czwartek, 17 stycznia 2013

Herzog

A już myślałam, że mi się w głowie uspokoiło. A teraz kwitnę nad pustą przestrzenią posta i przed oczami obrazki przelatują mi jak w bezmyślnie przeglądanej gazecie, kiedy w głowie i tak jest się gdzieś indziej.

Noworoczne postanowienia przyszły same, niektóre nawet parami, wymuszone konkretnymi sytuacjami. Na przykład kryzys finansowy wymusił na mnie absolutny zakaz kupowania kolejnych książek, dopóki nie przeczytam tych, które już zdążyłam kupić, pożyczyć albo dostać (z tego Mikołaja jednak jest równy gość). Za tym naturalnie idzie postanowienie powrotu do intensywnego czytania, które latami pozwalało mi wrócić do psychicznej równowagi nawet w najdziwniejszych okresach życia. Miniony rok był absolutną literacką pustynią, tak dłużej być nie może, bo zdziadzieję i zacznę przypominać statystycznego Polaka, a tego nie zniosę. Tylko przez kilka tygodni muszę omijać księgarnie. Staram się. Samych czeskich książek do ogarnięcia mam na półce osiem sztuk. I drugie tyle innych. I tylko raz zaczęłam mięknąć, gdy w empiku wzięłam do rąk „Dziennik Mistrza i Małgorzaty” i trochę płakać mi się chciało, gdy musiałam tę cegłę tak po prostu odłożyć. Rany…

Zamarzam fizycznie i psychicznie, próbuję się zahibernować i przeczekać to, czego nie jestem pewna. Chociaż to idiotyczne, tak czekać, aż coś się samo rozwiąże. Nigdy nie potrafiłam słuchać takiego pieprzenia, że jakoś to będzie, że potrzeba czasu, że się samo z siebie, że na wszystko jest czas i pora, że nie daj Boże wszystko jest już jakoś zaplanowane, zapisane, zaklepane i po ptokach. Samo. Jak napis na windzie: drzwi zamykają się samoczynnie. U moich chrzestnych na windzie ktoś lata temu przerobił napis: „przed wejściem sprawdź, czy za drzwiami znajduje się kanibal”. Ilekroć to widziałam, wybuchałam ekstremalnym śmiechem i nikt mi nigdy nie chciał wierzyć, że to nie ja zmieniłam kabinę na kanibala… Samo, samo. Samo przyjdzie, samo przejdzie. Nie wierzę.

Zima sprzyja hibernacji. Bez pomocy termofora, grzańca i Brzydala nie dałabym sobie rady. Niestety, nic z tej trójki nie towarzyszy mi w pracy, gdzie zamarzam ustawicznie i regularnie, grzejąc się jedynie skokami ciśnienia związanymi z poszerzeniem zakresu obowiązków o coś, co zawsze mnie dziko cieszyło, że mnie nijak nie dotyczy. No i co? I najwyraźniej samo przyszło, wbrew moim teoriom. Katastrofa. Poprawiam sobie nastrój jedynie moją funkcją nadwornego ghostwritera, która nieustannie mnie cieszy i którą chyba mogłabym wykonywać też w innych miejscach z taką samą radochą. Dodatkowo dostałam do ogarnięcia uroczystość łudząco podobną do tej, po której jesienią już prawie dołączyłam do grona wykształconych bezrobotnych, więc blednę i słabnę na zmianę z atakami gówniarskiego buntu, który zaowocował znów irokezem, ale tym razem z boku głowy, a nie przez środek…

Ostatnią książką, jaką kupiłam już podczas trwania zakazu kupowania książek, jest „Herzog” Saula Bellowa, laureata literackiego Nobla z 76 roku. Moses Herzog jest wykładowcą akademickim po czterdziestce i ma kryzys. Żeby nie zwariować w jednym miejscu, samotnie kręci się po świecie i w myślach pisze listy. Do wszystkich. Do rodziny, przyjaciół, byłych żon, dawnych i obecnych kochanek, do polityków, do żyjących, zmarłych, przypadkowych, bezimiennych. Żałuję tylko, że piosenka na podstawie tej książki nie powstała kilka lat wcześniej. Mogłabym wtedy o niej napisać w magisterce, a tak to mogę tylko na blogu. Ale trzeba przyznać, że Marek zawsze polecał mi tylko dobre książki.

ale potem
jest coś potem
za oknami krajobrazy
jakby same słowa chciały
aby je ktoś zauważył
mój bohater
kaprys taki
chętnie o tym opowiada 



Złośnica

2 komentarze:

Anonimowy pisze...

Bardzo lubię Twojego bloga za Słowo, ale męczące jest wciąż czytanie o abstrakcyjnych bólach i dolegliwościach. To trwa za długo... i czasem mam wrażenie, ze Twoje życie usycha.

Brzydal i Złośnica pisze...

Anonimowy Czytelniku,

to, że „to” trwa za długo dobrze wiem i bez Twojego spostrzeżenia, naprawdę. I wierz mi, że jeśli kogoś to faktycznie może męczyć, to chyba mimo wszystko nie jesteś to Ty. Może zrób sobie przerwę w odwiedzinach naszego bloga. Może jeszcze zechcesz wrócić? Powrót za miesiąc czy dwa daje duże szanse na to, że będę w lepszej formie.

Ba, ja już jestem w lepszej formie! Po tym dziwacznym roku i jesiennych życiowych turbulencjach, obecnie czuję się jak nowa. I przecież tych dobrych emocji jest na blogu pełno. Ostatni koncert, przyjaciele, nocne gadanie, jakaś premiera po drodze, cudny Lwów, kilka naprawdę dobrych wspomnień z zeszłego roku i kilka nieśmiałych planów. Nie wiem, gdzie w tym dostrzegłeś (czemu mam pewność, że jesteś facetem?) objawy usychania mojego życia, ale do tego mi daleko, naprawdę. Mnie się zbyt wiele niespodziewanie udało, żeby teraz na ślepo walić głową w ścianę. Ale to przecież nie jest powód, żeby w momentach naprawdę kiepskich na blogu pisać bajkę, że jest cudownie.

Fakt, może za mało tu jest mojej codzienności, która tak naprawdę jest uroczą codziennością ekstremalnie zakochanej dziewczyny, która całkiem możliwe, że ma więcej szczęścia niż rozumu. Ale nigdy nie chcieliśmy z Brzydalem na blogu tworzyć różowej, pachnącej pościelą atmosfery parki do znudzenia idealnej, która dopiero o 21 wychodzi na spacer tarzać się w śniegu albo wychodząc po chleb do sklepu wraca z dziesięcioma filmami i popcornem do mikrofali i rozkłada gościnną kanapę, by urządzić sobie lożę szyderców. Wydaje mi się, że na tym blogu nie ma wiele miejsca na takie rzeczy, tak samo jak wydaje mi się, że przez to tracilibyśmy czytelników, któzy przecież wciąż wracają. Przecież z cudzą miłością można umrzeć z nudów, prawda? No i Brzydal by sobie aż takiego prześwietlania nie życzył.

Inna rzecz, że tutaj zdecydowana większość czytelników to nasi znajomi, bliscy, dalsi lub byli. Dla bliższych i trochę dalszych blog jest tylko dopełnieniem zwykłych spotkań, telefonów, sms-ów, maili, facebooka. Rozumieją więcej. Dla reszty treść bloga może być nieczytelna, niespójna i niejasna i stąd później biorą się wnioski, że coś tam komuś usycha (hmm…), podczas kiedy mnie się wydaje, że wreszcie wystawiłam łeb z gulika i mam siły, żeby z niego wyleźć. Nie znamy się? A może jednak się znamy i jak wariat piszesz anonimowy komentarz, zamiast wziąć telefon albo wpaść do mnie do biura i opieprzyć mnie, co robię ze swoim życiem, skoro masz wątpliwości?

Fakt, straciłam trochę rozpędu, przez milion zmian w pracy i przez stan zdrowia musiałam na jakiś czas zrezygnować z teatru, który dawał mi kopa jak nic innego (i jednocześnie wysysał energię, skomplikowana zależność), ale myślę, że to jest do naprawienia. Już jaram się marcowym festiwalem, premierą nowego Smarzowskiego, wcześniej koncertem Generała Stilwella, a jeszcze wcześniej koncertem Meli Koteluk, której Brzydal jest fanem. Słucham samych mega energetycznych kawałków, śpiewam w samochodzie, brzęczę kolczykami, atakuję Brzydala jako słynny Potwór z Kołdry, zagaduję ludzi w sklepie, dzwonię do znajomych stojąc w korkach. I tylko czasami chmurzy mi się w głowie bardziej niż zwykle. Taka natura. Takie geny także. Do przetrzymania, ale bez ściemy.

A nad Twoim „bardzo lubię twojego bloga za Słowo” uśmiechnęłam się sto razy, bo to zabrzmiało co najmniej tak, jakby chodziło o to Słowo, co było na początku. To tylko słowa, a nie Słowa. Może więc wpadaj tu nadal, kimkolwiek jesteś, ale pozwól, że zostanę sobą.

Pozdrawiam z naszego śląsko-dąbrowskiego pogranicza z gniazda z nieustannie rozczulającym mnie widokiem na szyb.

Złośnica