sobota, 5 stycznia 2013

Lwów - milion zdjęć

Zbieram się, żeby coś o tym Lwowie napisać, ale poza myślą, że były to dni ekstremalnie intensywne, przychodzą mi do głowy jedynie obrazy i zaledwie jakieś strzępki słów. Odprawa graniczna, którą powinien przejść każdy eurosceptyk. Słucham piosenek z chorzowskiego "Krzyku". Miasto jeszcze większe niż myślałam, ale zaskakująco szybko ogarnęliśmy jego układ od dworca aż po Łyczaków. Jechaliśmy marszrutką. Złą oczywiście. I tramwajem, o który już milion lat temu upominało się muzeum techniki. Za dnia, wieczorem, w nocy. Ciepło i bezpiecznie. Lwowskie opowieści, lwowskie kawały i lwowski akcent. Kopiejki pod nogami. Naprawdę tylko my podnosimy miedziaki na szczęście? Gorąca miodowa wódka. U nich przedświąteczna gorączka. Latają po ulicach z choinkami po dwa metry, kupują prezenty i spotykają się na jarmarkach. Wszystko świeci i pulsuje. Pomniki, place, placyki, zaułki. Z Pasażu Mikolasza, o którym milion razy mówiła mi Babcia, została tylko szara brama. Dworzec jak pałac, a na tych gigantycznych peronach byliśmy sami. Apokaliptycznie. Opera taka śliczna w środku i przytulna, głaszczę te wszystkie atłasy. Podobno nawet najbardziej obciachową imprezę można tam zorganizować. Nie ma żadnej selekcji. Mieszkamy przy stadionie budowanym na szybko na euro. W szczerym polu. O tej porze roku wygląda fatalnie. Jak mówią miejscowi, nikomu to euro nie wyszło na dobre. Nikomu. Mało polskich turystów. Wielotysięczny przemarsz Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów. Pochodnie, skandowanie, kominiarki. Lepiej zejść im z drogi. Nie mówcie po rosyjsku, bo dostaniecie w zęby. Mnie się jak na złość rosyjski włącza samoczynnie, gdy coś do mnie ludzie mówili. Brzydal profilaktycznie milczy. Nie odpuszczamy słodkim lokalnostkom. Gdyby przyznawali kulinarnego Nobla, jabłka w karmelu powinny go dostać. I ta w piachu gotowana kawa czarna jak piekiełko. Cmentarz Łyczakowski mnie zmiótł. To znaczy Orlęta. I historia podsłuchana w cmentarnej kaplicy. Wbiło mnie w ziemię i myślałam, że się stamtąd nie ruszę. Później do świętego Antoniego. Tam, gdzie moja Babcia w Wielkanoc jako dziecko latała z koszykiem. Tam, gdzie w drodze ze szpitala po drugiej stronie ulicy ochrzczono siostrę mojej Mamy. Tam, gdzie Prababcia i Pradziadek prowadzili trzy urocze córki, żeby ich św. Antoni pilnował. W ciągu kolejnych 70 lat Babcia zdążyła odejść od kościoła, ale św. Antoni jej pozostał. Wchodzę do środka i mięknę. Perełka. Nie wiem, czy stać, czy usiąść, na co patrzeć, czego dotknąć. Wychodząc pstrykam foto przez drzwi. Z prawej widać Antoniego. Od razu na ulicę Babci. I pod dom Babci. Brzydal pewnie lepiej zapamięta moją spektakularną pomyłkę z numerem, ale ostatecznie wlazłam do tej dobrej kamieniczki, naprawdę. Urocze miejsce, niska zabudowa, pełno drzew, spokój. Zastanawiałam się, co powiem, jeśli mnie ktoś przyłapie na robieniu zdjęć na klatce schodowej, ale nikt się nie pojawił. Wzruszam się jak stara baba. Sama sylwestrowa północ pod operą. Dziki tłum i choć nic się nie dzieje, nawet muzyka nie gra, wszyscy poszli właśnie tam. Płakałam ze śmiechu, gdy Brz. wypatrzył gościa tak narąbanego, że nie był w stanie ustać w miejscu, więc krążył dziwnym tanecznym krokiem między ludźmi. Obok nas ludziom w wieku naszych rodziców urwał się korek od szampana i było już grubo po północy, gdy oni się nadal z tym męczyli. Wtedy doznałam olśnienia, że mam w plecaku korkociąg (hmm...), w związku z czym zacieśnialiśmy przyjaźń polsko-ukraińską, zostałam wyściskana, wycałowana i wyniesiona na ołtarze. Kolejne godziny na granicy i turystyczny kryzys. Człowiekowi w podróży dość szybko zmieniają się priorytety, gdy marzenia stają się banalne: wyprostować nogi. Przeciągnąć się. W cywilizowanych warunkach zmyć tusz z rzęs. A tu siedzisz w tym autobusie jak ten kołek i patrzysz, jak trzepią cudze bagaże. Albo leniwym krokiem wynoszą gdzieś twój paszport i przez godzinę nie wracają. Katowice nad ranem. Cztery noce zarwane. Wyglądam jak zombie i umieram ze szczęścia.
Zł.


 
 





































 
 

1 komentarz:

tlumaczukrainskiego pisze...

Jak ktoś nie był we Lwowie koniecznie musi tam pojechać.:)