wtorek, 31 grudnia 2013

2013 litera po literze

A jak Albania. Przypadkowy strzał w dziesiątkę. Góry i fale, góry i góry, góry i góry. Twierdze, ludzie, wszędzie dwugłowe orły. Szklane hotele i rozpadające się ruiny. Historia taka, że strach słuchać. Kraj taki, że szkoda czasu na sen. Gdyby nie Albania na żywo, nigdy nie uwierzyłabym w te tysiące schronów.

B jak Brzydal. Brzydal codziennie i conocnie, nieustannie tygodniami, miesiącami i latami. Mądry, cierpliwy Brzydal, pomysłowy i konsekwentny, konkretny i opanowany, znoszący wszystkie moje wypowiedzi zaczynające się od „chcę…”. Gdyby nie Brzydal, nie miałabym ani siły, ani odwagi, żeby być sobą.

B jak Bukareszt. Kurz i krew. Książka o tym szarobetonowym miejskim molochu, który mnie i wystraszył, i zafascynował. Przeczytana już po powrocie stamtąd, jeszcze szerzej otworzyła mi oczy na dzisiejszą Rumunię. W 2014 – mam nadzieję – jedziemy znów. Gdyby nie „Bukareszt”, kupiłabym pewnie „Czarnobyl” wydany w tej samej serii. I to też groziłoby kolejnym wyjazdem.

B jak Balkon Party. Każdy ciepły wieczór od kwietnia do października zazwyczaj kończył się relaksem na balkonie z widokiem na szyb, gadaniem i kolacją, winem i czytaniem, aż sąsiedzi zaczęli się z nas nabijać, że ilekroć nas widzą, to jesteśmy razem na balkonie i ruszamy żuchwami.

C jak Czarnogóra. Bardziej cywilizowana odmiana bałkańskich klimatów, bardziej oswojona od Albanii, mniej europejska niż Chorwacja. Multireligijna i wielonarodowa. Dla Boki Kotorskiej było warto i dla tej samorobotnej wódki kupionej w Kotorze na targu i pitej w autobusie z okazji zorganizowanego na szybko Dnia Nauczyciela (tak, w sierpniu…) i dla pełnych zaduchu wieczorów bez końca.

D jak dom Babci. Znaleziony na Łyczakowie we Lwowie. Sama siebie nie podejrzewałam nawet, że jestem tak sentymentalna i że tak szalone wrażenie zrobi na mnie ten Lwów, ten Łyczaków, ten dom i ten jeden jedyny Święty Antoni w białym kościele. Teraz trafiłabym tam z zamkniętymi oczami.

D jak Dolar. Dolar pożył sobie jak dziki, kilkanaście lat. Najfajniejszy na świecie.

D jak Doktor Misio. Myśleliśmy, że to jakieś muzyczne jaja, ale nie można muzycznymi jajami nazwać tak przemyślanego i dopracowanego materiału, zaczepnych tekstów i muzyki tak smacznie rockowej i na płycie, i na żywo. Koncert Doktora Misia był na pewno jednym z najbardziej energetycznych wieczorów roku, zdzieraliśmy gardła pod samą sceną i obiecaliśmy sobie, że koniecznie znów.

E jak Ewert i smoki. http://www.youtube.com/watch?v=gMRvjW3gAao 

F jak fotel. Ten fotel MUSI zniknąć. I zniknął.

G jak Generał Stilwell. Ostatni koncert w katowickiej Ścianie przypomniał mi, gdzie jest moje miejsce. Przypomniała mi to też niedawna próba, na której byłam, właściwie przypomina mi o tym każda z nimi rozmowa i każdy ich koncert. Nowe piosenki udowadniają, że zespół jest w optymalnej formie, a 2014 rok to czas na drugą płytę.

H jak hamak. W hamaku na balkonie spędziłam wiele godzin, czytając książki i grzejąc się w zachodzącym słońcu. Czasem też zalewałam się tam łzami po powrocie z pracy i bujałam się bez końca, bo to podobno uspokaja. Później w hamaku czytałam kodeks pracy, albo Brzydal siedział obok i czytał mi go na głos, co miało mnie pokrzepić i ogarnąć. A jeszcze później w hamaku powstawała treść mojego wypowiedzenia.

H jak House. Wierzę, że po to raz na rok ląduje się na zwolnieniu lekarskim, żeby 1. wyzdrowieć i się zregenerować, 2. oglądać House'a i wzdychać z powodu jego nieustannej szorstkości, złośliwości i szeroko pojętej dziwności. I wiem, że wszyscy oglądali to trzy lata temu, a ja jak zwykle jestem w plecy.

H jak horoskop. Kiedy zdecydowałam wywalić swoje życie do góry dnem i spróbować ustawić je od nowa, moja Mama zaczęła czytać horoskopy i szukać w nich uzasadnienia moich decyzji. Na całe szczęście okazało się, że ci stażyści, co to zazwyczaj piszą te bzdury, pisali dla Wodników dużo i dobrze, zapowiadali szał zmian i wiele radochy. W pracy horoskopy też są w cenie, a jak są słabe, to czytając innym zawsze dodaję coś od siebie...

I jak irokez. Nadal jest, bo bez niego czuję się jak grzeczne dziecko z dobrego domu. Choć oczywiście jestem grzecznym dzieckiem z dobrego domu.

J jak "Jak by nie miało być". Ostatniego sierpnia usłyszałam ten kawałek na żywo i zwaliło mnie z nóg. http://www.youtube.com/watch?v=zDD4ELz2ZDY

K jak Korfu. Przypomniało się nam, że nie lubimy Greków.

K jak kotwica. Zostałam zakotwiczona. Raz a porządnie.

K jak Kacper. Kacper był zawsze, ale najwyraźniej nie na zawsze.

K jak kalendarz. Nie mam już swojego. Okazało się, że go nie potrzebuję.

L jak lunatyk. Przez pierwsze tygodnie po zmianach łaziłam nocami, robiłam i mówiłam głupoty, ale przynajmniej zawsze na tematy bieżące. Przejaja.

M jak Miedzianka. Historia znikania. Dla mnie Książka Roku.

M jak Mołdawia. Niezrealizowany kierunek, bo ubezpieczyciel popukał się w czoło. A chcę bardzo Kiszyniów, chcę Naddniestrze i jeszcze Gagauzję. W planach.

M jak my. My, nas, nam, nas, z nami, o nas. Jedno wielkie MY.

N jak "Noże". Koncert Olafa marzy mi się na żywo.

O jak "Once". Brzydal zasnął w 5 minut, a ja pół filmu ryczałam jak nastolatka na "Titanicu".

P jak praca. Cztery miesiące jak na amfie. A ktoś mnie kiedyś ostrzegał, że mam uważać, o czym marzę, bo jak mi się spełni, to zwariuję. Wariuję aż miło.

P jak pudło. Pudło stało za moim biurkiem kilka dni. Puste. W paski. Nikt nie wierzył, że zmieszczę do niego 4 lata pracy. Mam takie zdjęcie z tego ostatniego dnia, a na nim ja i pudło. Uśmiecham się na nim tak, jakbym dostała w tym pudle jakiś strasznie wielki prezent.

R jak R. :-) Jak w Ulicy Sezamkowej, rok 2013 sponsorowała literka R…

S jak szef. Moi nowi współpracownicy długo nie mogli się przyzwyczaić, jak mówiłam „mój szef” (najczęściej „mojego szefa nie ma”). A to dlatego, że wcześniej szefów miałam pięciu. Każdy z nas miał innego, więc słysząc „mój” łatwiej było skumać, o kim ktoś mówi. A że tu jest jeden, to w konsternację wprawiał ludzi ten „mój szef”. „Pani sobie zawłaszcza szefa!” – usłyszałam kiedyś. Być może. No i co z tego…?

S jak snowboard. Ostatni wypad na deskę – 1 kwietnia. Śniegu po pachy i pusty stok. Tylko Tata i ja. Kilka razy brałam urlop w środku tygodnia, bo miałam ważne sprawy rodzinne. Taki wyjazd to naprawdę ważna sprawa rodzinna.

Ś jak świeżak. Dalej jestem świeżak, ale już mniejszy. Przez pierwszy miesiąc czułam się jak największy debil, przez drugi – jak trochę mniejszy, a przez trzeci już byłam jak w domu. Czwarty zamykam spokojna o piąty.

T jak teatr. Miejsce spotkań, miejsce ucieczek, miejsce szukania i znajdywania. Samotnia, świątynia i konfesjonał. Moje miejsce.

U jak urlop. Ale tylko gdzieś daleko i tylko razem. Słowo, które pachnie zarwanymi nocami i smakuje słoną morską wodą. Odbiera siły, odświeża rozum, daje perspektywę.

W jak wypowiedzenie. Napisałam je w kilka minut pewnego ciepłego wieczora, chora jak nigdy, zmęczona jak nigdy, wystraszona jak nigdy. I nawet nie miałam na czym go wydrukować. Musiałam zrobić to w pracy kolejnego ranka tuż przed jego złożeniem, więc wysłałam sobie ten plik na kilka skrzynek pocztowych, a w tytule napisane było "wiekopomny dokument". A w treści maila… „Ole le le!”

Y jak yoyo. Antystresowa zabawka, na którą nawet nie musiałam polować - sama przyszła.Wiele dni nie wypuszczam go z rąk.

Z jak zmiana. Zrozumiałam, że zmiana sama w sobie niesie wartość, bo jeśli nie na gorsze, a jeszcze nie wiadomo, czy na lepsze, to na pewno na INNE. A to oznacza inną energię, innych ludzi i inne możiwości, dzięki którym nie trzeba stawać się kimś innym.


Nie wiem, skąd mi się to bierze, ale czuję, że wszystko będzie dobrze.
Noworocznych postanowień jak zwykle zero. Moja odzyskana hedonistyczna natura ich nie przewiduje.
Życzenia? Niech będzie dobrze, po prostu.

Złośnica

niedziela, 29 grudnia 2013

trzy tematy

- Nie śpij... Pogadaj ze mnąąąą... - wywarczałam Brzydalowi do ucha, ciągnąc róg jego kołdry i marszcząc nos jak obrażona sześciolatka. Świat dookoła już spał.
- O czym ty chcesz jeszcze dziś rozmawiać? - zapytał Brz., ziewając przeciągle, siłą uwalniając róg kołdry i próbując się pod nią zmieścić.
- Nie wiem, o czymś miłym. I o czymś ważnym. I o czymś ciekawym - marudziłam dalej.
- Dobrze - sapnął zrezygnowany. - To o czym miłym chcesz rozmawiać?
- O wakacjach - odparłam bez wahania.
- Hmm. A o czym ważnym?
- O miłości.
- A o czym ciekawym?
- Gdzie jest bursztynowa komnata?

Później był już tylko plask, czyli znajomy dźwięk brzydalowej otwartej dłoni uderzającej w jego własne czoło. I odgłosy szamotaniny. Podobno uzasadnionej...

z.

PS Jutro NARESZCIE wracam do pracy. Tęsknię za porządkiem w głowie.

sobota, 21 grudnia 2013

układać...?

- Zajedziesz się, dziecko – zawyrokowała jedna z moich koleżanek. Jest tylko kilka lat ode mnie starsza, ale jak usłyszała przez telefon moje lekkie rozchwianie, to najwyraźniej uruchomił jej się tryb matki i nie wiedziała, czy mnie ochrzaniać, czy pocieszać. Próbuję dojść do tego, kiedy przegięłam, ale najwyraźniej siekło mnie za całokształt na przestrzeni ostatniego tygodnia czy dwóch. Ciągle nie umiem się pogodzić z tym, że za intensywność przeżyć płaci się równie intensywnie, no i że brak czasu na regenerację zawsze odbije się regeneracją przymusową (czyli siedzeniem jak mumia z braku siły i otępieniem). Znajdę na to sposób.

Żeby jakoś to zwalczyć, w zeszły weekend kwitłam na widowni w piątek, sobotę i niedzielę, a później przez cały tydzień popołudniami nie wracałam do domu, tylko zaszywałam się na mieście w miękkich fotelach i pluszowych lożach, słuchając o tym, jak życie układa się innym. Chciałam te ostatnie dni wypełnić do granic, bo skoro już wiadomo, że się zajadę, to chociaż chcę się zajechać robiąc to co lubię: śmiać się głośno z ludźmi, których uwielbiam, pić grzańca, kupować prezenty, słuchać starych płyt (znalazłam takie, które nagrywałam Brzydalowi do auta 6 lat temu – są boskie), w pełni korzystać z tych namiętnych randek, które przepowiedział mi niedawno jakiś durny horoskop i odgryzać głowy czekoladowym Mikołajom (później tracę zainteresowanie). Efekt zajeżdżania się jest taki, że za mną kilka naprawdę uroczych spotkań, kilka ważnych dla mnie rozmów, za mną też pierwsze, megaudane przedświąteczne służbowe wyjście na piwo (choć na dźwięk słów „służbowa wigilia” mam reakcję alergiczną), a wczoraj wracałam do domu z aureolą nad głową i z wpiętą w płaszczyk przypinką „robia na grubie”. Pięknie.

A teraz przede mną coś dziwnego, nieznanego i nieoswojonego: 9 dni bez pracy. Wpadam na zmianę w eurofię (będę mogła spać do 8, snuć się w za dużym tiszercie po domu, nie spieszyć się malując paznokcie, a jak będzie śnieg to pojadę z Tatą i z Brzydalem wyszaleć się na snowboardzie, bo mnie już nosi jak widzę fotki z Soszowa) i w stany lękowe (w sumie nie wyobrażam sobie póki co nie iść tam przez tyle dni, skoro zdarzało mi się bywać tam przez kilkanaście dni bez przerwy i nie widziałam w tym nic, ale to nic dziwnego, nie wiem jak poradzić sobie z pustymi kartkami w kalendarzu i z milczącym telefonem, nie wiem jak ogarnąć świadomość, że w ogóle nie jestem potrzebna i to jest chyba najgorsze). 9 dni!

Z trudem przełączam się w tryb „Święta”, w głowie non-stop coś innego. Rozsypana układanka, a mnie się podoba każdy jej kawałek osobno, po co to w ogóle układać…?

Zł.

sobota, 7 grudnia 2013

let's rock!

- Nie może tak być, że mi ktoś tam będzie próbował wejść na łeb – z pełnym przekonaniem stwierdziłam między jedną piosenką i drugą, w niewielkim zadymionym pokoju opanowanym przez wijące się pod nogami kable i czterech muzyków.

- Pewnie że nie. W tobie siedzi ta sama rockowa dusza co lata temu – powiedział mój Muzyczny Pan i Władca i mrużąc oczy zaciągnął się fajką. Dobrze tam czasem do nich zajrzeć, żeby sobie o tym przypomnieć.

W niezamieszkanym domu temperatura jest jaka jak na dworze, dlatego jeden z nich przychodzi dużo wcześniej, żeby w pokoju prób do czerwoności rozpalić zabawny, mały piecyk. Efekt? Przyszłam do nich ubrana w osiem warstw swetrów jak jakaś baba z Magadanu, a oni w tiszertach... Koncert niedługo, kilka nowych piosenek, druga płyta coraz piękniej się krystalizuje. Powinnam tam z nimi siedzieć co najmniej raz w tygodniu, żeby nie zapomnieć, skąd jestem i co komu zawdzięczam. Bo jak się z nimi nie widzę miesiąc czy dwa, to tracę gdzieś ten gitarowy soundtrack, który powinien lecieć mi w głowie bez przerwy.

- Przychodź zawsze kiedy chcesz. Ty też należysz do zespołu – przypomniał mi mój Muzyczny Pan i Władca. A za dwa tygodnie nagrywam im koncert w Katowicach. Dobrze.

Do albumu rockowych obrazków z życia zdecydowanie muszę dodać tego rockmana, którego było mi dane poznać kilka dni temu, gościa którego mogę godzinami słuchać, godzinami oglądać jego klipy i nagrania z koncertów i którego – całe szczęście – przyjdzie mi jeszcze kilka razy zobaczyć na żywca u nas w pracy. Jaram się jak gówniara, bo okazało się, że ów gość jest nie tylko charakternym genialnym muzykiem, kompozytorem i tekściarzem, ale jest też najzwyczajniej w świecie miły, otwarty i błyskotliwie zabawny. Wystarczyło mi kilka minut rozmowy, żeby dojść do tych radosnych wniosków, a później jeszcze kilka godzin fruwałam z radochy nad miastem, w głowie mając już tylko gitarową ścianę dźwięków.

Szkoda tylko, że po każdym takim ataku euforii przychodzi dół. Zupełnie jakby wszystko, co ma jakąś wartość na plusie, siłą rozpędu musiało się tak samo odcisnąć na minusie. Nie wiem, może jak się na emocje zamiast mózgu to nie da się wyjść na plus. Ale chyba tracę siły.

To co, może w tym optymistycznym nastroju czas na „Marynarza grób”?
Zł.

sobota, 30 listopada 2013

niedźwiedź

Wczoraj prawie że w nocy, czyli około godziny 20, wyglądając jak nieboskie stworzenie i siedem nieszczęść jednocześnie, wymamrotałam że idę spać (dowód na to, że zmęczenie da się magazynować i zostawiać na później). Zaintrygowany Brzydal po chwili przyczłapał do sypialni, gdzie ja już trzęsłam się pod kołdrą mniej więcej tak, jakbym spała na kafelkach na balkonie. Wspaniałomyślnie przykrył mnie jeszcze naszym najgrubszym kocem, tak że spod niego wystawał mi tylko irokez. I tu urwał mi się film.

Film wrócił w środku nocy. Przyssałam się do butelki z wodą, po drodze oczywiście gubiąc zakrętkę, co nie zrobiło na mnie żadnego, ale to żadnego wrażenia. To z kolei obudziło Brzydala, który od razu miał katastroficzną wizję, że do rana wyleję na podłogę pozostały litr wody i znów będzie musiał jeździć na mopie, więc wolał wstać i poszukać zakrętki. Wstał, znalazł, zakręcił, a gramoląc się z powrotem tak przywalił stopą o łóżko, że zobaczył wszystkich świętych i wszystkie konstelacje, zalał się krwią i wyrzekł kilkanaście wyrazów powszechnie uważanych za obelżywe. Z tego co udało mi się ustalić, nie wykazywałam żadnych przejawów współczucia. Później znów nie pamiętam nic.

Przed chwilą Brz. wysłał mi wiadomość, że w nocy czuł się tak, jakby między Wodzem i Żoną Wodza* spał niedźwiedź – najwyraźniej koc jednak zaczął mi przeszkadzać i próbowałam go zepchnąć na brzydalową stronę. (*Wódz i Żona Wodza pochodzą z takiego strasznie durnego filmu „RRRrrrr!”, z którego pamiętamy tylko jeden motyw: do plemienia przybył jakiś gość, a jak zapytali go, gdzie będzie spał, odparł, że będzie spał u Wodza. Ale gdzie? Jak to gdzie, między Wodzem i Żoną Wodza. Co zresztą się stało). Po smsie przyszedł czas na telefon z pogróżkami, bo ta rozwalona stopa to podobno moja wina, a dokumentacja fotograficzna w mmsach miała dodatkowo pogłębić moje wątpliwe wyrzuty sumienia.

A tak się miło sobota zaczęła… Wyspana i rozczochrana, pijąc wielką kawę i słuchając w stu procentach rockowego i niemożliwie seksownego Deriglasoffa, doszłam do radosnego wniosku, że odkryłam metodę na przeżycie listopada bez tradycyjnych o tej porze roku wielodniowych napadów depresji, gapienia się w ścianę i zalewania się łzami z byle powodu. Wystarczyło zmienić miejsce przebywania 8 godzin dziennie. Bajerancki był ten listopad. Dużo dobrego. DUŻO dobrego.

Z.

poniedziałek, 25 listopada 2013

LOT


Taki LOT! Lata aż miło...
Brzydal jeszcze nie widział, więc póki co raczy się trailerem.
Druga noc bez snu. Za dnia dziwny odlot.
Zł.

niedziela, 24 listopada 2013

hello

Sponiewierała mnie emocjonalna lawina. Dopadło mnie dziś zmęczenie wszystkim tym, co działo się przez ostatni tydzień czy dwa. Ale niedziele tak mają. Człowiek jeszcze nie przemielił tygodnia, który się zamyka, a jeszcze nie ma śmiałości, by powiedzieć „hello” temu kolejnemu.
Milion myśli tasuje mi się w głowie jak w jednorękim bandycie. Sto słów do zapamiętania, kilka gestów już zdążyło mi gdzieś umknąć, chociaż strasznie chciałam je zatrzymać.
A później nie ma spania. Norma.
Dla odzyskania stabilizacji - Ewert i smoki. Nieustannie.
zł.

sobota, 9 listopada 2013

w formie

O 8 rano chwyciłam klamkę i zatrzymałam się na sekundę. Wchodzę? Rany. Skrzyp drzwi ten sam, na schodach jakieś paczki, norma. Piwniczny zaduch, jak zwykle. Trzy i pół piętra w górę. Duszno. Kilka słów w starym miejscu, wsadzam głowę do paru pokoi i czuję przez skórę, że nie zmieniło się nic, że jest szaro i gęsto od mieszanki niekoniecznie dobrych emocji. Spędziłam tam może 10 minut i pierwszy raz od bardzo dawna poczułam się jakoś klaustrofobicznie. Nie załatwiłam tego co chciałam. Wymiana zdań bardzo na dystans. Czmychnęłam bez zbędnego ociągania. Na schodach niespodzianka: spotkałam koleżankę, która pitnęła stamtąd niedługo po mnie. Rozpromieniona, w czerwonym płaszczyku. Akurat była w okolicy i postanowiła wpaść. Jak się czujesz? Świetnie. Widzę. A ty? Też widzę. Spotkamy się? Koniecznie.

Ostatnio niełatwo mi uwolnić myśli od tego miejsca, tym bardziej że na mieście i w sieci coraz częściej widzę efekty mojej wytężonej letniej pracy. Folderki z moim hasłem. Wielkoformatówka, którą widzę codziennie stojąc w korku. Reklamy. Namiot. Facebook. Moje ostatnie dziełko stamtąd, ostatnie służbowe dziecko, które miało być tam moją trampoliną, właśnie pięknie wyrosło i hula mi przed oczami, nieświadome naszego pokrewieństwa. I to wspomnienie tak potwornie silne, jak jeszcze z trzema osobami siedzę nad niemal już gotowymi projektami i szykujemy się do prezentacji przed Władzami, a ja dostaję sms: „zwalniaj się”. I nie jestem już w stanie myśleć o niczym innym.

Tam chodziłam w formie, a wychodziłam nie-w-formie. Tu przychodzę nie-w-formie, a wychodzę w formie. Fenomen, co? Wczoraj się tak udało. Po czwartkowej załamce, która spadła mi na łeb jak kowadło z kreskówki, w piątek już nawet nie miałam siły się dalej załamywać. Trochę to trwało, ale wychodziłam z biura jak nowa, ze świadomością, że zrobiłam co chciałam, z dłońmi jeszcze bardziej poobijanymi od przyspieszonej nauki obsługi cudnego wściekło pomarańczowego jojo i z taką dziecięcą radością na wieczorny koncert Doktora Misia w Dąbrowie. Doktor Misio zmiótł nas zupełnie, sprawił że straciłam dech, straciłam głos i straciłam resztki oporów przed wielokrotnym darciem się pod samą sceną, że jest zajebiście. Wspaniały koncert, świetna atmosfera, spontan i energia. Wieczorem jeszcze dużo siły na jojo, ale po 22 trzeba uważać. Walnięcie w podłogę może zdziwić sąsiadów z dołu. O skutkach ewentualnego walnięcia w lampę poinformował mnie Brzydal: wylecisz razem z tym jojem.

Dziś koncert Gaby Kulki, o której istnieniu przed laty powiedział mi Czesław Mozil i którą od tego czasu lubimy. Po wczorajszym rockowym szale i pogo pod sceną trudno mi wyobrazić sobie, że dziś będziemy po prostu siedzieć na widowni jak stare dziady, ale spróbujmy…

Przed sekundą z łóżka wyciągnął mnie domofon. „Chciałbym wręczyć pani traktat o tym, czy umarli mogą ożyć”. Dzień bez wariatów dniem straconym. Chyba czas wstawać…


Zł.

sobota, 2 listopada 2013

piekiełko

Podobno każdy ma swoje prywatne piekło, taką karę za wszystkie grzechy, które już się popełniło, a może i za te, które się dopiero z dużą lub jeszcze większą radością popełni w przyszłości. Moje piekiełko jest całkiem blisko, bo piętro wyżej. Rodzina z dwójką małych dzieci. I zamiast w sobotę do godziny 11 słodko mamrotać przez sen, to od 7 rano słucham rozdzierającego wrzasku młodszej latorośli sąsiadów, która najwyraźniej cały tydzień zbiera siły, by w sobotę rano zrobić niezłą rozpierduchę. Nie wiem, co robi w tym czasie starsze dziecko, ale dźwięk, który przy tym słyszę, kojarzy mi się ze stadem biegnących po drewnianej podłodze bizonów. Ale dorośli z góry też są słodcy: w ich wykonaniu hitem są karczemne awantury o trzeciej w nocy, włącznie z takim filmowym rzucaniem przedmiotami i cofaniem się z żalami do czasów co najmniej pierwszej wojny punickiej. Słodziaki.

Brzydal mówi, że mam się nie przejmować, bo kiedyś nadejdzie ten piękny dzień, kiedy wykupimy ich mieszkanie:)…

Chociaż może to piekło nie jest najstraszniejsze ze wszystkich. Janusza Głowackiego, moją literacką miłość, pokarało potężniej i złośliwiej: mieszkał obok szkoły muzycznej…

Mimo głośnej obecności wariatów piętro wyżej, szczerzę się od rana, bo mijają dziś dwa miesiące w mojej nowej pracy. Dwa miesiące, które minęły piorunem i dzięki którym czuję, że poukładałam sobie życie na nowo. A przede wszystkim poukładałam sobie w głowie te wszystkie rozsypane klocki, z którymi już nie wiedziałam co zrobić. Nie wiem, jak długo można trwać w takiej euforii i co zrobić, żeby utrzymać taki poziom entuzjazmu, ale wyhodowałam sobie we krwi cząsteczki endorfin wielkości piłeczek do ping-ponga i chcę bardzo, by tak zostało.

To co, świętujemy dzisiaj? Trzeci dzień z rzędu...? Ale co ja mogę, że jest okazja:)?

zł.

wtorek, 29 października 2013

telewizor

Telewizor w sypialni był zawsze kością niezgody. Przez całe lata temat wracał, a podział sił zawsze był taki sam: Brzydal – za, a ja nieustannie przeciw. Argumentów po obu stronach nie brakowało, ale najwyraźniej moje były odrobinę silniejsze, bo z miną Wilhelma Zdobywcy obwieszczam, że odbiornika w sypialni nie ma.

A w nocy wydawało mi się, że jest, że go widzę. Ba, pamiętam jak wyglądał. Kineskopowy, szara obudowa. Trzecia na zegarze. Zawisłam złowrogo nad Brzydalem i obudziłam go z czymś na kształt awantury, że przecież umawialiśmy się, że telewizora w sypialni miało nie być, że jest straszny że go tu przyniósł, że się zawiodłam i że sobie wypraszam. I że co z tym teraz zrobimy? Brzydal na to, obudzony, do mnie w te słowa: „Jeśli o mnie chodzi, to możesz sobie nawet na nim kwiatka postawić”. Na to strzeliłam focha jak stąd do Brazylii, fuknęłam coś pod nosem, odwróciłam się plecami, zawinęłam w kokon i odmówiłam dalszych rozmów. Próbował mnie jeszcze pogłaskać na uspokojenie, ale warknęłam, że porozmawiamy sobie rano.

Rano powiedział mi, jak było, a ja byłam bliska stanu, który mógłby skończyć się nekrologiem z napisem „umarła ze śmiechu”. Shame on me.

Za dnia jakoś nie do śmiechu, nie zdołałam się tak zupełnie ogarnąć i jakoś mi tak ciemnoszaro. Muszę pilnie odzyskać kolor. I pewność.

z.

poniedziałek, 28 października 2013

impregnat

Dwa dni i trzy widownie. Dobrze się tak schować, nie? Jednym guzikiem wyłączyć głowę i włączyć emocje. Na godzinę albo na dwie, z jedną krótką przerwą. Obśmiałam się więc jak fretka w sobotę i było najlepiej na świecie, a w niedzielę uryczałam się znowu jak nastolatka, zupełnie jakbym to pierwszy raz oglądała. Po czymś takim odmawiam pójścia spać. Odmawiam też prowadzenia poważnych rozmów i myślenia o przyszłości. Pod powiekami mam wyłącznie dźwięki i obrazki ze sceny. Działa to wszystko jak impregnat. Może nie 100% szczelności, ale prawie. Więcej takich dni, a wszystko będzie elegancko. Mniej takich jak dziś, a będzie łatwiej. Czub do góry i do przodu. zł.

wtorek, 22 października 2013

sześć i pół

Moja Mama ostatnio coraz częściej mówi mi, że mam robić to, na co mam ochotę i nie odmawiać sobie prawa do słabości i spontanu, że mam nie zapominać o sobie i nie rezygnować z rzeczy ważnych z byle powodu. I że mam się nie zmuszać. Piątek co prawda miałam spędzić na wielkiej imprezie w Hipnozie z dziewczynami z dawnej pracy, dokładnie jak za dawnych czasów, ale w środku dnia dopadła mnie świadomość, że przecież nie ma już dawnych czasów. I że stanowi to dla mnie niewyczerpane dotąd źródło radochy, więc w momencie odechciało mi się balować w tym miejscu i z tymi ludźmi. Porad Mamy trzeba słuchać, więc: 1. wykręciłam się z tej imprezy, 2. fajniejszą zorganizowałam u nas, 3. odkryłam magiczne właściwości chorwackich win – okazuje się, że po nich nie odbywam nocnych spacerów i nie mówię o pracy przez sen, 4. przypomniałam sobie, że jednak jestem tak banalnie po babsku romantyczna, 5. przypomniałam sobie, że Brzydal byłby może nawet trochę romantyczny, gdyby aż tak nie wywracał oczami, nie robił min, nie sapał, nie wzdychał i nie był aż tak złośliwie zaczepny, 6. w sobotę wydałam wszystkie pieniądze na ciuchy i kosmetyki, zupełnie jakbym w podstawówce poszła wydać kieszonkowe, 7. późnym wieczorem wyszliśmy na spacer, a wiedząc że w tej okolicy i tak wszystko jest pozamykane, wino mieliśmy ze sobą, 8. w niedzielę byliśmy w Bielsku, bo czasem nachodzi nas chcica na kawę w Barometrze i tak właśnie było, 9. a wieczorem byłam na moim ulubionym, kameralnym spektaklu, choć jeszcze kilka dni temu sama sobie wkręcałam, że nie idę. Mama co prawda rzekła, że to niepoważne i niezrozumiałe, bym szła tam znów, ale w sumie nie ma powodów, żebym sobie tego odmawiała jeśli mam ochotę, więc mam iść. Amen.

Ja się już zbierałam, gdy Brzydal zaczął pękać:
- To może ja pójdę z tobą… - zaproponował bez przekonania, a ja tylko przypomniałam mu, czyje piosenki będą śpiewane. W sekundzie przeszła mu miłość do teatru.
- Bleh, to nie, nie idę. Nie poszedłbym na to drugi raz. Nie to co ty, siódmy.
- Nie do końca tak jest - przyznałam zgodnie z prawdą, przerzucając garściami rzeczy z torebki do zupełnie niewyjściowego lnianego wora.
- Dobra, sześć i pół – dodał Brzydal nieświadomy, że powinien był kilka dodać, a nie odjąć. Ale to bez znaczenia. To jest jak film, do którego się wraca, jak płyta, której słucha się na okrągło, jak pokreślona ołówkiem książka zawsze gdzieś w pobliżu łóżka. I jakoś nikt nigdy nie pyta, ile razy można to samo… Można. Spektakl był super, ja byłam najszczęśliwsza na świecie (tak jak 10 poprzednich razy), a Brzydal w domu równie szczęśliwy degustował i doprawiał wino, które w 15-litrowym baniaku bulka nam na kuchennej szafce od kilku tygodni.

Czyli po dobrym tygodniu przyszedł świetny weekend, a po nim kolejny dobry tydzień. Nowością jest dla mnie jaranie się na poniedziałek. Bo kurz zmian już opadł, a klimat nadal ten sam. Dobre fluidy w powietrzu i intensywny energetyczny wampiryzm, chociaż wciąż nie mam pewności, czy to ja wysysam, czy wręcz odwrotnie.

Rozmawiałam wczoraj przez telefon (przez pół wieczoru) z koleżanką ze studiów. Zmusiła mnie do streszczenia ostatnich kilku tygodni i do odpowiedzi na kilka prostych pytań, co sprawiło, że w głowie rozbłysnął mi wielki neon obwieszczający światu, że jest fajnie.
Trochę pranie mózgu, szybciej niż przypuszczałam.
Albo jakaś mega udana psychoterapia, skuteczniejsza niż mogłam wierzyć.
Wszystko teraz pachnie jak malinowe mleczko do ciała i smakuje jak mamba. Wszystko.

zł.

poniedziałek, 14 października 2013

Boa Tuliciel

Czas akcji: środek nocy. Miejsce akcji: mieszkanie z widokiem na szyb. Wylazłam z łóżka, udałam się do dużego pokoju, postałam chwilę przy regale z książkami, poszłam do kuchni, oparłam się o blat, później zatrzymałam się w drzwiach pierdolnika, coś pomruczałam i wróciłam do łóżka.
- Co się dzieje? – zapytał Brzydal, obudzony zupełnie, nie to co ja.
- Przyszedł zastępca dyrektora i musiałam dać mu te teksty piosenek – odparłam bez chwili zawahania, zawinęłam się w kokon z kołdry i odpłynęłam.

Dwie godziny później wstałam, poszłam do kuchni, z szafki pod oknem wyciągnęłam butelkę mineralnej, postawiłam ją na szafce i wróciłam do łóżka.
- A teraz co? – Brzydal nie daje za wygraną.
- Szef zapytał czy mam wodę – i bach, głowa na poduszkę, kołdra, kokon, lulu.

I Brzydal mi to opowiada rano ze szczegółami, zupełnie wstrząśnięty. A ja płaczę ze śmiechu, bo wszystko się zgadza. Weszłam do kuchni, a na szafce stała ta butelka z wodą. W nocy Brzydal jest rozdarty pomiędzy zupełnie racjonalną chęcią obudzenia mnie, a ciekawością i możliwością obserwowania, co jeszcze zrobię. Chociaż rzekł mi wczoraj: „Chcesz chodzić to sobie chodź, ale skoro zaczynasz już wyciągać rzeczy z szafek, to nie wiem czy dwa razy nie przekręcisz zamka i nie pójdziesz z sąsiadami w tango”.

A czasem po prostu nie śpimy. Bezsenność w pojedynkę jest straszna, we dwoje bywa niezwykle kreatywna (i nie mówię o tym). Jeszcze kilka takich nocy i będziemy mieli gotowy scenariusz kreskówki dla dzieci, w której głównymi bohaterami są Zajączek Bez Rączek (były saper, któremu nie wyszła kontynuacja dzieła księżnej Diany), Lisior Wisior (spadochroniarz, któremu się kiedyś grzyb nie otworzył, ale za to na tej szmacie zawisł na gałęzi) i Boa Tuliciel (znany z upodobania do tulenia, które w pewnym momencie zmienia się w duszenie – i to ja jestem bezpośrednią inspiracją do stworzenia tego stworzenia). I weź tu zaśnij w ogóle, jak obok leży ktoś, kto ma w głowie takie wizje.

A samo łażenie wróciło, bo mnie trochę miniony tydzień przygniótł. Pierwszy raz mnie to tam dopadło, może dlatego tak mnie siekło, że przez dwa dni nie miałam siły się wyprostować. Przygniótł mnie hałas i chaos, kiedy marzyłam o chwili ciszy i porządku. Przeraził mnie trochę czas, w którym mieszczę się albo na styk albo wcale. Jako bonus rozdrażniła mnie poczekalnia, w której można tylko czekać gapiąc się w sekundnik. W niedzielę jeszcze w pieron nerwów i jak zwykle wiara na minusie, jakieś zgrzyty tam, gdzie wydawało mi się, że jest ok. Może mądrzejsza teraz będę, nie wiem.

The trunk is filled with records
And books and chairs and clothes
I'm smiling on the surface
I'm scared as hell below

Złośnica

sobota, 5 października 2013

sob.

W ostatnich dniach w biurze padło kilka takich tekstów, że koniecznie chciałam powtórzyć je Brzydalowi. Bywa jednak różnie: zazwyczaj wieczorem próbuję mu coś opowiedzieć, ale zaczynam się tak śmiać, że nic z tego nie wychodzi. Brz. patrzy tylko na mnie jak na głupka i czasem wtrąci jakąś złośliwość, że jestem monotematyczna i że można ze mną gadać wyłącznie o pracy. Ale jak już w końcu uda mi się opowieść poprowadzić od początku do końca, zazwyczaj reakcja jest jedna: Brzydal wali otwartą dłonią w czoło i przeciągle komentuje: Bożeeeeee… Tym samym przepis, który wprowadziliśmy 1,5 roku temu, że po godzinie 20 w tym mieszkaniu nie rozmawia się o pracy, został póki co zawieszony.

Z ciekawostek, o których nie mówiłam Brz., dowiedziałam się na przykład, że pomrukuję jak pewna postać z gry komputerowej dla dzieci. I że mam jakiś podejrzany akcent, ale to dlatego, że jestem krojcok. Na koniec jeszcze podpadłam i dostałam minus tak wielki, jakiego jeszcze wszechświat nie widział. Uczę się więc żyć z minusem, bo odkręcić się tego nie da.

Przyszło mi też tłumaczyć się Włochom po włosku, że wprawdzie uczyłam się włoskiego, ale minęły 4 lata i że nie pamiętam już nic. Ale ty mówisz po włosku – rzekł Włoch, szeroko otwierając oczy, bo w ciągu godziny zdołałam jednak coś tam w ich języku powiedzieć. Niestety nie mówię płynnie i poziom u mnie słaby, przykro mi – odparłam po włosku, gestykulując oczywiście obficie, bo inaczej po włosku mówić się nie da. Jak przyjadą znów, będzie mi łatwiej, na pewno.

I to, że ja niby tylko o pracy, to kłamstwo. Dziś wieczorem będzie można ze mną pogadać o filmie o naszym byłym prezydencie, bo idziemy, a także o Meli Koteluk, którą uwielbiamy i którą mamy zamiar jutro zobaczyć na żywo. Można też ze mną słów kilka zamienić o „Pudrze i pyle”, który jest lajtowy jak mleko waniliowe, i o zupełnie wstrząsającej książce Małgorzaty Rejmer „Bukareszt. Kurz i krew”, która wchodzi jak mleko waniliowe, ale zwala z nóg i poniewiera jak wódka z red bullem i nie mogę po niej zasnąć. Można też ze mną o służbie zdrowia, z którą przyjdzie mi się w tym tygodniu zmierzyć (zderzyć?) i o tym, że co noc przychodzi Buka i maluje na biało szyby w moim aucie i że człowiek jak idiota jest co roku tak samo tym faktem zaskoczony. Można jeszcze ze mną o tym, jak Mumford and Sons cudownie rozgrzewają...

Zł.

wtorek, 1 października 2013

powódź

Od kilku nocy udaje mi się nie opuszczać łóżka celem zwiedzania mieszkania, znów jedynie wygłaszam monologi lub prowadzę ożywioną konserwację diabli wiedzą z kim. Dziś jednak doszedł kolejny element: moje nocne alter ego nie miało oporów przed używaniem w nocy przedmiotów będących w zasięgu ręki. Nie przerywając sobie gadania, sięgnęłam śmiało po paczkę chusteczek i jakie było moje zdziwienie gdy odkryłam, że po drodze po chusteczki moja dłoń napotkała na szklankę wypełnioną wodą. Szklanka oczywiście wykonała zgrabny fik!, a woda, która się wylała, okazała się mieć dziesięciokrotnie większą objętość niż w tej szklance. No i powódź. O drugiej trzydzieści. Na liście przedmiotów poszkodowanych w powodzi znalazły się m.in.: moja prywatna komórka (służbowa śpi w salonie), pilot do wieży, „Puder i pył” Białasa (kilka stron do końca), „Sklep przy głównej ulicy” Grosmana (gdzieś za połową, czytam znów i sprawdzam, czy mnie zmiecie tak jak za pierwszym razem), „Bukareszt. Krew i kurz” Rejmerowej (ledwie tknięta i piekielnie nęcąca), wydruk sztuki „Trash story” Fertacz, płyta Doktora Misia „Młodzi”, para mega futrzanych skarpetek a’la muppet show i wielkie zdjęcie z początku lat 70., na którym pracownicy mojej ex-instytucji biorą udział w pochodzie pierwszomajowym (nie miałam serca go wywalić). Sąsiedzi z dołu musieli się dziwić, że gamonie z góry jeżdżą łóżkiem w środku nocy (pod łóżkiem wody po kostki). To znaczy Brzydal zajmował się wprawianiem łóżka w ruch jeżdżący i nurkował z mopem, a mnie spod kołdry wystawały jedynie oczy Kota ze Shreka i czubek nosa. Po opanowaniu sytuacji powodziowej Brz. poburczał jeszcze chwilę o konieczności zakupu dla mnie kubeczka-niekapka z dziubkiem (nie wiem, skąd on zna takie słowa) i zasnął obrócony do mnie plecami. A ja jeszcze trochę szumiałam w sieci na komórce, która póki co mimo zalania nie odmawia dalszej posługi.

A trzeba było iść spać – pomyślałam gdy zobaczyłam się rano w lustrze. Gdybym miała pod ręką papierową torbę z mcdonalda, pewnie założyłabym ją sobie na głowę z braku innego sensownego wyjścia. Dramat. Rozświetliłam się dopiero trochę w biurze nad korektą, która nie mogła czekać (obsesyjnie uwielbiam korekty, a te, które nie mogą czekać, pożeram najchętniej), a później jeszcze w pierony pisania i telefon dzwonił jakby trochę rzadziej, ludzie się kłębili i czas robił sobie ze mnie jaja, przyspieszając wtedy, kiedy mu pasowało (wiem dokładnie, bo ku uciesze Brzydala znów mam zegarek).

Późnym popołudniem trochę zmierzwiona stałam przy aucie na parkingu i rozmawiałam przez telefon. Na wyciągnięcie ręki miałam znajomy spadzisty dach mojej ex-pracy. W wakacje Brzydal, widząc jak się psychicznie staczam, wyrażał nadzieję, że przyjdzie taki jesienny dzień, że nie będę musiała angażować się w pewne czaso- i energochłonne wydarzenie, które było takim symbolem siedzenia nocami w biurze i robienia miliona rzeczy na ostatnią chwilę. I dziś tam przy aucie, kiedy trzymałam telefon przy uchu i myślałam o czymś zupełnie innym, dotarło do mnie, że to dziś jest ten jesienny dzień, kiedy tam pod spiczastym dachem jest z minuty na minutę straszniej, że dobrze wiem, że tam dziś nie zgaśnie światło, że morale będą pikować pionowo w dół, że to jeden z tych wieczorów, o których chce się zapomnieć od razu po zamknięciu oczu. Wsiadłam do auta, z głośników huknęła piosenka Gogol Bordello, zrobiło mi się w głowie jaśniej, odbijałam się w szybach mijanych budynków i myślałam: mam cię!
Złośnica

niedziela, 29 września 2013

trzeci rząd

Dobrze było zaczaić się na widowni i zobaczyć spektakl, którego premiera kilka miesięcy temu zgniotła mnie jak puszkę po coli i na długie tygodnie zagnieździła mi się w głowie. Dobrze było zobaczyć to znów i popatrzeć na całość dużo spokojniej i – jak się okazało – dużo chłodniej. Ale przyznaję, myślami byłam gdzieś indziej, choć niedaleko. Musiałam się też z tej widowni urwać kilka minut przed czasem, co z kolei daje idealny pretekst, by pójść tam znów na to samo.
A później jeszcze była druga widownia, dużo dźwięków i słów, które lubię tak samo jak cztery i pół roku temu, kiedy się z nimi pierwszy raz zderzyłam. Uśmiałam się tam jak fretka, choć może nie powinnam, i od pierwszej do ostatniej minuty żałowałam, że mam miejsce w trzecim rzędzie, a nie w trzecim rzędzie od końca. Trzeci rząd to co najmniej o trzy za blisko.
Nocny powrót do domu i muzyka znów zbyt głośna, i ten Roździeń za szybki i jeszcze ból głowy zdecydowanie zbyt intensywny. Wszystkiego zbyt dużo, a jednak nie wiem, czy umiałabym z którejkolwiek emocji zrezygnować. Cudna była ta Noc...
zł.

czwartek, 26 września 2013

złe kołysanki

To, że gadam przez sen, to norma. Przyszło nowe: zaczęłam łazić nocami po mieszkaniu. I to nie tak, że raz. Rekord to trzy spacery jednej nocy. Nie pomaga ani zaparzanie zielska przed snem, ani nawet aerobik na basenie, ani czytanie nowego Białasa: ostatniej nocy gadając jak zwykle pełnymi zdaniami próbowałam zejść z łóżka głową w dół, ale czujny Brzydal wciągnął mnie z powrotem, zanim łukiem brwiowym napotkałam na szafkę nocną (czujny, ale też coraz bardziej zirytowany i w zderzeniu z moimi nocnymi demonami coraz bardziej bezsilny). Mówił coś nawet o zamontowaniu po mojej stronie łóżka szczebelków i odbojników. Była też mowa o ewentualnym przywiązywaniu do łóżka i zamykaniu sypialni na klucz. A najbardziej przerażające jest to, że którejś nocy rozmawiałam przez telefon. To znaczy mówiłam do telefonu, choć bez nawiązywania połączenia. Jeszcze bez. Kwestia czasu.

Do snu aplikujemy sobie złe kołysanki Doktora Misia albo najmilsze na świecie dźwięki Myrry Rós (zmieniam Doktora na Myrrę w momencie gdy wiem już, że Brz. nie będzie protestował). Marzą mi się oba te koncerty i oba są w zasięgu ręki, a ja nie mam siły porządnie tego zaplanować. Póki co w planach sobota na widowni. Nareszcie...

z.

sobota, 21 września 2013

cień własnego skoczka

Wtorek, godz. 21.00. Brzydal: „Wyglądasz jak zwłoki i jak cień własnego skoczka”.*

Środa, godz. 18.00. U fryzjerki: „ – I jak ci tam? – Super, nie widać? – Hm. Wyglądasz na potwornie zmęczoną”.

Czwartek, godz. 21.00. Brzydal: „Wyglądasz jakbyś wróciła z pracy, ale z tej poprzedniej”.

A w niedzielę u rodziców wyglądałam tak, że moja Babcia, lat 93, dała mi w prezencie opakowanie swojego Centrum Silver.

Nie może tak być. Nie po to zmieniłam otoczenie, żeby wyglądać i czuć się jak zmora, szczególnie w domu – Brzydal widuje mnie rzadko, tzn. rano widuje jedynie hałdę z kołdry i wierzy, że jestem gdzieś pod spodem, a wieczorem przypominam owinięte od góry do dołu w polary rozczochrane stworzenie, które coś pod nosem mruczy o obcych ludziach. Najłatwiej będzie zacząć się wysypiać, ale to wiąże się z usunięciem z głowy miliarda skłębionych myśli, które wmawiają mi, że o czymś zapomniałam, że coś zgubiłam, spartoliłam, zacisnęłam albo zarżnęłam żywcem. Musi mi się też przestać śnić, że dostaję maile i muszę przestać słyszeć przychodzące sms-y, które nie przychodzą. Takie trochę pranie mózgu. Na emocjach różne bzdury się robi. Na liście hitów wysoko plasuje się zwlekanie z łóżka w sobotę o 7 rano, bo wydaje mi się, że jest poniedziałek, ale w górę pnie się też wczorajsza akcja zalewania kubka z rozpuszczalną kawą absolutnie zimną wodą. Bez świadków się to odbyło, całe szczęście, więc mogłam w naszej ekstremalnie maleńkiej kuchence oprzeć czoło o drzwi i parsknąć ze śmiechu nad własną głupotą.

Ale wymiękam dopiero wieczorami, za dnia trzymam się jak umiem, a lepiej ode mnie trzyma się tylko mój własny irokez (tak! powrócił i jest w formie). Kilka eklektycznych dni za mną, fruwające papiery, zbuntowany ekspres, dzikie porządki, wprowadzanie zasad feng shui na terenie biura i rozczulająca akcja z wielkim, ohydnym, czarnym fotelem. Sto spraw, które próbuję jakoś uporządkować, co nie jest łatwe, bo przez prawie 30 lat życia wokół siebie tworzyłam przede wszystkim spiętrzony bałagan. Ale znajdę ten wzór na porządek, wyryję go na pamięć i zacznie to funkcjonować tak, że nie będzie obciachu.

Mnóstwo planów na weekend, Targi Książki na początek i silne postanowienie, żeby nie wydać tyle kasy co rok temu, bo to niemądre i szczeniackie. W planach też nie wyglądać w poniedziałek jak zombie…
Zł.

* A cień własnego skoczka wziął się stąd.

PS Kilka dni temu siedziałam z eM (z tą, która pomagała mi się wynieść ze starego biura) w Fartuchu na Żytniej. Dopiero zaczęłyśmy gadać, padło oczywiste "mów, jak tam jest!" i nagle zadzwonił telefon. Muszę odebrać - rzuciłam tylko i zniknęłam za winklem. Po pięciu minutach z błogą miną wróciłam do stolika uśmiechnięta jak głupek. Na to eM: "dobra, ja już wszystko rozumiem. Już nie musisz nic mówić". Ha! :-D

sobota, 14 września 2013

zegarek

Nowa praca zamordowała mój zegarek. W kilka chwil przestał być zdatny do noszenia, rozsypał się nagle przy biurku, co mnie martwi, bo nie dość, że był uroczy i jedyny, to jeszcze miał wartość sentymentalną: kupiłam go za pierwszą wypłatę z mej Poprzedniej Instytucji i generalnie całkiem dobrze mi się kojarzył. Zawodziłam wieczorem w domu Brzydalowi, że żal trochę, a on na to, że skoro był z kasy Stamtąd, to najwyraźniej przyszedł już czas na niego, mam sobie kupić nowy, fajniejszy i już o tym nie myśleć. Hm. Czy tylko mnie się wydaje, że Brzydal (biorąc pod uwagę jego niechęć do Poprzedniej Instytucji) może mieć coś wspólnego z zamordowaniem zegarka…? Oczywiście idzie w zaparte, ale nie jakoś przekonująco.

Ostatniego dnia pracy Tamże dostałam od moich dziewczyn bardzo wielką ramkę z różnymi durnymi zdjęciami, utrwalającymi chwile, kiedy było tam naprawdę zabawnie. Przytargałam ją do domu, uspokajając jednocześnie Brzydala, że przecież to nigdzie nie zawiśnie, tylko muszę się zastanowić, co z tym zrobić. Nie zdążyłam się jednak zastanowić, bo ramka zniknęła już następnego dnia, gdy jeszcze spałam. Brzydal początkowo w ogóle odmawiał odpowiadania na pytania dotyczące ramki, a później wkręcał mi, że kazałam mu ją wynieść na hasiok, co też rzekomo pospiesznie uczynił.

Tydzień minął jak pstryknięcie i zniosłam go dużo lepiej niż ten poprzedni. Wirują mi nad głową nazwiska, daty i sprawy, które próbuję złapać i zatrzymać na chwilę, żeby im się przyjrzeć i poznać bliżej. Potrzebna mi jest taka siatka na motyle, tylko że na myśli. Powoli organizuję przestrzeń wokół siebie i zaczynam stawiać granice tej przestrzeni – bez tego nie poczuję się normalnie, nie poczuję że właśnie tam jest moje miejsce.

Ale ma to wszystko sens. Mają sens te emocje i ta adrenalina i to że nie pamiętam, kiedy się tak czułam ostatnio. I nakręcanie się na nowe i na nieznane, na numery bez nazwiska i daty bez godzin, na kilka minut spokojnej rozmowy, kiedy wokół wszystko zaczyna zwalniać w najzwyklejszym popołudniowym zmęczeniu. Rozumiecie?

Złośnica

poniedziałek, 9 września 2013

wodnik

Mama mnie rozwala: przez wszystkie moje życiowe zawirowania, które ostatnio zafundowałam najbliższym, zaczęła czytać horoskopy. Ale nie swoje, tylko właśnie moje, najwyraźniej po to, by utwierdzić się w przekonaniu, że jest dobrze. Wycina mi więc te przepowiednie dla Wodników i ubaw mamy przedni, bo w sumie elegancko to wszystko wygląda. Przytwierdzam kolejne papierki do naszej lodówki, Brzydal to czyta i podejrzewa Mamę, że sama to wszystko pisze, bo podejrzanie za dużo się zgadza.



I choć pół dnia padało, to całkiem słoneczny ten poniedziałek: wróciłam do domu, gdy było już ciemno, ale czekało na mnie pięć słoneczników. Jeszcze lato w głowie.
Zł.

sobota, 7 września 2013

świeżak

Czwartkowe popołudnie, telefon. Kolega z byłej pracy.
- Tak tylko dzwonię…
- Stało się coś?
- Nie. Po prostu nie mam tu już z kim gadać.

Rany. Zmiękczył mnie trochę, przyznaję, bo jeśli za czymś stamtąd trochę tęsknię, to chyba właśnie za uroczą mrukowatością tego gościa i za świadomością, że zawsze mogłam na niego liczyć, mimo że nasze działania niemal nie miały punktów stycznych (i za jego nieprzyzwoicie niebieskimi oczami także). Wypytywał mnie też, czy żyję i czy nie mam ochoty głową w dół skoczyć do Rawy. I obiecał, że jeszcze będzie się odzywał. Dobrze. Pozostałe maile i telefony z byłej pracy, pojawiające się niemal codziennie i dotyczące moich dotychczasowych działań, traktuję zupełnie bez emocji.

Swoją drogą, minął dopiero tydzień, a ja czuję się tak, jakby od mojego dotychczasowego życia minęły lata świetlne.

Żyję i nie mam ochoty głową w dół skoczyć do Rawy. Mam świadomość, że im dłużej będę się dzielnie trzymać, tym lepiej dla mnie i dla mojego nowego otoczenia, które jeszcze nie bardzo wie, jak mnie traktować, jak ze mną gadać i czego się po mnie spodziewać. „Jesteś w dobrej sytuacji, zaczynasz od zera, możesz być kim chcesz” – napisała mi na fejsie jedna z koleżanek, a ja palnęłam się otwartą dłonią w czoło, bo nie rozumiem, czemu nagle miałabym chcieć stać się kimś innym niż byłam. Może dla własnego dobra powinnam sobie sama napisać strategię wizerunkową, z pełną analizą szans i zagrożeń albo kupić poradnik o tym, jak przez pierwsze 8 godzin pracy nie zrazić do siebie 50 obcych osób? Teraz już i tak po ptokach: pierwsze wrażenie ma to do siebie, że często bywa ostatnim. Już i tak bardzo wiele osób zdążyło sobie mnie obejrzeć jak eksponat, zadać kilka powtarzających się pytań, spojrzeć na mnie zza winkla albo – niestety – z góry. Zdarza się. Mogę co najwyżej po cichu prychnąć w papiery i tak długo powtarzać w myślach „phi!” aż zakręci mi się w głowie.

Mimo uwag i docinków, że cieszę się za mało i w ogóle nie intensywnie, spieszę donieść, że cieszę się bardzo i że przyfruwam sobie (metr nad ziemią) odpowiednio wcześniej do pustego biura, żeby włączyć muzykę na kompie, zagotować wodę, pootwierać okna i pogapić się na główną ulicę. A popołudniu wyfruwam (tak samo metr nad ziemią) w podobnej formie jak rano, tylko trochę zmęczona własną niewiedzą i zmierzwiona emocjami, które nie mieszczą się w szufladach i odmawiają wpięcia do segregatora. I z którymi jak zwykle sobie wcale nie radzę. A przecież staram się w ogóle nie dopuszczać do głosu emocji, bo to gówniarskie, ale to niełatwe: wczoraj byłam w kilku takich miejscach, że czułam się jak w wesołym miasteczku, chciałam wszystkiego dotknąć i szczerzyłam się jak ujarana, budząc żywe zainteresowanie osób, na których ich własne otoczenie nie robi żadnego, ale to żadnego wrażenia. A ja w euforii. Czyli gówniara jednak. I świeżak. Ktoś tam tak o mnie powiedział: świeżak. Już nawet nie wiem kto, pierwszego dnia otaczał mnie tłum bez twarzy. Świeżak. Podoba mi się nawet, do tego stopnia, że drugiego dnia już sama o sobie powiedziałam: Bo ja jestem świeżak.

Cieszę się więc, ale po swojemu, bez zbędnych fajerwerków, bo to nie o to chodzi, bez pisków i nagłych wybuchów entuzjazmu. To, że się cieszę, to znaczy że zasypiam spokojniej i że chce mi się rano otwierać oczy, że nie dostaję zawału na sam dźwięk komórki i że jak ktoś pyta, jak jest, to odpowiadam „ok.”, a nie „daj spokój”. Cieszę się z każdego złapanego przypadkiem uśmiechu i chciałabym, żeby tak zostało.

Świeżak

niedziela, 1 września 2013

jak by nie miało być

Od 24 godzin tylko to:
Całkiem możliwe, że z wczorajszego wieczoru w pamięci zostanie mi wyłącznie ta jedna piosenka. Albo raczej piosenka, minimalistycznie wykonana tam na zimnie i w ciemności, w zestawie z moją nagłą rozsypką. Masakra, aż tak się dać rozbroić w trzy sekundy. I weź tu się jeszcze później pozbieraj i wyglądaj jak człowiek... Sezon się zbliża, czas zmienić tusz na wodoodporny.
Choć przyznaję też, że dawno się tak nie uśmiałam z głupot, co mi się bardzo, bardzo przydało. No i słyszeć, jak Brzydal obok ze śmiechu traci oddech - bezcenne.
Trochę się boję, że jeśli jeszcze raz puszczę w domu ten kawałek, to Brz. wykwateruje mnie na noc na balkon. Ale chyba spróbuję...
Zł.

sobota, 31 sierpnia 2013

idzie nowe

- O Boże, czuję że jestem częścią czegoś ważnego! – pełnym ekscytacji głosem poinformowała mnie eM, która pomagała mi wyjść z mojego biura i z czwartego piętra znieść do samochodu naręcze betów. Za kierownicą, gdy otwierała mi się przed nosem wielka stalowa brama, powiedziałam tyle słów brzydkich i zwrotów obelżywych, że nie wiedziałam, że tyle znam, a następnie wybuchłam śmiechem i dodałam gazu.

Na światłach eM rzekła: Patrz, obie tak szybko się uwinęłyśmy. Faktycznie, kilka tygodni temu po ostatnim dniu w swojej pracy przyszła po mnie do biura eM, obładowana betami mniej więcej tak jak ja. Odwoziłam ją do domu, gratulowałam że miała odwagę odejść, uspokajałam też trochę i utwierdzałam ją w przekonaniu, że dobrze zrobiła. I wtedy nie przyszło mi nawet do głowy, że tak niewiele czasu minie, gdy sama powielę jej schemat. Najwyraźniej takie rzeczy dzieją się piorunem. Chyba miałyśmy na siebie jakiś wpływ - powiedziała. Chyba tak - przyznałam. Chyba tak.

Nagromadziły mi się znajomości w te blisko 4 lata. Wczoraj dwie godziny chodziłam od drzwi do drzwi, wyłapując znajome twarze i dziękując, bo naprawdę miałam za co. Usłyszałam więcej miłych słów niż się spodziewałam. W najbliższym moim otoczeniu dziwne odrętwienie, momentami nawet wyparcie. Na powoli pakowane pudełko wolał nikt nie patrzeć, a ja nad nim umierałam ze śmiechu: żółta kula odpowiadająca na trudne pytania, melisa, szczoteczka, guma do stawiania irokeza, shaker, gliniany anioł, stare bilety do teatru, kosmetyczka z fioletową krową, same poważne rzeczy, odchodzące razem z poważnym samodzielnym pracownikiem administracji. Koleżanki zaczęły pękać, gdy opustoszała moja wielka korkowa tablica, aż poprosiły, żebym chociaż plakatów nie ściągała, ale eM przypomniała mi, że zostawianie czegokolwiek swojego generalnie szczęścia nie przynosi, mówiąc delikatnie. Zdarłam je więc w kilku podskokach, pozostawiając przestrzeń tak pustą, że nawet ja się na chwilę zlękłam. Ale dzielna byłam, poryczałam się tylko u kadrowej, aż mnie musiała opieprzyć, że sobie rozmażę świadectwo pracy. W najgorszej formie był chyba Pan Mietek, nasz portier, który się we mnie zakochał na samym początku i w swym uczuciu trwał nieprzerwanie imponująco długi czas. Pluszak od Pana Mietka zagląda mi teraz przez ramię, co piszę.

Brzydal moje rozczochrane emocje próbował okiełznać reńskim winem i głaskaniem po głowie, co jak wiadomo w tym zestawieniu ma działanie dalece relaksujące, a także ogranicza śnienie się koszmarów. Sam Brzydal twierdzi, że cieszę się za mało, albo że robię to za mało spektakularnie. Tymczasem on się bardzo, bardzo cieszy obrotem spraw, ale motywacje ma inne. Ja się cieszę, bo idę do miejsca, które mnie kręci. Brzydal się cieszy, bo odeszłam z miejsca, które przestał akceptować.

Na refleksje jeszcze przyjdzie czas. Póki co najważniejsze jest to, że czuję, że tak miało być. Jestem najpewniejsza na świecie, że gdybym nie podjęła tej decyzji, to bym później całe lata żałowała. Już raz to przeszłam, wielkie dzięki, i obiecałam sobie samej więcej takich świństw nie robić.

W poniedziałek o 9 rano zaczynam nową pracę. Tak!!!

Zł.

wtorek, 27 sierpnia 2013

amulet

Wczoraj od rana trzymałam się dzielnie i pracowałam pilnie, ale im bliżej południa, tym bardziej chodziłam po ścianach, marudziłam, wzdychałam i próbowałam wbić pazury w blat biurka. W końcu wywiało mnie na drugi koniec korytarza, gdzie stacjonuje samotnie w wielkim pokoju Kolega z Pracy. Uspokoił mnie trochę (jak zwykle), a następnie zanurzył się w wielkiej szafie w poszukiwaniu czegoś na szczęście, bo najwyraźniej widział, że inaczej się mnie nie pozbędzie i będę mu nadal roztaczać wizje końca świata i wybuchać upiornym śmiechem.
- To jest nasza zupełnie do niczego niepotrzebna przejściówka, świetna na szczęście! Amulet taki! - rzekł Kolega z Biura, wciskając mi w dłoń to, co widać poniżej.

Od razu poczułam się mądrzejsza, wyższa i szczuplejsza, a moja pewność siebie urosła do rozmiarów trochę większych od rozwielitki. I tak poszłam w kierunku miasta, licząc po drodze samochody i ściskając w dłoni przejściówkę.
Nie oddam mu jej, bo choć popołudniu padłam jak zwłoki z nadmiaru emocji, to śmiem twierdzić, że amulet działa.
Zł.

piątek, 23 sierpnia 2013

reset

W dzień powrotu rozmawiałam przez telefon z koleżanką. Powiedziałam jej, że czuję się genialnie, że mam jasno w głowie i że wszystko zrozumiałam, że to jest jakaś gigantyczna przepaść, że czuję się jak ktoś inny, albo nie, jak ja sprzed 2, 3 lat, o ile mnie pamięta z tamtego czasu. Przede wszystkim taką cię pamiętam - powiedziała. - Boże, jak się cieszę, że to ty.

W dzień powrotu do kraju byliśmy na nogach od 4 rano. Po kilku godzinach stanęliśmy na krakowskiej ziemi bladzi, padnięci i zmarznięci tymi polskimi 16 stopniami. Ale wystarczyło chwilę odpocząć w mieszkaniu z widokiem na szyb, bym poczuła, jak zalewa mnie fala pozytywnych emocji, starannie magazynowanych i hodowanych przez dwa tygodnie. Tych emocji były miliardy. Do teraz skórę mam ciepłą od słońca.

Obrazy przeskakują mi przed oczami jak przewijane na negatywach. Z samolotu patrzę na albańskie góry i porty, przesuwając jednocześnie palec po mapie i mrucząc pod nosem: Vlora, Durres, Saranda. Te samoloty na Korfu, przez które czułam się jak w wesołym miasteczku. Odprawa graniczna, jakbyśmy się wybierali na koniec świata. Dziesiątki walących się domów. Setki wyblakłych wisielców-pluszaków. Teatr w Butrincie i kilkuletni Albańczyk, który na dźwięk polskiej mowy zareagował błyskawicznie: Błaszczykowski! Lewandowski! Piszczek! Ogromna Vlora, nocny oddech dużego miasta i gwar nadmorskiego kurortu. Góry, przepaście, zarwane pobocza, osły. Historie o Hodży zupełnie przerażające i nieprawdopodobne. Berat gorący ekstremalnie, słońce przypiera do białych murów. Miejsca, w których to turysta jest atrakcją. Brzydal z ośmiu giga muzyki wyciąga takie muzyczne durnoty, że tworzy się nam osobliwy podróżniczy soundtrack. Minarety, twierdze wysoko na wzgórzach, trochę Turków, trochę Rzymian, trochę Wenecjan, trochę Chińczyków. Bunkry. Uważajcie, zazwyczaj węże się tam wygrzewają. Setki tysięcy gigantycznych agaw, na których życie mieli tracić imperialiści napadający na Albanię z powietrza, na spadochronach. Więcej bunkrów. Obok przejścia granicznego z Czarnogórą jeden facet ma w ogródku trzy takie betonowe pieczarki. Albo był przodownikiem, albo rodzinę miał bardzo liczną. Cudny rejs Boką Kotorską. Jak w ogóle mogłam nie chcieć? Najpiękniej na świecie. Miliard zdjęć. Brzydal nie uznaje zdjęć, na których nie ma mnie. Kotor i Budva na żywo jeszcze ładniejsze niż na pocztówkach. Bratanie się z ludźmi na bazarze. Butelki bez etykiet, oliwki w kilkunastu kolorach, figi wielkie jak tenisowe piłki. Spontaniczna impreza urodzinowa. Dzień później – uwaga – świętowanie ogłoszonego przez współtowarzyszy podróży Dnia Nauczyciela (okazje trzeba tworzyć, a nie na nie czekać). Brzydal pilnuje kubeczków. W Czarnogórze nie chodzi się do teatru. Jeśli jakiś chłopak na pierwszą randkę zaprosi dziewczynę do teatru, to ma jak w banku, że do drugiej randki nie dojdzie. Kruja i pomnik Busha i knajpa, w której pił kawkę. Skromniacha, pomnik w mieście Skandenbega. Ulewa wysoko w górach, w kilka minut szczyty we mgle białej jak mleko. Brzydal zarządza wymarsz. Najwyżej czarownice się rozpuszczą. Przepyszne coś, co miejscowi nazywają tavaleo. I burek, którego nie robi się z psa. W przemoczonych sandałach do Tirany, w kolejną ścianę wody. Zamiast jechać na główny plac miasta, zaszywamy się w kilkanaście osób w knajpie obok hotelu i do północy płaczemy ze śmiechu. Historia o pawiu szkolonym do wykrywania narkotyków. Poranny kryzys energetyczny w Durres zażegnany dzięki widokowi na ogromny port z wysokości kilkunastu pięter. W dole plastikowe wesołe miasteczko wciśnięte między heroicznych komunistycznych żołnierzy na cokołach. Czarna plaża. W górach nagle kończy się droga, tak po prostu. Stada kóz, facet na osiołku, tumany kurzu, pęki górskiej herbaty. Co kawałek groteskowe krystalicznie czyste źródełka i niebieskie pstrągi, jakby je ktoś obtoczył w brokacie. Słucham wszystkich teatralnych piosenek, jakie mam. Gjirokaster. Dachy raz szare, raz srebrne. Ostatki sił, żeby się wdrapać na sam szczyt, spojrzeć z góry na dom Hodży, obejrzeć zamczysko, samolot, zamknąć oczy i słuchać, jak trzepoczą flagi. Wielki pokój pełen górskiego powietrza i znów sen o 2, 3 godziny zbyt krótki. Coraz trudniej otworzyć oczy i wyglądać jak człowiek, ale kto by spał mogąc jeszcze wyjść, popatrzeć, pogadać, pooddychać, zdjęcia przejrzeć, przeczytać kawałek albańskiej powieści „Psia skóra”. Nie pamiętam momentu zasypiania, ostatnich słów przed zaśnięciem, a przecież rozmawialiśmy non stop, godzinami, o ważnych rzeczach, o bzdetach, półsłówkami, czasem jak szyfrem, czasem bez słów zupełnie.

Ostatni rzut oka na Albanię ze szczytu górującego nad Sarandą. Korfu widać jak na dłoni. Na statku sól osiada w gardle, a ja patrzę tylko za siebie, jak niknie niebieska świątynia Bektaszytów, jak znika posterunek graniczny, oddala mi się kraj, któremu życzę jak najlepiej, który musi znaleźć jeszcze więcej siły, żeby się podnieść po tym, co zafundowała mu historia, ale nie ta wielowiekowa, tylko ta całkiem niedawna.

W wilgotnej morskiej mgiełce znika coś, dla czego warto było sprawdzać granice własnej wytrzymałości, łykać garściami kolorowe tabletki, szaleć, szumieć i nie myśleć o konsekwencjach. Coś takiego, co sprawia, że na wiele spraw można spojrzeć z innej perspektywy, puścić je samopas i pozwolić im się na nowo poukładać, jak klockom w tetris. Jakby ktoś nacisnął wielki czerwony przycisk z napisem RESET. Zresetowała mi się głowa i dopiero po tym resecie dotarło do mnie, w jak fatalnym stanie byłam przez ostatnie tygodnie, do jakiego doprowadziłam się stanu, może też co mi w głowie narobili inni i jak potwornie nie umiałam tego ogarnąć. I tak myślałam o tym wszystkim na promie z Saranady do Korfu i pierwszy raz od dawna poczułam, że będzie naprawdę dobrze. Myśl ta towarzyszyła mi podczas leniwego tygodnia na północnym wybrzeżu wyspy. I myśl ta towarzyszy mi teraz, powoduje że śpiewam w kuchni i tańczę pod prysznicem. Spowodowała też, że mimo urlopu spędziłam teraz dwa dni w moim biurze, pisząc, poprawiając, latając z papierami i próbując okiełznać najzwyklejszy ludzki strach przed tym, co nowe, obce i jeszcze zupełnie nie moje.

Najważniejsze teraz to jak najdłużej utrzymać w głowie ten entuzjazm, który ze sobą przywiozłam, w zgodzie z cząsteczkami adrenaliny wielkości ping pongów, bo takie właśnie zaczynają mi krążyć w krwioobiegu. Przede mną tydzień, dla którego może zabraknąć skali trudności. Przed wyjazdem na megaważnym spotkaniu osobiście przekonywałam mojego Szefa Nad Szefami, że instytucja, w której oboje pracujemy, to przede wszystkim ludzie, a ludzie to przede wszystkim emocje. Teraz przychodzi mi przekonywać się o tym osobiście. Taka trochę operacja na otwartym sercu. Moim. Już nawet nikogo nie proszę o trzymanie kciuków. Teraz już muszę sobie dać radę sama, żeby z całej sytuacji wyjść z twarzą. I od razu nie stracić twarzy na wejściu.
Zł.

czwartek, 22 sierpnia 2013

Albania. Czarnogóra. Fotki

Najpierw mapa, później zdjęcia, najpóźniej słowa. Najpierw Albania i Czarnogóra i znów Albania...

Trasa 

Wyświetl większą mapę

Bo wszystko zaczyna się na Korfu...

 Wymiana pieniędzy: wchodzi Albańczyk do autobusu, a w kopertach ma odliczone leki. Kasował w euro po niezłym kursie i wychodził.
 Efekt boomu budowlanego z połowy lat 90.
 Butrint. Archeologia. UNESCO. Albańskie Pompeje. Miasto założone w XII wieku przed naszą erą. I teatr.
 A tu już "nówki": bizantyjskie pozostałości z VI wieku naszej ery.
 Porto Palermo. W drodze na twierdzę. Słowo do zapamiętania: paszałyk.

 Odstraszacze złych duchów, pochłaniacze zazdrości i zawiści.

 Jeden z 700 tysięcy schronów. Jeszcze tylko 699 999.
 2000 metrów nad wodą.
Pan i Pies.

Enver Hodża przerobiony na NEVER.
 Berat. Miasto założone przez Ilirów. III wiek przed naszą erą. Miasto tysiąca okien. Oczywiście UNESCO. Trochę twierdza, trochę zamczysko. Zamieszkałe zamczysko.


 Dzielnica Mangalem.

 Szkoder. Obok Jezioro Szkoderskie, największe na Bałkanach. Trochę albańskie, trochę czarnogórskie. Zachorowałam na perłę z tego jeziora, ale nigdzie, nigdzie...

 Na granicy z Czarnogórą. Czteroosobowy bunkier w środku. Dwie osoby ledwo się mieszczą. W czasach Hodży koszt budowy jednego bunkra równał się kosztom budowy mieszkania. Mało kto miał mieszkanie, ale każdy musiał wybudować bunkier.
 Czarnogóra. W drodze na spotkanie z ich najważniejszą Matką Boską na Kamieniu.

 Każdy przepływający statek pozdrawiał świątynię, każdemu z wyspy odpowiadał mały dzwon.

 Zatoka Kotorska
 Kotor


 Budva


 Budva w budowie
 Wyspa Św. Stefana. Drożej się już nie da mieszkać.
 Ulcinj, najstarsze miasto na wybrzeżu Czarnogóry
 Albania znów. Kruja, miasto bohatera narodowego Skandenbega
 Tirana. Piramida Hodży. Córka zaprojektowała tacie muzeum. Przed ostatnimi wyborami padła obietnica, że szkaradę rozbiorą.
 Wspomniany Skandenbeg i główny plac Tirany
 Muzeum Narodowe i dziewczyna z kałaszem
 Księgarnia
Nadmorskie Durres





 Jazda!
 Jazda...
Jazda?
 Gjirokastёr. UNESCO też tu było. Genialne miejsce. Zestrzelony amerykański myśliwiec. To znaczy sam spadł, ale naród miał wierzyć, że zestrzelony.



 Skok.

Saranda. Granica.


Zdjęcia wykonali Brzydal i Złośnica, zakurzeni, zmęczeni, niedospani, przegrzani, zadurzeni bałkańskimi klimatami i pozbawionymi nazw samogonami, zaczepiający się nieustannie i więcej niż zadowoleni.