucie mój wymarzony kalendarz, więc nadal nie mogę zapisać styczniowego koncertu w przedszkolu, jednej premiery i służbowego wyjazdu do Cieszyna na spotkanie na temat czegoś, o czym nie mam pojęcia.
Boję się trochę co się tam dzisiaj będzie działo. Po ostatniej naszej uroczystości mam taki uraz, że wolałabym się zatrzasnąć w piwnicy niż spędzić te kilka godzin z gośćmi.  Ostatni raz tak się bałam 3 lata temu, gdy zaczynałam. Irokeza nie robię. Nie ta bajka.
Słucham Jarka i odliczam. Może za 12 godzin będę już w domu?
Jeśli ktoś chciałby mnie trochę pouspokajać, to jestem pod telefonem. Pod dwoma telefonami.
Zł.

Brak komentarzy: