sobota, 1 grudnia 2012

wracaj jak najszybciej

Tydzień do usunięcia, kolejny, i to tak konkretnie. Chyba potrzebuję jeszcze trochę czasu zanim ocenię, czy czegoś mnie to wszystko nauczyło, czy może poza poważnie podkopaną pewnością siebie sytuacja nie miała innych skutków ubocznych. Ale już rozumiem, na czym polega zasada „co cię nie zabije, to cię wkurwi”.

W szukaniu jakichkolwiek pozytywów, których mogę się złapać, zagrzebałam się w pocztę. Kilka dni temu dostałam z drugiego końca Polski maila o treści „wracaj jak najszybciej”, co mnie bardzo ucieszyło, bo to zawsze pozytywny objaw, gdy ktoś czeka i w trzech słowach umie to tak zawrzeć, że się robi trochę cieplej. Wrócę, wrócę. Jeśli nie w grudniu, to od stycznia na pewno.

Wczorajsze Andrzejki krótkie, ale intensywne. Mój Andrzej jest po siedemdziesiątce i jest jednym z najbardziej osobliwych ludzi jakich znam. Małomówny i mrukliwy, złośliwy i jednocześnie niewspółcześnie wrażliwy. Jest jedynym Zagłębiakiem w naszej rodzinie. Zawsze mówiłam do niego po imieniu. Andrzej jest moim chrzestnym i robi imprezy niedługie, ale głośne i jadowite. Gdy wróciłam do domu, śpiewałam podobno piosenkę Żebrowskiego i Jopek z „Pana Tadeusza”. Jak wiadomo gorzej od śpiewu idzie mi tylko matematyka.

Wykończona jestem i czuję się jakby mnie ktoś skopał. Odliczam dni do urlopu, który dziwnie zbiega się z datą końca świata, to z kolei czasem jawi mi się jako w sumie takie nie najgorsze rozwiązanie. Z zazdrością patrzę na moją Mamę, która dwa razy w tygodniu chodzi na fitness, chodzi też na angielski, a od kilku dni obsługuje pocztę elektroniczną (ma taki login z jajem, że szacun na dzielni), więc obecnie więcej do siebie mailujemy niż dzwonimy. A mnie nagle brakuje energii i motywacji by było tak jak kiedyś.

Brzydal w tym wszystkim zachowuje godny podziwu racjonalizm, niezmiennie stając po mojej stronie (co pewnie uczyniłby nawet wtedy, gdybym była osobiście odpowiedzialna za konflikt na Bałkanach). I choć czasem nie jestem w stanie opowiadać mu ze szczegółami, co się stało, to on i tak między wierszami wyczyta co trzeba i podsumuje wszystko w kilku słowach w taki sposób, że spadają buty.

Spokój, tylko spokój. Spędziłam ostatnio full czasu w księgarniach i planuję napisać list do Świętego Mikołaja z adresami tych księgarń i godzinami otwarcia.

A dzisiaj zajęłam się pisaniem, z czego pierwszą godzinę pisałam pierwszy akapit, a później pozostałe 10. Aż w końcu zrobiło się ciemno. Nie wiem, czy tak to miało wyglądać. Tym razem to nie ja pisałam tekst, tylko tekst pisał się mną.

Złośnica

Brak komentarzy: