wtorek, 11 grudnia 2012

zielarz-dziadyga

Gdyby ludzie byli zmiennocieplni jak na przykład gady, nie byłoby tego całego cyrku z gorączką. Mogłabym wtedy do woli robić kilkugodzinne plenerowe imprezy na kilkustopniowym mrozie i nie ponosić tego konsekwencji. Mogłabym też zostać na jarmarku na Nikiszu tak długo jak bym chciała i nie musiałabym zastanawiać się, w ile minut przymarzną mi buty do podłoża, ręce do kieszeni i powieki górna do dolnej.

Podobno niektóre dinozaury były stałocieplne. No? No i jak skończyły?

Rozłożyło mnie w pracy szybko i skutecznie. Jako że już w nocy coś się kroiło, zapobiegliwy Brzydal wrzucił mi do torby jakieś przeciwproblemowe saszetki oraz kubek termiczny, dzięki czemu mimo napadów kichania, charczenia, narzekania i drgawek, udało mi się grzecznie dopracować do ostatniej minuty i skończyć to, co powinnam, zanim – jak przewidywałam – zniknę na jakiś czas.

Wczoraj wieczorem w Brzydalu obudził się jakiś utajony Zielarz-Dziadyga i nie chciał już iść na żadną apteczną łatwiznę. Wykorzystał fakt, że pozawijałam się w koce i wyglądając jak krokiet zajęłam się komputerem, a sam zamknął się w kuchni i trzaskał się radośnie, coś tam kroił, mieszał, sam kichał i chyba nawet coś czasem brzydko mówił. Po chwili przyszedł do mnie z miną trochę jak Gandalf Szary, trochę jak Gargamel i ze szklanką czegoś, co na moje nieszczęście okazało się straszliwą mieszanką soku z kilku cytryn, miodu, ciepłej wody i – o rany boskie ja pierdykam nie wierzę – ogromnej ilości czosnku, wskazującej na to, że Brzydal, zamiast swojej zwykłej pracy zawodowej, został czosnkowym plantatorem-potentatem. No i stał nade mną jak kat, machał tą szklanką i recytował mądrości o każdym ze składników z osobna, które miały mnie momentalnie uzdrowić, postawić na nogi i niemal od razu posłać na nowojorski maraton. Ogromne zaufanie, jakie od miliona lat mam do Brzydala, kazało mi wbrew racjonalnym pobudkom chociaż spróbować tego świństwa, ale ostatecznie wątpliwą przygodę z piorunującym eliksirem definitywnie zakończyłam po zanurzeniu w szklance koniuszka języka, prychnięciu, parsknięciu i postraszeniu Brzydala rychłym i nieuniknionym rozwodem, jeśli się natychmiast nie odczepi, razem z tym swoim czochem.

Oczywiście Brzydal wypił to za jednym przechyleniem szklanki i jeszcze uznał, że zajebiste. No i dziś poszedł do pracy. A ja nie.

zł.

Brak komentarzy: