czwartek, 31 stycznia 2013

Bardzo Ważna Data

- Spóźnię się jutro pół godziny - poinformowałam wczoraj szefową sms-em. - Muszę być rano w laboratorium.
- Spoko. - nadeszła odpowiedź. - I tak wiem, że to nie badania, tylko kac, jaki będzie cię męczył po dzisiejszej imprezie.
Taka profetka. Pfff. Co gorsza, trochę mi to wykrakała. Ale tylko trochę. A impreza była piękna, głośna i wesoła, co dobrze rokuje przed zdecydowanie większym spotkaniem w sobotę.
Poza tym nadeszła radosna wieść, że 15 lutego idę na spektakl, na który czekam jak głupek i jaram się od miesięcy. Wieść nadeszła na maila dokładnie wtedy, gdy nadeszła szefowa, która mimowolnie stała się niemym (bo w szoku) świadkiem mojego wybuchu entuzjazmu. Objawiło się to piskiem, potokiem słów i przerabianiem obrotowego krzesła biurowego w karuzelę w otoczeniu tych wszystkich plakatów, które mam wokół stanowiska pracy. Wieczorem podobny cyrk odstawiłam w domu, próbując wytłumaczyć Brzydalowi gdzie idę, na co, kiedy i czemu bez niego, co z kolei z jego perspektywy mogło wyglądać jak jeden z objawów stanów maniakalno-depresyjnych, z naciskiem na tę euforyczną fazę. Z niewzruszoną miną upewnił się tylko, że nie chodzi o najbliższy piątek, bo przecież jesteśmy umówieni na huczne obchody rocznicowe, w ramach których idziemy na w ogóle nieromantyczny premierowy pokaz "Drogówki".
Dziś pozostało mi przedrocznicowe przerysowane podpuszczanie, któremu z przyjemnością oddaję się co roku, zupełnie jakbyśmy mieli 16 lat i pierwszą rocznicę, a nie... o rany.
- Wiesz, jaka jest jutro Bardzo Ważna Data? - zaatakowałam Brz. wiadomością tekstową. Odpowiedź przyszła zaskakująco szybko:
- 1 lutego 1411 zawarto I pokój toruński kończący wielką wojnę pomiędzy Polską a Zakonem Krzyżackim.
- No tak, coś jeszcze? - odparłam, tłamsząc myśl, że może powinnam to wiedzieć, skoro mam maturę z historii.
- Tak. W 1538 roku polskie chorągwie pograniczne poniosły klęskę nad rzeką Seret w bitwie z wojskiem mołdawskim.
Super. Naprawdę jest co świętować!
Zł.

sobota, 26 stycznia 2013

1% dla Magdy Kulus

Jeśli legalnie pracujecie i "owoc żywota Waszego je-ZUS", to wypełniając PIT możecie przekazać 1% na wybraną organizację pożytku publicznego. Lobbujemy, abyście wybrali naszą koleżankę Magdę Kulus, której można przekazywać podatek przez Fundację Avalon. Jak przekazać 1% tłumaczy ulotka. Co Megi zrobiła z zeszłoroczną kasą, można przeczytać u niej na blogu.

O Megi słów kilka ze strony uczelni:
Magdalena Kulus, absolwentka i doktorantka Wydziału Filologicznego UŚ, od urodzenia choruje na zanik mięśni (SMA I). Jest prezesem zarządu Stowarzyszenia Osób Chorujących na Rdzeniowy Zanik Mięśni „SMAk Życia”. Na co dzień pracuje w Urzędzie Miasta w Tychach. Zajmuje się obsługą gabinetu prezydenta i e-mediami oraz stroną internetową urzędu. W 2011 r. wydała książkę „Blondyn i Blondyna”, która oparta jest na zapiskach z prowadzonego od 2007 r. bloga o przygodach, wzlotach i upadkach oraz wspólnym życiu Magdy i Igora, goldena z Fundacji Alteri, który jest psem asystującym.
Jedynym lekiem na jej chorobę jest regularna rehabilitacja. Wszyscy, którzy chcą pomóc Magdzie w zebraniu środków na codzienne ćwiczenia i turnusy rehabilitacyjne, mogą na ten cel przekazać 1% podatku według poniższej instrukcji:


Polecamy, bo oboje mamy do Magdy słabość i wielki szacun:).
Z.

czwartek, 24 stycznia 2013

Tata i ja

Osobliwa jest w mojej rodzinie tradycja wręczania prezentów urodzinowych. Zazwyczaj dumanie nad odpowiednim podarunkiem trwa miesiąc, znajduje się zawsze jakiś jeden mózg całej operacji, który dookoła sępi kasę od wszystkich chętnych. Chętni cieszą się oczywiście, że sami nic nie muszą wymyślać, a jednocześnie mają radosną świadomość uczestnictwa w dużym i tajnym rodzinnym quasiprojekcie.
Jest tylko jeden problem. Jak już coś wymyślimy, zbierzemy kasę i jeszcze w dodatku uda się nam to kupić, to cieszymy się z tego faktu tak bardzo, że zazwyczaj nie jesteśmy w stanie wytrzymać do samych urodzin i solenizant obdarowany zostaje wcześniej, wcale nie z mniejszym szumem niż jakby się to odbywało w same urodziny. Tak było z prezentem na 40 rocznicę ślubu Rodziców - z Bratem wpadliśmy do nich z prezentem prawie 2 tygodnie przed terminem. Tak było i tym razem. Do urodzin Taty został tydzień, co nie przeszkadzało nam w napadnięciu go wczoraj w garażu wieczorową porą, w fałszowaniu Sto lat (akustyka garażu potęgowała nasz absolutny brak talentu w tym kierunku) i wreszcie we wręczeniu mu pięknej nowej snowboardowej deski, bo na starej wstyd już było jeździć. Na szczęście moje kilkunastoletnie (jestem najstarsza na świecie) snowboardowe doświadczenie pozwoliło bez bólu dobrać Tacie sprzęt na miarę (zagięłam nawet dwóch panów ze sklepu sportowego, bo myśleli, że skoro jestem na obcasach i w płaszczyku, to mogą zachowywać się jak nadęty minister sportu) i z miną Wilhelma Zdobywcy i z deską pod pachą wpadłam do rodziców (jakimś cudem zmieściła się do mojego bolidu). Mama też była w sklepie i pilnowała, żeby deska była ładna. Ja pilnowałam reszty.
Tata cieszył się jak nastolatek, od razu przykręciliśmy wiązania i dziś wieczorem pojechaliśmy testować to nowe bydlę. Stąd, gdzie mieszkam z Brzydalem, mamy rzut beretem na blisko półkilometrowy oświetlony stok o bardzo przyzwoitym nachyleniu, śmiesznych cenach karnetów i małych kolejkach, w sumie żal z tego nie korzystać. Choć przyznaję, że początek sezonu, a zwłaszcza jego pierwsze 5 minut, to jest zawsze jakaś hipochondryczna masakra, a pierwsze sekundy dają wrażenie, jakby snowboard był z betonu, czyli budulca niespecjalnie zwrotnego i zdatnego do skręcania. Po pierwszych piskach i wrzaskach, kiedy deska robiła co chciała, ustawiłam się grzecznie w kolejce, ale później obudził się mój ukochany znajomy demon i już nic nie było grzeczne i spokojne. Wszystko wróciło. Wyszalałam się jak dzika, jak zwykle odnajdując wielką przyjemność w oswajaniu sobie ścieżki przy samym wyciągu, gdzie jak świat światem śnieg jest mi najmilszy, no i gdzie można stresować tych, którzy się dopiero na górę wciągają, szczególnie tych, którzy myślą, że baby jeździć nie potrafią… W tym czasie Tata też powoli wracał do formy i oswajał deskę dłuższą niż ta poprzednia, machał mi z wyciągu i generalnie szło mu lepiej niż wszystkim młodszym od niego o 40 lat (!!!) zbuntowanym kudłaczom w za dużych spodniach. Cudnie. Jutro chcę znów. Może Brzydala też wyciągnę, bo z niego jest narciarski samorodek, a ze względu na 2 metry wzrostu ma naprawdę imponujące noszenie i szybko osiąga pierwszą prędkość kosmiczną...
Poniżej zdjęcie rodzinne, Tata i ja.

Złośnica

poniedziałek, 21 stycznia 2013

Holly Blue na Blue Monday

Blue Monday - szumiały od świtu wszystkie media. Nawet trochę uległam.
Holly Blue - szumi w głowie od rana. Uległam w całości.



Złośnica

sobota, 19 stycznia 2013

grupa

Zaczyna się mecz szczypiorniaka.
- Z kim gramy? - zagrzebując się pod kocem, wykazuję wybitne zorientowanie w temacie.
- Z Koreą - odparł znany i nielubiany komentator sportowy Brzydal.
- Którą?
- ... - powstrzymał się od komentarza Brz., strosząc brwi.
- Ciekawe, jak oni stoją w grupie - drążę temat.
- Jak oni stoją w grupie, to łatwiej jest w nich trafić.

Umieram ze śmiechu. Do końca pierwszej połowy.
Z.

-------------------------------------------------------------------------

Reklama, w której na imprezie bawi się grupa nastolatków.

Brzydal: Faktycznie, impreza. Gówniarze obrzucają się ciastem. Jakby nie można było usiąść i porozmawiać o teatrze.

I zaniósł się śmiechem jak hrabia Drakula. Nie dam się podpuścić, nie dam się podpuścić, nie dam się podpuścić... ;)

-------------------------------------------------------------------------

- Balcerowicz do nas przyjeżdża - poinformowałam przy śniadaniu. Brzydalowi z wrażenia kanapka zastygła w połowie drogi między talerzem a ustami, a oczy otwarły się szeroko mimo wczesnej pory (11 w południe).
- Ale nie tu. W pracy.
- Boże, to dobrze, bo chyba musielibyśmy tu posprzątać.

czwartek, 17 stycznia 2013

Herzog

A już myślałam, że mi się w głowie uspokoiło. A teraz kwitnę nad pustą przestrzenią posta i przed oczami obrazki przelatują mi jak w bezmyślnie przeglądanej gazecie, kiedy w głowie i tak jest się gdzieś indziej.

Noworoczne postanowienia przyszły same, niektóre nawet parami, wymuszone konkretnymi sytuacjami. Na przykład kryzys finansowy wymusił na mnie absolutny zakaz kupowania kolejnych książek, dopóki nie przeczytam tych, które już zdążyłam kupić, pożyczyć albo dostać (z tego Mikołaja jednak jest równy gość). Za tym naturalnie idzie postanowienie powrotu do intensywnego czytania, które latami pozwalało mi wrócić do psychicznej równowagi nawet w najdziwniejszych okresach życia. Miniony rok był absolutną literacką pustynią, tak dłużej być nie może, bo zdziadzieję i zacznę przypominać statystycznego Polaka, a tego nie zniosę. Tylko przez kilka tygodni muszę omijać księgarnie. Staram się. Samych czeskich książek do ogarnięcia mam na półce osiem sztuk. I drugie tyle innych. I tylko raz zaczęłam mięknąć, gdy w empiku wzięłam do rąk „Dziennik Mistrza i Małgorzaty” i trochę płakać mi się chciało, gdy musiałam tę cegłę tak po prostu odłożyć. Rany…

Zamarzam fizycznie i psychicznie, próbuję się zahibernować i przeczekać to, czego nie jestem pewna. Chociaż to idiotyczne, tak czekać, aż coś się samo rozwiąże. Nigdy nie potrafiłam słuchać takiego pieprzenia, że jakoś to będzie, że potrzeba czasu, że się samo z siebie, że na wszystko jest czas i pora, że nie daj Boże wszystko jest już jakoś zaplanowane, zapisane, zaklepane i po ptokach. Samo. Jak napis na windzie: drzwi zamykają się samoczynnie. U moich chrzestnych na windzie ktoś lata temu przerobił napis: „przed wejściem sprawdź, czy za drzwiami znajduje się kanibal”. Ilekroć to widziałam, wybuchałam ekstremalnym śmiechem i nikt mi nigdy nie chciał wierzyć, że to nie ja zmieniłam kabinę na kanibala… Samo, samo. Samo przyjdzie, samo przejdzie. Nie wierzę.

Zima sprzyja hibernacji. Bez pomocy termofora, grzańca i Brzydala nie dałabym sobie rady. Niestety, nic z tej trójki nie towarzyszy mi w pracy, gdzie zamarzam ustawicznie i regularnie, grzejąc się jedynie skokami ciśnienia związanymi z poszerzeniem zakresu obowiązków o coś, co zawsze mnie dziko cieszyło, że mnie nijak nie dotyczy. No i co? I najwyraźniej samo przyszło, wbrew moim teoriom. Katastrofa. Poprawiam sobie nastrój jedynie moją funkcją nadwornego ghostwritera, która nieustannie mnie cieszy i którą chyba mogłabym wykonywać też w innych miejscach z taką samą radochą. Dodatkowo dostałam do ogarnięcia uroczystość łudząco podobną do tej, po której jesienią już prawie dołączyłam do grona wykształconych bezrobotnych, więc blednę i słabnę na zmianę z atakami gówniarskiego buntu, który zaowocował znów irokezem, ale tym razem z boku głowy, a nie przez środek…

Ostatnią książką, jaką kupiłam już podczas trwania zakazu kupowania książek, jest „Herzog” Saula Bellowa, laureata literackiego Nobla z 76 roku. Moses Herzog jest wykładowcą akademickim po czterdziestce i ma kryzys. Żeby nie zwariować w jednym miejscu, samotnie kręci się po świecie i w myślach pisze listy. Do wszystkich. Do rodziny, przyjaciół, byłych żon, dawnych i obecnych kochanek, do polityków, do żyjących, zmarłych, przypadkowych, bezimiennych. Żałuję tylko, że piosenka na podstawie tej książki nie powstała kilka lat wcześniej. Mogłabym wtedy o niej napisać w magisterce, a tak to mogę tylko na blogu. Ale trzeba przyznać, że Marek zawsze polecał mi tylko dobre książki.

ale potem
jest coś potem
za oknami krajobrazy
jakby same słowa chciały
aby je ktoś zauważył
mój bohater
kaprys taki
chętnie o tym opowiada 



Złośnica

niedziela, 13 stycznia 2013

Koniec Świata

Anioł stróż powyciągał sentymenty z szuflady.

 Zł.

sobota, 12 stycznia 2013

w przedszkolu

Uwielbiam koncerty w przedszkolu numer 5, bo zawsze są tam starzy znajomi, z którymi rzucamy się sobie na szyję na dzień dobry i jest to reakcja najnaturalniejsza z możliwych. Piąty taki koncert czy szósty? Cieszę się jak dziecko, bo wiem, kogo tam spotkam i wiem, jak będzie. A tegoroczny program pobił wszystkie poprzednie.

W trakcie krótkiego występu Marka Jałowieckiego po raz tysięczny w życiu przekonałam się o tym, że jest najbardziej magicznym artystą jakiego kiedykolwiek spotkałam, znałam i słuchałam. Kilka pierwszych nut i wiem, że umarłabym z żalu, gdyby mnie tam nie było. Słychać w jego grze, że reaktywacja Generała świetnie na niego podziałała. Teksty są genialne, a melodie są tak ciepłe, że można się w nie wtulić. Kilka zagranych na luzie piosenek, bez stresu, przecież grał u siebie. „Herzog” i „Geniusze” wymiatają. Uwielbiam. Stoję tam całkiem blisko i myślę, że to cudowne uczucie: mieć coś, z czego się bezsprzecznie nie wyrasta. Charyzma i autentyczność. Wierność sobie i artystyczna bezkompromisowość. Marek to nie jest sceniczne zwierzę, tylko sceniczna osobowość nie do podrobienia. Słuchacze w eurofii. Na późniejszych aukcjach można było wylicytować różne cuda, w tym płyty i dvd Hey i T.Love, 30 Seconds to Mars, koszulki, kalendarze, wszystko z autografami, ale tylko płyta Generała dobiła trzech stów. A znajomy, widząc coraz bardziej blednącego z wrażenia Marka, krzyknął spod okna, żeby mu podać tlen;).

Janek Samołyk też jest z tej bajki, tym bardziej że poznaliśmy się lata temu przez muzykę Marka. Nawet na żywo spotkaliśmy się pierwszy raz na koncercie Delons w Rialcie w 2006 roku. Janek zawsze grał i śpiewał, a ja mogłam liczyć na nagrywane w różnych warunkach demówki i bootlegi, które uwielbiałam. I mogłam też liczyć na nocne rozmowy po OFF Festivalach nad chińską zupką w mojej kuchni. W sumie od początku wiedziałam, że Janek w końcu sam zagra na OFFie i tak się stało już w 2009. No i później pierwsza płyta, teraz druga, trasy, koncerty, telewizja, wywiady, występ w Opolu, nagle Janka jest pełno, a ja ciągle pamiętam te OFFy, na których byliśmy jak dzieciaki. To wielka przyjemność, patrzeć jak Janek się rozwija, jakiego nabrał rozpędu i co z tego wynika. Ma teraz zdolny skład, pisze przyjemne teksty, i po polsku, i po angielsku, a wychodzą z tego naprawdę udane, ładne kawałki, do których się chętnie wraca. Tym bardziej chcę iść na jego niedzielny koncert do Komitywy w Dąbrowie. Widać, że to, co robi Janek, po prostu idzie w dobrym kierunku. Radocha.

Myslovitz na koncertach w przedszkolu wcześniej nie było, choć aukcję zazwyczaj prowadził Lala Kuderski (ma do tego dar: „dobra, kto da dwie dyszki za Krawczyka z autografem? Nikt? Naprawdę nikt? Dobra, Krawczyk za piętnaście. I dorzucę… Rynkowskiego! I plakietkę!”). Czasem chłopcy z zespołu wpadali posłuchać kolegów z innych kapel, ale sami nigdy tam nie zagrali, Rojka też nie widziałam tam nigdy. Kowalonek jeszcze dobrze nie wziął gitary do rąk, a już miał publiczność kupioną, i dzieciaki, i pracowników, i dyrekcję, i nas wszystkich. Atmosfera zrobiła się jak na imprezie urodzinowej kogoś, kogo wszyscy znają i wszyscy lubią. A już wszystkich zmiotło, gdy Marek zaśpiewał z Myslovitz „Peggy Brown”. „Peggy”, którą od 1993 roku na koncertach gra Myslovitz, jest piosenką, do której pod koniec lat 80. Marek Jałowiecki napisał muzykę i grał ją z Generałem Stilwellem. Wcześniej piosenka znalazła się na płycie Dwa Plus Jeden „Irlandzki Tancerz”, ale jak tam brzmi, pamiętają nieliczni (może to lepiej). Oryginalny tekst napisał irlandzki poeta Turlough O'Carolan gdzieś na przełomie XVII i XVIII wieku, a za polskie tłumaczenie odpowiedzialny jest Ernest Bryll, z którym zresztą Marek korespondował. Obecnie grana wersja piosenki jest więc wspólnym dziełem Brylla i Jałowieckiego. Marek już raz zaśpiewał "Peggy" z Myslovitz, na 10 urodzinach zespołu na Słupnej w 2005. A w przedszkolu był taki luz i spontan, że wszyscy odlecieli. I to bardzo ładny gest zespołu, że zaprosili Marka. Chciałam napisać, że świetny PR, ale to przecież świetna PRzyjaźń.

W sumie nie dziwię się, że Szanowna Moja Droga Spider-Mama spędziła ileś tam godzin w autobusie na gierkówce, żeby tu przyjechać i to zobaczyć. Nie dziwię się też, że później gadałyśmy do wpół do trzeciej w nocy. Dziwię się tylko, że zabłądziła w naszym mieszkaniu i o tej późnej porze wyraźnie zamiast do łazienki wybierała się do sypialni, w której już od dawna grzecznie spał Brzydal.

Jeśli założę kiedyś Kalendarz Dni Pięknych 2013, to ten dzień się do nich zaliczy. Uwielbiam tę atmosferę, tych ludzi i te dźwięki przebiegające wzdłuż kręgosłupa. Lubię tę świadomość, że będąc tam z nimi jestem na swoim miejscu.

Tutaj znaleziona w sieci fotorelacja . Są tam też na samym dole dwa filmiki, nowy singiel Myslo "Trzy sny o tym samym" i wspomniana "Peggy", tylko dla tych, którzy potrafią to docenić.

A niżej wstawiam Janka, dla wszystkich.

Błagam, niech nic się nie spartoli w ten weekend.
Złośnica

sobota, 5 stycznia 2013

Lwów - milion zdjęć

Zbieram się, żeby coś o tym Lwowie napisać, ale poza myślą, że były to dni ekstremalnie intensywne, przychodzą mi do głowy jedynie obrazy i zaledwie jakieś strzępki słów. Odprawa graniczna, którą powinien przejść każdy eurosceptyk. Słucham piosenek z chorzowskiego "Krzyku". Miasto jeszcze większe niż myślałam, ale zaskakująco szybko ogarnęliśmy jego układ od dworca aż po Łyczaków. Jechaliśmy marszrutką. Złą oczywiście. I tramwajem, o który już milion lat temu upominało się muzeum techniki. Za dnia, wieczorem, w nocy. Ciepło i bezpiecznie. Lwowskie opowieści, lwowskie kawały i lwowski akcent. Kopiejki pod nogami. Naprawdę tylko my podnosimy miedziaki na szczęście? Gorąca miodowa wódka. U nich przedświąteczna gorączka. Latają po ulicach z choinkami po dwa metry, kupują prezenty i spotykają się na jarmarkach. Wszystko świeci i pulsuje. Pomniki, place, placyki, zaułki. Z Pasażu Mikolasza, o którym milion razy mówiła mi Babcia, została tylko szara brama. Dworzec jak pałac, a na tych gigantycznych peronach byliśmy sami. Apokaliptycznie. Opera taka śliczna w środku i przytulna, głaszczę te wszystkie atłasy. Podobno nawet najbardziej obciachową imprezę można tam zorganizować. Nie ma żadnej selekcji. Mieszkamy przy stadionie budowanym na szybko na euro. W szczerym polu. O tej porze roku wygląda fatalnie. Jak mówią miejscowi, nikomu to euro nie wyszło na dobre. Nikomu. Mało polskich turystów. Wielotysięczny przemarsz Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów. Pochodnie, skandowanie, kominiarki. Lepiej zejść im z drogi. Nie mówcie po rosyjsku, bo dostaniecie w zęby. Mnie się jak na złość rosyjski włącza samoczynnie, gdy coś do mnie ludzie mówili. Brzydal profilaktycznie milczy. Nie odpuszczamy słodkim lokalnostkom. Gdyby przyznawali kulinarnego Nobla, jabłka w karmelu powinny go dostać. I ta w piachu gotowana kawa czarna jak piekiełko. Cmentarz Łyczakowski mnie zmiótł. To znaczy Orlęta. I historia podsłuchana w cmentarnej kaplicy. Wbiło mnie w ziemię i myślałam, że się stamtąd nie ruszę. Później do świętego Antoniego. Tam, gdzie moja Babcia w Wielkanoc jako dziecko latała z koszykiem. Tam, gdzie w drodze ze szpitala po drugiej stronie ulicy ochrzczono siostrę mojej Mamy. Tam, gdzie Prababcia i Pradziadek prowadzili trzy urocze córki, żeby ich św. Antoni pilnował. W ciągu kolejnych 70 lat Babcia zdążyła odejść od kościoła, ale św. Antoni jej pozostał. Wchodzę do środka i mięknę. Perełka. Nie wiem, czy stać, czy usiąść, na co patrzeć, czego dotknąć. Wychodząc pstrykam foto przez drzwi. Z prawej widać Antoniego. Od razu na ulicę Babci. I pod dom Babci. Brzydal pewnie lepiej zapamięta moją spektakularną pomyłkę z numerem, ale ostatecznie wlazłam do tej dobrej kamieniczki, naprawdę. Urocze miejsce, niska zabudowa, pełno drzew, spokój. Zastanawiałam się, co powiem, jeśli mnie ktoś przyłapie na robieniu zdjęć na klatce schodowej, ale nikt się nie pojawił. Wzruszam się jak stara baba. Sama sylwestrowa północ pod operą. Dziki tłum i choć nic się nie dzieje, nawet muzyka nie gra, wszyscy poszli właśnie tam. Płakałam ze śmiechu, gdy Brz. wypatrzył gościa tak narąbanego, że nie był w stanie ustać w miejscu, więc krążył dziwnym tanecznym krokiem między ludźmi. Obok nas ludziom w wieku naszych rodziców urwał się korek od szampana i było już grubo po północy, gdy oni się nadal z tym męczyli. Wtedy doznałam olśnienia, że mam w plecaku korkociąg (hmm...), w związku z czym zacieśnialiśmy przyjaźń polsko-ukraińską, zostałam wyściskana, wycałowana i wyniesiona na ołtarze. Kolejne godziny na granicy i turystyczny kryzys. Człowiekowi w podróży dość szybko zmieniają się priorytety, gdy marzenia stają się banalne: wyprostować nogi. Przeciągnąć się. W cywilizowanych warunkach zmyć tusz z rzęs. A tu siedzisz w tym autobusie jak ten kołek i patrzysz, jak trzepią cudze bagaże. Albo leniwym krokiem wynoszą gdzieś twój paszport i przez godzinę nie wracają. Katowice nad ranem. Cztery noce zarwane. Wyglądam jak zombie i umieram ze szczęścia.
Zł.