sobota, 29 grudnia 2012

zapamiętaj


Odzyskałam w tym roku koleżankę, która na jakiś czas zniknęła z mojego życia. Ze swojego chyba też. I pewnego jesiennego popołudnia, gdy siedziałyśmy w obłędnej kawiarni na Żytniej (tam gdzie dają słynne korzenne ciacho z bezą), próbowała powiedzieć mi, czego się nauczyła przez ten rok życia tak naprawdę cudzym życiem, na swoje własne patrząc krytycznie z boku. Powiedziała, że niezłą metodą na walkę z durnotami codzienności jest zadanie sobie kilku prostych pytań i odpowiedź na nie: czy będę o czymś pamiętać za rok, czy będę o czymś pamiętać za 5 lat i czy to ma jakikolwiek realny wpływ na moją przyszłość? Oczywiście ze śmiechem dodałam do tego kilka kolejnych pytań, np. czy przyrodni syn ciotecznej babki ze strony ojca będzie pamiętać o tym za 36 tygodni? Ale teraz już myślę, że ma to jakiś sens. I to ja muszę zrobić wszystko, żeby zapamiętać to, o czym żal byłoby zapomnieć. I choć już od września złośliwie życzyłam AD 2012, by się skończył jak najszybciej, to teraz, kiedy mamy się pożegnać (raczej kopem w dupę niż buziakiem w policzek), chcę pamiętać kilka drobiazgów, kilka zdarzeń, dzięki którym byłam absolutnie najszczęśliwsza na świecie. Resztę jestem skłonna na stałe usunąć z pamięci w chwili, gdy dwunastka przeskoczy na trzynastkę.

Zabawa w dom. Prawie roczna już. Liczę tygodnie. Brzydal wraca w sobotę do domu po pracy, a ja mu się z uporem maniaka rzucam na szyję z informacją, ile tygodni minęło, a on z godną podziwu konsekwencją wali się otwartą dłonią w czoło i mamrocze, że to niemożliwe. Nieustanny powód do świętowania. Na szczęście wiele zmieniło się od czasu, gdy mieliśmy tu tylko pustą butelkę do mlekomatu, pół paczki makaronu, kostki knorra i puste szafy. http://www.brzydalizlosnica.blogspot.com/2012/01/zabawa-w-dom.html Przeprowadzka książek. Historia o złej pralce http://www.brzydalizlosnica.blogspot.com/2012/04/sweter-na-zom.html Parapetówki. Chyba z osiem ich było, aż zaczęłam marzyć o tym, by wreszcie być tu tylko we dwoje. Mam kabel, mam fazę i ziemia wychodzi z sufitu. http://www.brzydalizlosnica.blogspot.com/2012/05/ja-pobrusze.html No tak. I nasze plakaty! Zachwycam się nimi codziennie, dosłownie http://brzydalizlosnica.blogspot.com/2012/11/sto.html

Praca, praca. Spotkania, zmiany, rewolucje. Mrożek się do mnie uśmiechnął. Gadałam z Kilarem. Bałam się potwornie spotkania z A., a po wszystkim powstał blogowy list, gdy wszystko się udało http://www.brzydalizlosnica.blogspot.com/2012/01/list-do.html Służbowo i sporo dobrego, i mnóstwo złych emocji. Nie spodziewałam się tego, stąd moje rozczarowanie jest jeszcze większe. Ale wciąż wydaje mi się, że warto, że trzeba, że koniecznie. Że to jest moje miejsce. Tylko jak długo?

Działo się. Nauczyłam się twardych negocjacji i sępienia kasy na własne projekty. Przekonywałam do nich tak, że w pewnym momencie sama w to wszystko uwierzyłam. Umierałam ze strachu przed każdym kolejnym wyjazdem, choć naprawdę robiłam wszystko, by czuć się choć trochę pewniej. „Mistrz” raz http://www.brzydalizlosnica.blogspot.com/2012/02/miszcz-x4.html „Miłość w Konigshutte” dwa http://www.brzydalizlosnica.blogspot.com/2012/04/tap-kaszl.html „Amadeus” trzy http://www.brzydalizlosnica.blogspot.com/2012/10/w-trasie.html I ten plener, którego już nigdy nie zrobię, z różnych przyczyn http://www.brzydalizlosnica.blogspot.com/2012/05/plener.html Moja akcja, moja energia, moja bajka. Już po wszystkim. Za miesiąc tylko ja będę o tym pamiętać. Nie mam tendencji do przechodzenia do historii.

Czeski. Dużo czeskiego. Okazało się, że za dużo, niestety. Dowód na to, że nie zawsze to, czego chcę, wychodzi mi na dobre, jakkolwiek banalnie to brzmi. Okazało się, że nie da się pracować jak dzika, udawać Idealnej-Pani-Domu-i-Materiału-Na-Żonę, mieć jeszcze jakieś inne zainteresowania i znajomych i do tego porządnie uczyć się języka obcego. Nie da się. Po czeskim zostały mi słowa, zasady, konstrukcje i wciąż zbyt rosyjski akcent. I to rozumienie Nohavicy, którego wcześniej nie miałam, więc może klęska jednak nie jest na całej linii… Nie wiem, czy będzie do czego wracać. Trochę szkoda, bo kiedy się całymi latami ma pewność, że to o to chodziło, a nagle okazuje się, że jednak nie… Jak to Bukartyk śpiewa? Co z daleka wielkie, zwykle śmieszy z bliska?

Teatr mój najdroższy. I Brzydal, który w TŚ warczał, że więcej tam nie przyjdzie, że sztuka jest straszna i że aktorzy w ogóle nie grają i że on chce już tylko do Bielska jeździć http://brzydalizlosnica.blogspot.com/2012/02/uwaga-brzydal-kamie.html. Interpretacje tak intensywne, że nie wiem, jak udało mi się oszukać własny organizm i tego poważnie nie odchorować. Leningrad taki uroczy… I Apollo, który mi siedzi w głowie. Chcę to znów, chcę ten rytm, te nerwy i te postrzępione dni. I najcudowniejszy na świecie maj i Dni Województwa Śląskiego. Jednocześnie koszmarne dni w pracy. Bałam się, że jadąc tam wybuchnę ze złości, ale to mijało od razu za drzwiami teatru. Fragment próby podpatrzony na nielegalu gdzieś z drugiego balkonu. Najgenialniej. Kilka skradzionych chwil i słowa, których teraz brakuje mi tak strasznie. Nocne powroty i niczym niezmącona świadomość, że jednak umiem odróżnić ważne od nieważnego. Ekstremalne szczęście nie do powtórzenia.  http://www.brzydalizlosnica.blogspot.com/2012/05/o-wczoraj.html. Teatromania w Bytomiu. Rzeczywistość przedstawiona w Zabrzu. Cieplak, Strzępka, Ratajczak, Liber, Głąb. Jestem w raju. I nagle jest tak źle, że przestaję chodzić, oglądać i pisać. Przestaję reagować na pytanie, co się dzieje. Do teraz.
Cholonek w telewizji, rany! I ten szum z Konigshutte w roli głównej. I tak, klaskaliśmy na premierze, na stojąco. Nie, nikt nas nie namówił, nie przekupił ani nie zmusił, nikt też na nas nie gwizdał. Ile w ogóle było tych spektakli? Czterdzieści? Więcej? I Koszęcin na koniec sezonu, gdzieś na końcu świata. Nie wierzę, że wystarczył jeden telefon, żeby mnie tam wyciągnąć. I Amadeusz. Później przypadkiem jeden mały spektakl w Chorzowie i bardzo, bardzo ciepły wieczór. W głowie milion kolorów i nagle dużo siły na wszystko. Tak czułam.

Rumunia. Piękna, magiczna, bezpieczna, przyjazna i gościnna. http://www.brzydalizlosnica.blogspot.com/2012/08/droga-do-babadag.html Od tych dwutysięczników po morską sól drapiącą w gardło. Od Klużu po Konstancę. Dzikie konie, kopalnie złota, żółta mamałyga, puste pensjonaty, stare kasyno, minaret, telegondole, zamki, starówki, twierdze, ślady, zaułki, myśli. Deptanie po piętach Drakuli, i tego prawdziwego, i wszystkich wymyślonych. Wszyscy równie ważni. Przypadkowe rozmowy. Wystarczyło przysiąść na rozgrzanym krawężniku, zaraz dosiadał się ktoś z końca świata, żeby po prostu pogadać. Najlepiej. Wszystko dzięki Brzydalowi.

Płyta Generała Stilwella. Brzmi pięknie. Chłopaki z zespołu tacy zadowoleni, uśmiechnięci, nagle wyluzowani. Trochę grają, trochę gadają. A później odpoczywają na trawie i jest najnormalniej na świecie. I ja tam z nimi. http://brzydalizlosnica.blogspot.com/2012/09/proba.html
 
Ewert and the Two Dragons. Moje odkrycie roku. Płyta roku, piosenka roku, wokalista roku, klip roku. Inne niusy? Mela Koteluk. Marina and the Diamonds. Romantycy Lekkich Obyczajów. Nowa płyta Nohavicy.

Coldplay. W sumie przypadkiem. W życiu bym się nie spodziewała, że tam będę, że coś takiego zobaczę, że będę mogła uczestniczyć w czymś tak gigantycznym i w szczegółach dopracowanym. Piękne to było przeżycie wysysające energię z każdej komórki, coś, czym żyłam później przez miesiąc, a w sumie to wciąż mam ataki entuzjazmu, gdy puszczam to koncertowe dvd, które dostałam od Brata. http://www.brzydalizlosnica.blogspot.com/2012/09/coldplay.html
 
Jeśli uda mi się usunąć z głowy całą resztę, to zapamiętam 2012 całkiem sympatycznie, jako intensywny rok wybuchów emocji i szukania uspokojenia w mieszkaniu z widokiem na szyb. Dziesiątki godzin na teatralnej widowni. Mnóstwo tekstów. Parę odzyskanych znajomości, kilka straconych z większym czy mniejszym żalem. Kilka spontanów bez myślenia o konsekwencjach. Zawsze się opłacało. To bardzo ważne, że miałam gdzie wracać. Że Brz. zawsze czekał i że beze mnie odmawia spania. Że mogłam mu bardzo wiele powiedzieć, ale nie strzelał fochów, kiedy nie mówiłam zupełnie nic.

Czas się stąd urwać. 12 godzin. Tylko że wszystko w lekkiej rozsypce, a ja nadal w łóżku.

Złośnica


PS Pięciu tysiącom gości i czytelników bardzo dziękuję za ponad 12 tysięcy tegorocznych odwiedzin. Dzięki, że wracacie...

Brak komentarzy: