piątek, 7 grudnia 2012

terminarz

Nadszedł ten dziwny czas, który pachnie truskawkowymi chusteczkami do nosa i kremem do rąk. Niby nic nowego, a jednak człowiek jest jak idiota co roku tak samo zaskoczony. Jednej z moich ulubionych piosenek Bartosiewicz proponuję na najbliższe tygodnie zmienić tekst na „przemarznięte serca miast”. Kilka dni temu sztywno dzierżąc w łapkach żółty haratacz do szyb usłyszałam, jak z mojego radia w samochodzie leniwie sączy się „Winter” Tori Amos i przyznaję, że nawet się uśmiechnęłam. I próbowałam nie myśleć o tym when you gonna make up your mind...?

Zagrzebuję się w szale i polary, przez co wyglądam jak skrzyżowanie syberyjskiej baby z Buką. I jeszcze odgradzam się od różnorakich czynników zewnętrznych i impregnuję psychicznie, by próbować chociaż trochę zapobiec efektom jakiejś ewentualnej kolejnej katastrofy lub katastrofki, które jak widać zdarzają się i konsekwentnie zdarzać się będą. Patrząc na to, co dzieje się wokół, na szczęście dotarło do mnie, że oko cyklonu już przestało mi szaleć nad głową i zajęło się innymi, którzy do moich zawirowań podchodzili z bagatelizującą wyższością i prychaniem. Wszystko wraca, cholera. Jednak.

Inna rzecz, że uchodzę teraz za zimną sucz i generalnie wszyscy myślą, że całą dobę strzelam fochy, szczególnie służbowo, a to przecież nieprawda. To tylko kiełkująca powściągliwość, którą planuję pielęgnować i doglądać, aż urośnie okazała i stabilna.

I tylko czasem puszczają mi nerwy, jak słyszę to straszliwe RMF Święta. Katowana jestem tą stacją od pierwszego tygodnia listopada i choć robię wszystko, by nie słuchać dziada 8 godzin dziennie (dyskretnie wyłączam / wychodzę / przyciszam / charczę / udaję, że walę głową o blat biurka / smętnie zawodzę itp.) , to czasem nawet połowa tego czasu wystarcza, by mnie wyprowadzić z równowagi, więc wychodzę na nieczułego potwora, który nie wie, co to duch świąt, urok kołyszących się na wietrze płatków, zapach choinki i przedświąteczna spowiedź. A mnie się przecież zima kojarzy całkiem dobrze, ze snowboardem przede wszystkim, ale też z długaśnymi spacerami wbrew aurze, ze słynnymi konkursami na najzimniejszą część ciała i milionem owocowym herbat w miłym towarzystwie. RMF Święta morduje moje święta.

I jakoś mija... Tu się posmęcę, tam sobie potęsknię, powzdycham trochę i pogapię się w okno, jakbym się tam nie wiadomo czego spodziewała. Więcej od siebie odsuwam niż przygarniam. Czeski odsunęłam. Teatr chyba też. Kilka miesięcy temu to było w ogóle nie do pomyślenia. Niemożliwe. Ja? A daj spokój.

Zł.


PS Na mojej w ogóle nieleganckiej torbie, z którą latam do pracy, nosiłam trzy małe, kolorowe znaczki: BF – bibliofil, Literożerca i CRh+ - czytanie we krwi. Mój nowy Kolega z Pracy po zaledwie kilku tygodniach dość szorstkiej znajomości wręczył mi dwie kolejne: Czarny Charakter i Hannibal Lektur. Rozczuliłam się nawet trochę, och jejku, dzięki, ale czemu takie? A on ze śmiertelną powagą: bo mi się z tobą kojarzą. Szorstka znajomość kwitnie. A Brzydal najwyraźniej kiepsko znosi fakt, że Jakiś Inny Mężczyzna kupuje mi znaczki, bo niedługo później dopiął mi jeszcze Book Positive. Poza tym od dwóch tygodni wozi w samochodzie kalendarz Simon’s Cat na 2013 rok i w ogóle nie chce mi go dać, a zaczepiony twierdzi, że od 1 stycznia będzie sumiennie prowadził terminarz...

Brak komentarzy: